poniedziałek, 7 listopada 2016

bez tytułu



– Passkontrolle.
Głos konduktora budzi go ze snu.
Z plecaka, w którym starał się upchać wszystko, co nie zmieściło się w walizce, z trudem wyciąga dokumenty i książkę, w której schował swój bilet.
– Hm, Stuttgart?
Konduktor bierze od niego wymięty do granic możliwości świstek papieru, na którym wydrukowano godziny odjazdu i przyjazdu, stację początkową – Budapest-Keleti i tę docelową – Stuttgart Hbf, i całkiem nowy, wyrobiony kilka dni wcześniej paszport.
Szalai Ádám, urodzony 9 grudnia 1987 roku w Budapeszcie. Dokument wydany 23 sierpnia 2007 roku, ważny przez najbliższych dziesięć lat.
– Stuttgart – odpowiada i po cichu dodaje, jakby sam do siebie – das letzte Mal.
Pociąg przekracza węgiersko–austriacką granicę, a ulewny deszcz, który towarzyszył mu od samego wyjazdu z dworca Keleti, ustępuje miejsca ciepłej temperaturze i czystemu gwieździstemu niebu.
Gdy kontroler biletów odchodzi, on próbuje z powrotem zmieścić do plecaka wszystko, co przed chwilą był zmuszony wyjąć. Wtedy z bocznej, nie do końca zasuniętej kieszeni wypada cienki, zaplątany srebrny łańcuszek z niewielkim wisiorkiem w kształcie księżyca.
Podnosi go, przez chwilę patrzy na niego, a potem wychodzi ze swojego przedziału, otwiera okno i wyrzuca go wprost w ciemny, głęboki las, przez który właśnie przejeżdża pociąg.
Mocno zaciska powieki. Łzy powoli napływają mu do oczu.



***

2016

Dwudziestego szóstego czerwca dwa tysiące szesnastego roku w jednej ósmej finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej reprezentacja Węgier w dość spektakularny sposób dostaje od Belgów w dupę.
Gdyby taka porażka przydarzyła się Niemcom, Włochom czy Francuzom, każdy stwierdziłby, że przegrać cztery do zera to paskudna rzecz, jedna z tych absolutnie nie do wybaczenia. Na Węgrzech nikomu nawet przez myśl nie jest w stanie przejść, że mogliby złościć się na swoją reprezentację.
Jasne, gdy w Tuluzie rozbrzmiewa ostatni gwizdek, każdemu, graczom, kibicom na stadionie, tym przed telewizorami i na placach miast na całych Węgrzech jest trochę przykro. Jeszcze kilka tygodni temu prawie nikomu nawet w najśmielszych snach nie przyszłoby do głowy, że ich reprezentacja wyjdzie z grupy, a na dodatek zrobi to, plasując się na pozycji jej lidera. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i wielu po cichu zaczynało liczyć na prawdziwy piłkarski cud. Chociaż dzieje się inaczej i cud się nie zdarza, wszyscy są potwornie dumni z tego, co udało się osiągnąć. Tuż po tym, jak kadra opuszcza stadion rozbrzmiewają telefony, zaczynają przychodzić smsy, wiadomości, wszystkie zapewniające o dumie, miłości i wsparciu. Wszyscy momentalnie zapominają o jakimkolwiek rozczarowaniu i cholernie cieszą się już na jutrzejszy powrót do kraju, z którego wyjechali ponad miesiąc temu. Większość z nich zdążyła stęsknić się za swoimi żonami, dziećmi, narzeczonymi, a niektórzy jeszcze na długo przed rozpoczęciem mistrzostw zaplanowali już nadchodzące dni i wykupili sobie zagraniczne wakacje albo bilety na koncert ulubionej kapeli. 
Tylko jeden z nich kompletnie nie potrafi pogodzić się z porażką.
Gdyby mecz trwał jeszcze chwilę, Ádám pewnie dałby komuś w twarz. Wścieka się na siebie, bo przez dziewięćdziesiąt cztery minuty nie był w stanie strzelić ani jednej bramki. Napastnik, kurwa mać. Gdy pod koniec przeciwnicy zaczęli, delikatnie mówiąc, sprawiać problemy, w jego głowie obudziło się potworne poczucie zemsty. Serio, było mu już wszystko jedno. Trzy, za chwilę cztery stracone gole, niech wlepiają mi tyle kartek, ile chcą. Nie wrócił do kadry po to, żeby teraz odpaść zupełnie bez walki, nawet, jeśli walką tą miały być tylko przepychanki. Ewentualnie danie komuś w mordę. Na każdą zaczepkę miał odpowiedź. Kłócił się z każdym. O wszystko.
Nie pomogło.
Zawiódł drużynę, swój kraj i przede wszystkim siebie samego. Zawsze to samo.
Znów, tak jak wiele razy wcześniej zastanawia się, czy faktycznie jest dla niego miejsce w reprezentacji. Tyle razy rozstawał się z nią z hukiem po to, żeby za chwilę wrócić i pokazać wszystkim, na co go stać. I zawsze, gdy wydaje mu się, że teraz będzie już dobrze, że przełamał się i zacznie strzelać bramki, będzie jakąś pomocą dla drużyny, skoro trener ufa mu nawet wbrew powszechnemu niezadowoleniu, jakie z tego powodu panuje wśród wszystkich kibiców i dziennikarzy, którzy jak zwykle wszystko wiedzą przecież najlepiej, to znów przychodzi przegrana, a jedyne o czym myśli to to, że może znów powinien odejść, skoro nie przynosi drużynie żadnego pożytku.
No, to wszyscy znowu mają całkiem niezły powód, żeby sobie poużywać. Wracamy do normy.
Przez strefę dla mediów przechodzi jak burza. Szybko bierze prysznic, ledwo daje się dotknąć fizjoterapeutom, przebiera się, zakłada słuchawki na uszy, rusza do busa.
– Ádám.
Cisza.
– Ádám!
Nic.
– EJ, GWIAZDA!
– Dobra, Nemo, daj mu spokój, tyle czasu mieszkasz z nim w jednym pokoju i jeszcze się nie nauczyłeś? Wyśpi się to sobie pogadacie – z tylnego siedzenia dobiega spokojny głos kapitana drużyny i trzeciego ze współlokatorów, Balázsa Dzsudzsáka.

W drodze do hotelu dowiadują się, że następnego dnia tuż po powrocie z Francji czeka ich oficjalne uroczyste powitanie w samym sercu stolicy.
No ciekawe kurwa, z jakiej okazji oni nas tak wszyscy będą pięknie witać. Czy ludzie serio są dumni z tego, że właśnie wylecieliśmy z mistrzostw Europy? No bez jaj.
Gdy docierają do hotelu, bez słowa wchodzi do pokoju i kładzie się spać.
Na szczęście wszyscy, łącznie z samym Ádámem doskonale znają jego gorącą głowę na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że obrażanie się na cały świat potrwa najwyżej kilka godzin, jutro przy śniadaniu okaże się, że wszystko wróciło już do normy, a na pokładzie samolotu, którym będą wracać na Węgry, będzie żartować tak, jakby poprzedniego dnia zupełnie nic się nie wydarzyło.

Od zawsze tak było. Gdy przed dwoma laty w atmosferze skandalu zwoływał konferencję prasową, na której ogłaszał, że jego noga nie postanie na żadnym zgrupowaniu kadry, dopóki ówczesny trener będzie pełnić swoją funkcję, reszta drużyny przyjmowała zakłady, jak długo wytrzyma bez reprezentacji. Z pomocą zdecydowanie przyszedł mu związek, który selekcjonera odwołał kilkanaście dni później, ale sam Ádám do kumpli odezwał się już następnego dnia, by zakomunikować, że chyba trochę żałuje swojej decyzji. Poprawa humoru zawsze jest w jego przypadku tylko kwestią czasu i faktycznie, zgodnie z przewidywaniami nazajutrz rano Ádám przy śniadaniu zachowuje się już zupełnie tak, jakby wczorajsza porażka nigdy nie miała miejsca.

W Budapeszcie witani są jak prawdziwi herosi, którzy dopiero co ocalili przed zagładą cały świat.. Na wielką scenę, ustawioną pod Pomnikiem Tysiąclecia na Placu, nomen omen, Bohaterów, pod którą zgromadziły się tysiące kibiców, każdy z piłkarzy wywoływany jest imieniu. Stoi tuż obok Németha i Nikolicsa i próbuje ukryć podekscytowanie, bo przecież wypada zachować kamienną twarz i w ogóle być w tej sytuacji poważnym człowiekiem, jednak gdy widzi radość swoich kumpli, całkowicie daje się ponieść wszystkim pozytywnym emocjom, których wybuch tak bardzo chciał powstrzymać.
Nie pamięta, kiedy ostatnio czuł taką dumę. Może wtedy, gdy kilka miesięcy wcześniej Węgrzy wygrali z Norwegią i faktem stało się to, że reprezentacja faktycznie pojedzie na wymarzone Euro? Albo gdy przed trzema laty swoim golem wprowadził Schalke do Ligi Mistrzów. Nie. W jego piłkarskim życiu zdarzało się naprawdę wiele momentów, w których mogło mu jedynie wydawać się, że jest dumny z tego, co osiągnął. Dziś jest zupełnie inaczej. Dziś patrzy na te dziesiątki ludzi, które zebrały się na Placu Bohaterów, by podziękować swojej reprezentacji i wie, że tak naprawdę to, co czuje w tym momencie, to właśnie jest prawdziwa duma.
Ci wszyscy ludzie przyszli tu dlatego, że oni, dwudziestu trzech nie zawsze do końca ogarniętych chłopaków i ich tylko troszkę bardziej ogarnięty trener mieli marzenie i postanowili zrealizować je najlepiej, jak tylko umieli. Traf chciał, że marzenie to podzielił z nimi cały naród.
Chociaż czuje, że wielu z tych, którzy tu są, pewnie nie rozumiało entuzjazmu trenera, który przed miesiącem z pełnym przekonaniem ogłaszał, że dla Ádáma w kadrze miejsce znajdzie się zawsze, w tej chwili, chyba po raz pierwszy w swoim życiu nie potrafi się tym przejmować. To ich problem, nie twój. Zresztą, przed samym sobą zdążył już przyznać, że cała złość, jaką wczoraj czuł, była zwyczajnie głupia. Zagrali kawałek naprawdę dobrej, otwartej piłki, nie wyszło, trudno. Daliście z siebie wszystko, a przecież wielu lepszym od ciebie też nie zawsze wychodzi. Ale to nie znaczy, że już nigdy w życiu nic jako drużyna nie osiągną.
Z całej tej uroczystości nie jest w stanie zapamiętać nic więcej. Ktoś, pewnie trener, przemawia, ktoś coś śpiewa, wszyscy skandują ich imiona i dopingujące ich hasła.
Ktoś intonuje hymn.
Chyba nie będziesz teraz płakał.
*
2007
Łapie deskorolkę, do kieszeni chowa kluczyki do samochodu matki, którego używa zawsze, gdy jest w Budapeszcie. Zanim narzuci na plecy swój stary plecak, dwa razy sprawdza jeszcze, czy wziął ze sobą wszystko, czego będzie potrzebował tego wieczoru. Stary discman, aparat fotograficzny i dwie zgrzewki piwa. Na głowę daszkiem do tyłu zakłada swoją ulubioną czapkę, zamyka za sobą drzwi, a przechodząc obok tarasu macha na pożegnanie rodzicom i swojemu najmłodszemu bratu. Vilmos, ten środkowy, od paru miesięcy spotyka się z dziewczyną ze swojego liceum, przez co prawie nie ma go w domu, czego Ádám trochę żałuje, bo wakacje są od paru lat jedyną okazją, żeby spędzić z braćmi choć trochę czasu.
W oddali słyszy jeszcze mamę, która z uśmiechem stwierdza, że Węgrzy mają prawdziwe szczęście, że w dzień patrona całego kraju nigdy nie pada deszcz. Wsiada do samochodu i spogląda na zegarek.
Oczywiście, jak zwykle znowu się spóźnisz.
Nad Kispestem właśnie zachodzi słońce.
Skręca w ulicę Puskása, swojego pierwszego piłkarskiego bohatera i myśli o tym, że za kilka dni już go tu nie będzie. Swoje marzenia zacznie spełniać zupełnie gdzie indziej, nie w swojej ojczyźnie, nie w Niemczech, gdzie spędził ostatnie dwa lata, ale w Madrycie, tym Madrycie, z którego, jak to utarło się wśród jego znajomych, nie da się wskoczyć już nigdzie wyżej, Madrycie, o którym marzył, odkąd pierwszy raz założył na swoje nogi korki. Nie ma żadnego znaczenia, to, że to tylko druga drużyna Realu. Przecież stamtąd droga musi prowadzić już tylko na szczyt – tam, gdzie za wszelką cenę chce trafić.
Mija stadion Honvédu, ten sam, na który za małolata zabierał go ojciec i na którym postanowił, że sam chce zostać piłkarzem. Właśnie w tej chwili ogarnia go naprawdę nieznane mu, bardzo dziwne uczucie – zamiast cieszyć się tym, co na niego czeka, on rozmyśla, jak cholernie będzie tęsknić za Budapesztem. Bo chociaż od dwóch lat nie mieszka już w stolicy, ba, nie mieszka nawet na Węgrzech, to jednak do tej pory dość często udawało mu się znajdować wystarczająco dużo czasu na to, by wieczorem wskoczyć do pociągu, spędzić w nim całą noc, nad ranem obudzić się już na dworcu Keleti, przez cały dzień zdążyć odwiedzić rodziców, poszwendać się po mieście z kumplami, a późnym wieczorem znów ruszyć w stronę Stuttgartu. Poza tym, w tym roku dostał się do młodzieżowej reprezentacji Węgier, co spowodowało, że w domu pojawiał się jeszcze częściej. Nigdy tak naprawdę nie odczuł tego, że brakuje mu ojczyzny, bo pomimo odległości zawsze w jakiś sposób miał ją tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. Teraz zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że od tej pory wszystko będzie zupełnie inaczej. Madryt leży przecież dwa tysiące pięćset trzynaście kilometrów od Budapesztu, a podróż pociągiem trwa prawie całą dobę. Są samoloty, co oczywiście zdecydowanie powinno ułatwić sprawę, problem polega jednak na tym, że nienawidzi latać, bo potwornie boi się wznosić w powietrze i najchętniej za wszelką cenę wolałby uniknąć częstych lotów. Boże Narodzenie. Prawdopodobnie pojawi się w domu dopiero na Boże Narodzenie.
Nie jest w stanie znieść tej myśli, w żaden sposób nie umie sobie bowiem wyobrazić, że zabraknie go tu na tak długo. Przed kumplami zgrywa cwaniaka i mówi, że wcale nie żałuje swojej decyzji, że to Budapeszt powinien żałować, że jego prawdziwy król zostawia go dla jakiejś Hiszpanii. Jednak im bliżej dnia wyjazdu, tym bardziej on zastanawia się, czy na pewno tego chce. Nawet w Stuttgarcie wszystko ciągle wydawało się zabawą, teraz zaczyna odnosić wrażenie, że im większa odległość będzie dzieliła go od domu, tym większa odpowiedzialność spadnie na jego barki. A przecież ma tylko dziewiętnaście lat. Jak dziewiętnastolatek może być aż tak odpowiedzialny?
Stary, nie myśl tyle, bo osiwiejesz szybciej niż twój własny ojciec. Albo wylecą ci wszystkie włosy i żadna panna już na ciebie nie poleci. I przypał.
Próbuje skupić swoje myśli na tym, co czeka go dzisiejszego wieczoru. Jest dwudziesty sierpnia, dzień świętego Stefana, narodowe święto upamiętniające pierwszego króla Węgier. Dziś nikt nie myśli o tym, że nowy rząd wcale nie okazał się lepszy od poprzedniego, rodzi się za mało dzieci a pieniędzy jak nie było, tak nie ma, za to każdy pęka z dumy, że może nazywać się Węgrem, a stolica ich ojczyzny jest dziś chyba najpiękniejszym miastem świata.
A ty rozmyślasz, jak to jest być odpowiedzialnym człowiekiem. Weź się kurwa uspokój.
Postanawia, że tego wieczoru będzie myślał tylko o tym, jak dobrze pochodzić z kraju, z którego pochodzi.
I słuchaj, stary. Inne pierdoły nie wchodzą dziś w grę. Dorosłość może poczekać. Madryt zresztą też.
Z rozświetlonej ulicy Üllői skręca wprost w ulicę Hallera i stara się zaparkować samochód jak najbliżej mostu Petőfiego. Zabiera wszystkie rzeczy, wskakuje na deskorolkę i pędzi, myśląc, że może uda mu się trafić pod Wzgórze Zamkowe, gdzie czekają na niego kumple, Dominik i Áron (tacy najlepsi, z którymi w dzieciństwie spotykał się prawie codziennie, jako nastolatek wypalał pierwsze papierosy, kupił pierwszą deskorolkę i poderwał pierwszą dziewczynę), w ciągu najbliższych dwudziestu minut.
Zapomnij.
Przejeżdża obok mostu Petőfiego, mija budynek uniwersytetu, na którym może studiowałby, gdyby nie poświęcił się piłce i w szkole przykładał uwagę do czegoś więcej niż tylko języka niemieckiego, przy Fővám tér skręca w lewo i wjeżdża na Most Wolności.
Na którym nie ma prawie nikogo.
W żaden sposób nie wydaje mu się to dziwne, w końcu to jedno z najgorszych miejsc do oglądania dzisiejszego pokazu sztucznych ogni, ale zupełnie irracjonalna miłość do tego miejsca zawsze powoduje w nim uczucie, że wszyscy powinni, tak jak on, docenić jego piękno.
Z drugiej strony – masz go teraz tylko dla siebie. A tramwaje jeżdżą według świątecznego rozkładu. Okazja,  żeby przejechać samym środkiem jak już stąd wyjedziesz to chyba raczej się nie zdarzy.
No chyba cię pojebało.
Jedź.
Czuje się trochę niepewnie, wjeżdżając na sam środek jezdni, dlatego podgłaśnia muzykę w discmanie, co zresztą robi zawsze, gdy czymś się stresuje. W odtwarzaczu od kilku miesięcy ciągle ma ten sam krążek – ostatnią płytę Jaya Z.
Czuje silny podmuch wiatru i zaczyna myśleć, jak super byłoby, gdyby most zamknięto dla ruchu i zrobiono z niego deptak. Przecież jest najkrótszym budapeszteńskim mostem, jeżdżą po nim w zasadzie tylko tramwaje, a na Moście Łańcuchowym jest zawsze tyle spacerujących ludzi, że po prostu fajnie byłoby mieć jeszcze jedno miejsce, gdzie można spokojnie się przespacerować czy siąść ze znajomymi przy piwie i po prostu sobie pogadać.
Ta, marzenie ściętej głowy, co?
Tak bardzo zanurza się w tych rozmyślaniach, że dopiero w prawie ostatniej chwili zauważa nadjeżdżający z naprzeciwka tramwaj. Szybko odskakuje na bok, nie patrzy nawet na to, że deskorolka (chociaż na szczęście – w bezpiecznej odległości od pojazdu) została na jezdni i czepia się jednego z przęseł mostu.
Gdy tramwaj odjeżdża, łapie głęboki oddech, wraca po swoją deskę, przeskakuje na chodnik i chce ruszać dalej, gdy nagle słyszy nad sobą jakiś kobiecy, krzyczący do niego głos.
– Widzę, że nie jestem tu dziś jedynym niedoszłym samobójcą.

*
2016

– Rozumiem, że dzisiaj też stawiasz wszystkim alkohol? — pyta rozbawiony Dzsudzsák, gdy wchodzą do jednego z klubów gdzieś nieopodal placu Deáka. Gdy ponad pół roku wcześniej reprezentacja wygrała oba barażowe mecze z Norwegią radość poniosła Ádáma tak bardzo, że postanowił wleźć za bar, wygłosić przemowę na temat tego, jak wspaniałą drużyną jest ekipa węgierskich piłkarzy i postawić wszystkim obecnym w lokalu po kieliszku pálinki, co do tej pory jest tematem żartów w całej reprezentacji.
– Chyba sobie jaja robisz. Wtedy byłem młody i głupi.
– To znaczy wiesz – wtrąca się Németh – teraz dalej jesteś młody i głupi. Fakt, że w międzyczasie przekręcił ci się licznik naprawdę niewiele zmienia.
– Czy mam ci przypominać, kto z nas jest tutaj najmłodszy?
Roześmiani siadają przy barze.
Jedna kolejka. Druga. Piąta.
– Kurwa, najchętniej byłbym już w Debreczynie, ale nie, przecież musimy jeszcze spotkać się z premierem, największym fanem piłki.
– Ej, Dzsu, ale przecież masz nas, świetnie się tu bawimy, zawsze możemy zatrzymać się u Szalaiego na kanapie, poza tym, premierowi się przecież nie odmawia — mówi całkiem nieźle już wstawiony Priskin.
– I bardzo się cieszę, że was mam, ale chyba chciałbym się już spotkać z rodziną. No zazdroszczę chyba trochę Gerze, że może sobie już teraz spokojnie siedzieć w domu z dziećmi i żoną.
– Ej – wtrąca się Németh – co to za upijanie się na smutno? Panoooowie! Gdzie wasz dobry humor? W końcu, jesteśmy bohaterami! W ogóle, Ádám, nasza gwiazdo – zmienia nagle temat – nie chcę się jakoś wiesz, upominać, ale przed Euro obiecałeś mi, że opowiesz, co się stało, że rozstałeś się ze swoją dziewczyną.
– Serio? Tak cię to interesuje? — odpowiada Ádám – Nie ma o czym gadać.
– No chyba jest, skoro miesiąc temu stwierdziłeś, że na pewno o tym opowiesz. Po prostu chcę się dowiedzieć jakim cudem po dwóch latach zamiast zaręczyn ty oznajmiasz rozstanie.
– Dziwi cię to? — wcina się Dzsudzsák – przecież to logiczne, że Szalai zamiast się oświadczać, to oświadcza swoim kolejnym kobietom, że czas się rozstać.
– Powiedziałem to, żebyś się odczepił — ucina Ádám.
Rozstał się ze swoją dziewczyną kilka dni przed wyjazdem do Francji. Po prostu oznajmił jej, że chyba czas najwyższy pójść dwiema oddzielnymi drogami. Zaczął dusić się w związku, w którym ona chciała czegoś więcej, jakiejś stabilizacji, a jemu ślub, dzieci, wspólna przyszłość wydawały się przykrą ostatecznością. Nie chciał o tym opowiadać, bo Euro było wtedy najważniejszą sprawą, i nie chciał nikogo męczyć swoimi historiami, poza tym, serio, nie było o czym gadać. To tylko rozstanie. Będzie następna.
– Nie chce mi się do tego wracać, było, minęło, i już.
Jest przekonany, że czeka go życie singla, ale jakoś bardzo mu to, nawet niecały miesiąc po ostatnim rozstaniu, nie przeszkadza. Zawsze zmieniał dziewczyny jak rękawiczki i nie rozumie, dlaczego fakt, że przybywa mu lat miałby sprawić, że w tej kwestii cokolwiek się zmieni. Wszyscy jego najlepsi kumple, zarówno ci z klubu, reprezentacji jak i tacy z dzieciństwa, zdążyli już się zaręczyć, ożenić a nawet zostać ojcami, a on tylko patrzy na nich i myśli o tym, jak bardzo męczyłby się, gdyby był na ich miejscu.
Ej, kolego, ty świętuj sukcesy, a nie zastanawiasz się nad swoim stanem cywilnym, którego, przypominam ci, nigdy nie planowałeś zmieniać. Nie udawaj, że jesteś taką miękką bułą.
Ktoś proponuje zmianę miejscówki.
– To może ruszymy do Budy?
Ale zanim znajdą się po drugiej stronie Dunaju, zdążą zahaczyć o co najmniej co drugi bar w Peszcie.
Wchodzą. Zamawiają kolejkę. Wznoszą toast. Za piłkę. Za piękne kobiety. Za zwycięstwo. Za przyszłość. Wychodzą. Powtórka.
Jest grubo po północy, gdy jakimś cudem znajdują się na Moście Wolności, który jeszcze kilkadziesiąt minut temu był im jakoś kompletnie nie po drodze.
Trochę się zmieniło, odkąd był tu ostatni raz. Most został w związku z jakimś remontem wyłączony z ruchu na najbliższe dwa i pół miesiąca, przez co stał się spacerową trasą dla turystów, a także całodobowym, sądząc po wysokiej frekwencji nawet o tej godzinie, miejscem spotkań budapeszteńczyków. Jest strasznie pijany, ale jest w stanie sklecić w myślach logiczne zdanie o tym, że, ci, co w tym roku przyjadą tu na wakacje, to cholera, mają sporo szczęścia.
To, co dzieje się na Moście wydaje mu się nie do opisania. Setki ludzi siedzą w swoich grupkach przyjaciół, siedzą na jezdni, chodniku, samej konstrukcji mostu. Ktoś gra na gitarze, tuż obok jakaś uliczna kapela kończy swój ostatni kawałek. Alkohol leje się tutaj strumieniami, wiatr wieje mocno, a wszyscy chyba naprawdę czują się szczęśliwi.
Cała ta sytuacja oczarowuje go na tyle, że na chwilę zupełnie zapomina, że nie przyszedł tu sam. Gubi gdzieś swoich towarzyszy (którzy zresztą, równie pijani jak on, w ogóle nie zauważają, że zgubili jednego – żeby było śmieszniej – najwyższego z nich), i chociaż nie ma zielonego pojęcia, gdzie mogli pójść, rusza pewnie w stronę Budy.
No kurwa, nie mogli się ulotnić, nie?
Idzie przed siebie i odbija się od tych wszystkich ludzi, których w ogóle zdaje się nie zauważać. Jego uwagę przykuwa dopiero pewna dziewczyna. Na oko niedużo od niego młodsza, wysoka, szczupła, ma krótkie, ciemne włosy. Chyba jest na moście ze swoimi znajomymi, bo znajduje się w samym środku niewielkiej grupki ludzi. Delikatnie kołysze się w rytm muzyki, w jednym ręku trzyma puszkę z piwem, a w drugiej papierosa. Wydaje mu się, że skądś kojarzy jej śmiech i sposób poruszania się.
E, stary, jesteś naprawdę nieźle najebany, wydaje ci się. Skąd miałbyś ją znać.
Ale gdy przechodzi obok niej, ona krzyczy do niego.
– Ádám?!
No kurde. Kto to jest?
Dziewczyna podchodzi do niego, a on ciągle za cholerę nie jest w stanie przypomnieć sobie, skąd on ją, u licha, zna. Dopiero, gdy patrzy na nią z bliska, czuje się jak uderzony piorunem. Poznaje ją. Widzi jej twarz, jej duże oczy, jej uśmiech i przypomina sobie jej imię i wszystkie wspomnienia, jakie się z nim wiążą.
Ráhel.
Trzeźwieje w jednej chwili.
– Co u ciebie? Gratulacje z powodu Euro! — śmieje się tym swoim perlistym śmiechem, od którego naokoło robi się jasno – Oglądałam wasze mecze, ale fajnie, że wam się tak udało! — chyba sama jest lekko wstawiona, bo od początku plecie od rzeczy. Ádám próbuje ogarnąć umysłem to, co się w tej chwili dzieje.
Kurwa, nie byłeś w stanie natknąć się na nią przez ostatnie dziewięć jebanych lat i musiałeś spotkać ją akurat dzisiaj.
– No, hej — mówi lekko spięty — Trochę się tu ciebie nie spodziewałem. Myślałem, że będziesz teraz mieszkała w Barcelonie, Londynie, albo może będziesz robić jakieś skomplikowane obliczenia i eksperymenty w Stanach.
– Ale wyszło, jak wyszło — odpowiada trochę zasmucona — Słuchaj, będziesz teraz w mieście? Może wymienimy się numerami, odezwiemy się do siebie i za jakiś czas się spotkamy?
Nie za bardzo ma ochotę przystać na ten pomysł, ale z drugiej strony myśli sobie, że oboje przez te wszystkie lata na pewno bardzo się zmienili i na pewno nic nikomu się nie stanie, jak siądą przy kawie i trochę porozmawiają, więc czemu by nie spotkać się, po prostu pogadać o życiu, jak starzy znajomi.
Stary, co ci szkodzi.
– Pewnie.
Ráhel rzuca papierosa na ziemię, podają sobie swoje telefony i nawzajem wpisują numery.
Nagle podchodzi do nich jakiś chłopak z grupy, z którą Ráhel przyszła bawi się na moście, więc tylko macha jej na pożegnanie i dziewczyna już znika z zasięgu jego wzroku.
Ciekawe. No ciekawe, czy któreś z was się do drugiego odezwie.
Dzwoni telefon.
– Koleś, gdzie ty jesteś? My już dawno zeszliśmy z mostu.
– Powiedzmy, że coś… coś mnie zatrzymało. Nie ruszajcie się dalej beze mnie, co?

*
2007

Rozgląda się dookoła, ale nie widzi nikogo. Dopiero gdy podnosi głowę zauważa, że gdzieś wysoko na konstrukcji mostu siedzi jakaś dziewczyna. Nie jest w stanie nic więcej o niej powiedzieć, bo jest ciemno a ona znajduje się jakieś dwa metry nad nim. Dostrzega tylko tyle, że chyba ubrana jest w sukienkę.
– Bardzo śmieszne – odkrzykuje. – Zdecydowanie nie miałem zamiaru popełniać dziś samobójstwa.
Dziewczyna nie odpowiada, ale podnosi się, zakłada swój plecak i zbiega w dół po moście, co wprawia Ádáma w lekkie osłupienie i, szczerze mówiąc, także lekkie przerażenie. Zeskakuje z przęsła.
– A jednak z jakiegoś powodu postanowiłeś przejechać na desce środkiem drogi, po której jeździ masa tramwajów, a niewykluczone, że zaraz nadjedzie jakiś samochód.
Ádám przygląda się dziewczynie. Ma długie, ciemnokasztanowe włosy i duże oczy, których koloru nie jest w stanie rozróżnić w ciemności. Krótka sukienka w kwiatki, trampki i skórzana kurtka. Wysoka na tyle, że ze swoim metrem dziewięćdziesiąt trzy wzrostu nie czuje się przy niej jakiś olbrzym.
– Zwykła chęć poczucia odrobiny adrenaliny, nie ma sensu dorabiać do tego jakichś katastroficznych wizji.
– Jasne. Ráhel — pewnie podaje mu rękę. W oddali słychać już i widać pierwsze odpalane fajerwerki.
No, i nie zdążyłeś.
– Ádám.
– Piękne imię, zupełnie jak pierwszy człowiek. I wcale na Węgrzech niepopularne przecież. Brawa dla rodziców – w jej głosie wyczuwa szczyptę ironii.
Kurwa, no zabawne.
– Mogli po ojcu nazwać mnie Csaba, więc faktycznie jestem im wdzięczny, że wybrali inne imię, a to dopisali mi w papierach jako drugie.
Dziewczyna uśmiecha się.
Wydaje mu się jakaś dziwna. Nie jest w stanie powiedzieć o niej, że jest ładna. Ot, zwykła, przeciętna dziewczyna, za którą pewnie nie obejrzałby się na ulicy. W ogóle, nic nie jest w stanie o niej powiedzieć. Pierwsze wrażenie? Brak. Jedyne, co przyciąga jego uwagę to jej zapach. Pachnie fiołkami i stertą wypalonych papierosów. Dziwna mieszanka.
Powinien jechać dalej, a przynajmniej odezwać się do chłopaków, którzy już kilkanaście razy próbowali się do niego dodzwonić.
Nie ma ochoty ciągnąć tej gadki, ale wtedy dopiero dociera do niego pierwsze zdanie, które wypowiedziała, a właściwie – wykrzyczała do niego, gdy ledwo odskoczył przed tym cholernym tramwajem.
– Czekaj, czekaj… czy ty nie powiedziałaś właśnie, że nie jestem jedynym niedoszłym samobójcą? Jak to nie jedynym? Ktoś próbował się tu zabić? — pyta zaskoczony.
– Nikt nie próbował, tylko trochę o tym myślał. Ja.
– TY?! Sorry, ale nie wyglądasz na osobę, która nagle stwierdza, że chce odebrać sobie życie — zaczyna żałować tych słów już w momencie, w którym wypowiada ostatnie z nich.
Dziewczyna odwraca się do Ádáma plecami i próbuje zamaszystym krokiem od niego odejść, ale chłopak zdąża złapać ją za ramię.
– Poczekaj. Przepraszam. Naprawdę, nie mam pojęcia jak to jest, nigdy nie miałem tak, że nie chciało mi się żyć, czy co tam się ma, jak się myśli o takich rzeczach.
– Mówcą też najlepszym nie jesteś — uśmiecha się do niego.
– To co się takiego stało, że jednak stwierdziłaś, że wolisz nie popełniać samobójstwa? — nie wie, czy w ogóle wypada mu zadać to pytanie i czy przypadkiem zaraz nie oberwie w nos.
– Jakbym skoczyła z tego mostu, to kto karmiłby kota?
Oboje próbują nie wybuchnąć śmiechem.
– Kota?!
– Tak, mam kota, opiekuję się nim, matka wyjechała na wakacje z… ze swoim nowym facetem, a ja zostałam z kotem. Kto miałby się nim zająć?
– A tata?
– A o tacie nie chcę rozmawiać.
Jej twarz nagle przybiera smutnego i bardzo poważnego wyrazu, którego Ádám nie potrafi rozgryźć.
Stary, nie potrafię ci doradzić, co masz teraz powiedzieć, no bo co mówi się psycholkom, które swoje życie uzależniają od tego, czy będzie miał kto nakarmić kota?
Próbuje przerwać niezręczną ciszę.
– Mam w plecaku dwa czteropaki piwa. Możemy się napić i możemy spokojnie porozmawiać.
– Powiedziałam, nie chcę o nim rozmawiać.
– W zasadzie to możemy pogadać o czymkolwiek.
Nie wie, czemu tak nalega na rozmowę. Może widzi to w jej oczach, a może po prostu jest w niej coś tak intrygującego, czego sam nie potrafi jeszcze rozgryźć, a czego bardzo chciałby się dowiedzieć.
Znowu czuje w kieszeni wibracje telefonu.
„Nie dam rady przyjechać, bawcie się beze mnie.”
– Dobrze, możemy rozmawiać o czymkolwiek — mówi Ráhel po chwili namysłu — Zostajemy na moście?
Po przęsłach wdrapują się na samą górę, bo stamtąd, co do czego oboje się zgadzają, widok na Budapeszt jest najpiękniejszy, a do tego ciągle jeszcze może pod jakimś dziwnym kątem uda im się zobaczyć chociaż trochę z tego pokazu sztucznych ogni, który przez cały czas był głośnym tłem dla ich rozmowy.
Przez cały wieczór nie mówią jakoś specjalnie dużo, to znaczy, Ádám nie mówi specjalnie dużo, bo Ráhel już po jednym piwie rozwiązuje się język.
Dowiaduje się o niej naprawdę wiele. Za dwa miesiące skończy osiemnaście lat (więc, wiesz, teoretycznie nie powinnam tu teraz pić z tobą tego alkoholu), kończy szkołę, dużo rysuje i chce zostać astronomem, bo strasznie jara ją kosmos. A najbardziej księżyc. Ma wielkiego, rudego kota, z którym chwilowo mieszka sama w wielkim domu gdzieś w Budzie. Wypala papierosa za papierosem.
I jest przy tym wszystkim cholernie urocza.
Pierwsze piwo, drugie, czwarte. Jest już grubo po północy i robi się niezręczna cisza, gdy Ráhel wypala nagle:
– Tata zmarł osiem miesięcy temu. Był dyplomatą, dostał zawału gdzieś w Niemczech. Nigdy nie wiedział, że ma jakąś wadę serca, ale jak już się okazało, że ją ma, to było za późno i zamiast taty, z którym miałam jechać na narty, na Węgry wróciła trumna z jego ciałem.
– P–przykro mi.
– Pierdolenie — zapala kolejnego papierosa — Matce nie było jakoś specjalnie przykro,więc mam uwierzyć, że jakiemuś losowo poznanemu kolesiowi jest?
– Jak to nie było?
– Tak to nie było. Parę miesięcy później spiknęła się z jakimś gościem, nic o nim nie wiem, bo i nie chcę wiedzieć, spakowała rzeczy ojca i wyniosła je do piwnicy, a ten typ już się prawie do nas wprowadził. Pojechali gdzieś na wakacje, więc siedzę z kotem, patrzę się w gwiazdy i trochę myślę o tym, czy nie wolałabym być może po tamtej stronie.
Chciałby jej powiedzieć coś dobrego, jakoś pocieszyć, ale jest w stanie odpowiedzieć jedynie ciszą. Jest zdziwiony, jak łatwo wyszły z niej te wszystkie słowa, tak, wie, że alkohol na pewno miał w tym swój udział, po prostu parę godzin temu nie wydawała mu się zdolna do takich zwierzeń.
A pomyślałeś, że może jest po prostu bardzo samotna?
– Wiesz… — zaczyna po naprawdę długiej chwili, ale widzi, że właśnie zasnęła oparta o jego ramię. Lekko szturcha ją, a gdy się budzi, zbiera wszystkie rzeczy i pomaga jej zejść z mostu. Czuje, że już wytrzeźwiał i że może po prostu odwieźć ją do domu.
Nie potrafi chyba dobrze odnaleźć się w tej sytuacji. Nie dość, że wolał spędzić prawie całą noc z jakąś dziewczyną, którą dopiero co poznał, zamiast ze swoimi najlepszymi kumplami, to całe to spotkanie miało… dość dziwny charakter. Normalnie w prawie każdym przypadku robiłby wszystko, żeby dziewczynę taką jak ta jak najszybciej zaciągnąć do łóżka. Ale ona jest inna. Pomimo swojego całkiem wysokiego wzrostu, mocnego głosu i tego, że pierwsze wrażenie, jakie sprawia, to wrażenie naprawdę silnej i twardo stąpającej po ziemi dziewczyny, po tym jednym spotkaniu wie, że, cholera, jest strasznie kruchą istotą. Wykorzystać ją albo zrobić cokolwiek, co mogłoby ją skrzywdzić? Nie, to nie wchodzi w grę.
Gdy bardzo powolnym krokiem dochodzą do jego samochodu (bo Ráhel jest tak pijana, że idąc musi się o niego opierać) sadza ją na siedzeniu pasażera, rzuca jej rzeczy na tylne siedzenie i pyta tylko:
– Adres?
– Csatárka utca 29, Buda.
Całą drogę spędzają w kompletnej ciszy, bo ona trochę przysypia, a on nie chce włączać żadnej muzyki, żeby jej nie obudzić. Zresztą, o czym mieliby rozmawiać? O tym, że jutro w Budapeszcie znów na pewno będzie piękna pogoda? Ádám
Gdy dojeżdżają na miejsce, oddaje jej plecak, odprowadza do samego domu i przytula ją na pożegnanie.
W drodze powrotnej na cały regulator włącza płytę z jakąś starą muzyką, którą w samochodzie wozi jego mama.
Co za absurdalna noc.
Gdy za kilka godzin obudzi się w swoim łóżku, zorientuje się, że nie wziął od niej numeru telefonu.

*
2016

Budzi się chwilę przed południem na kanapie w swoim mieszkaniu, w ubraniu, którego nad ranem nie chciało mu się nawet zdejmować. Jedynie jego ulubiona kurtka, którą miał wczoraj na sobie, leży rzucona gdzieś na krześle. Nie ma pojęcia, jak znalazł się w domu. Przewiduje, że któryś z chłopaków po prostu wsadził go w taksówkę i próbuje sobie przypomnieć cokolwiek, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru.
Co. Tu. Się. Kurwa. Działo.
Zaczyna przypominać sobie, że gdy już udało mu się znaleźć resztę ekipy, to wszyscy zgodnie stwierdzili, że siłę mają już tylko na jedno piwo więcej, a potem Németh, (no oczywiście, któż inny) oznajmił, że musi coś zjeść, bo nie wytrzyma, i gdy wylądowali w jakiejś knajpie, żeby dzieciak mógł się najeść hamburgerów, doszli do wniosku, że chyba czas powoli się zbierać. Ádám zaproponował wtedy, że jeśli bardzo chcą, to zawsze mogą przecież nocować u niego, PO CO TŁUC SIĘ PO HOTELACH. Tak. Wykrzyczał to na pół Budy.
Chłopcy najwyraźniej jednak go nie posłuchali, bo w mieszkaniu jest całkiem sam.
Niechętnie zwleka się z łóżka, choć najchętniej zostałby w nim cały dzień, ale przecież nie można nie przyjść ani spóźnić się na spotkanie tak wielkiej wagi, którego wszyscy mieli dość, zanim w ogóle zdążyło się zacząć. Serio, jest tyle ciekawszych rzeczy, które mógłby robić, ale musi iść spotkać się z premierem, na którego partię nawet nie głosował w poprzednich wyborach.
Chciałeś być narodowym bohaterem, to masz.
Spotkanie ma odbyć się o piętnastej, trwać niecałe pół godziny i prawdopodobnie być najnudniejszym, co mogłoby się tego dnia wydarzyć. Ma jakieś trzy godziny, więc szybko bierze prysznic, szybko zbiega do sklepu po cokolwiek, co mógłby przegryźć i zjada bardzo późne śniadanie, dopija kawę, próbuje trochę ogarnąć syf, jaki zrobił, nad ranem wtaczając się do mieszkania jak tornado, przebiera się w jakieś bardziej oficjalne ciuchy…
Bing.
Gdzie ty, do jasnej cholery położyłeś ten telefon?
Bing.
NO PRZECIEŻ SIĘ NIE PALI.
Bing.
Znajduje komórkę w kieszeni kurtki, odblokowuje ekran i widzi trzy nowe wiadomości. Wtedy w jego głowie klaruje się kolejny obraz z poprzedniej nocy.
No tak, teraz pamiętasz, komu wczoraj dałeś swój numer telefonu? Idiota.
„Hej, tu Ráhel, mam nadzieję, że świętowanie wczoraj się udało. Może spotkalibyśmy się dziś po południu?”
„W zasadzie to chyba byłby już wczesny wieczór raczej niż popołudnie? Może koło osiemnastej? Gdzieś przy placu Kossutha? Będę mieć niedaleko z pracy.”
„Daj znać, jak będziesz chciał”
Wow, dziewczyno, naprawdę mogłaś zawrzeć to w jednym esemesie.
W zasadzie nie jest pewien, czy chce się z nią spotkać. To znaczy, w jakiś sposób ucieszyło go to, że wczoraj wpadł na nią akurat tam. Ale czy jedno pijackie spotkanie ma od razu oznaczać rozdrapywanie starych ran? Istnieje ryzyko, że wszystkie wspomnienia wrócą do niego ze zdwojoną siłą.
Nie no, za stary jesteś na takie bajeczki. Co ci szkodzi?
To prawda, przecież jest już dorosłym facetem, za nic ma sobie jakiekolwiek uczucia, a poza tym zawsze fajnie spotkać się z kimś, kogo nie widziało się tyle czasu.
Do cholery, minęło dziewięć lat. Nie udawaj, że ciągle żywisz do niej jakąś urazę.
„Okej, to może tak jak zawsze, pod Parlamentem? Tam na rogu otworzyli chyba otworzyli tam teraz jakąś knajpę.”
„To widzimy się koło osiemnastej.”
Zakłada marynarkę i sprawdza, czy wziął ze sobą kluczyki i dokumenty.
To będzie długi dzień. Idealny na złożenie dachu w samochodzie, ale, kurwa, cholernie długi.

Jest późne środowe popołudnie, pod budynkiem Parlamentu ciągle przewija się tłum przechodniów.
Czeka na nią na tarasie kawiarni na rogu placu Kossutha i ulicy Falka. Dopiero teraz, gdy przeżył już cały ten chaos, związany z powitaniami i oficjalnymi spotkaniami, może spokojnie cieszyć się tym, że znowu jest w domu. Siedzi i oddycha budapeszteńskim powietrzem, czuje, jak dostaje się ono do każdej komórki jego ciała. Siedzi i obserwuje turystów, którzy robią zdjęcia łopoczącej na wietrze zaciągniętej na maszt fladze i dzieciom, które właśnie plac pod Parlamentem wybrały sobie na miejsce, w którym nauczą się chodzić. Jest spięty, trochę trudno mu bowiem wyobrazić sobie, o czym w ogóle mógłby rozmawiać z Ráhel po tylu latach, które minęły od czasu, gdy widzieli się ostatni raz. No bo co mówi się ludziom, z którymi kiedyś łączyło cię (a przynajmniej tak ci się wtedy wydawało) coś więcej, niż tylko zwykła znajomość?
Może trzeba było kupić jej jakiegoś kwiatka? Co wam w ogóle obojgu strzeliło do głowy? Może w ogóle najlepiej stąd spadaj.
Nie zdąża jednak wcielić w życie swojego superplanu ucieczki, bo właśnie widzi Ráhel podchodzącą do jego stolika.
– Prawie nie poznałem cię wczoraj na moście – rzuca na powitanie. Nie „cześć” ani „miło cię widzieć”.
Prawie nie poznałem cię wczoraj na moście. Piątka za elokwencję i dobre maniery.
– Wiesz, jakby nie patrzeć, minęło prawie dziewięć lat — podchodzi do niego i przytula go. Pachnie fiołkami, zupełnie jak wtedy, gdy spotkał ją pierwszy raz, a on czuje ten sam dreszcz, jaki przeszył go, gdy pierwszy raz wziął ją za rękę.
Najwyraźniej nie wszystko się zmieniło.
– Co u ciebie? — pyta go, siadając naprzeciwko niego.
– Tak naprawdę, poza Euro, w moim życiu nie dzieje się chyba nic ciekawego. Piłka, piłka, piłka.
– Jedyna stała w tym twoim nudnym życiu? — na dźwięk tych słów oboje wybuchają śmiechem — To opowiadaj o tej piłce. I o Francji, chcę usłyszeć wszystko o Francji!
– Gram w Niemczech, to znaczy… głównie siedzę na ławce, ale przynajmniej kasa leci. Chociaż chyba chciałbym grać trochę więcej. Wiesz, młodszy już nie będę, a chciałbym jeszcze udowodnić paru osobom, że naprawdę coś potrafię. Mistrzostwa podobno oglądałaś, więc wiesz, jak się mają sprawy w kadrze. Tylko błagam, nie mówmy o tym ostatnim meczu, co? Poza tym Francja jest piękna, więc poza treningami i graniem meczów udało nam się całkiem sporo zwiedzić. No nie mogę narzekać, ale w sumie fajnie już być w domu.
– Spieszyłeś się do dziewczyny? — pyta tym swoim zadziornym, flirciarskim tonem.
– Nie czytasz gazet?
– Chyba jakoś niespecjalnie interesuje mnie, co w nich piszą. Musisz mi wybaczyć, ale moja wiedza zatrzymała się na jakiejś modelce sprzed paru lat.
– Zazdroszczę. Ja po tylu latach jakoś ciągle chyba trochę za bardzo się tym przejmuję. Ale nie, wbrew temu, co właśnie teraz tam wypisują, od jakiegoś czasu prowadzę życie radosnego singla. A ty? — zmienia temat — Czemu nie robisz teraz stażu w jakiejś agencji kosmicznej, tylko kisisz się w Budapeszcie, skoro tak bardzo chciałaś stąd uciec?
– Hmm, powiedzmy, że życie trochę pokrzyżowało mi plany — na jej twarzy znów widzi ten sam smutny wyraz twarzy, jak wtedy, gdy po raz pierwszy wspomniała o swoim ojcu.
– Facet?
– Były. A tak dokładniej to były mąż.
– K–kto?! — to jedyne, co Ádám jest w stanie z siebie wykrztusić — Kiedy zdążyłaś wyjść za mąż?! Przecież jesteś ode mnie młodsza!
Ráhel wyciąga z torebki zapalniczkę, paczkę papierosów i zapala jednego z nich.
– Kumpel z pierwszego roku studiów. W zasadzie nigdy się nie kochaliśmy, byliśmy raczej przyjaciółmi z bonusem, czy jak to się nazywa, ale wpadliśmy. Więc on pewnego dnia po prostu zabrał mnie do urzędu, zgarnął z ulicy przypadkowych świadków i się ze mną ożenił. Byłam w zbyt dużym szoku, żeby się nie zgodzić, podpisywałam wszystkie papiery, które podstawili mi pod nos. Wprowadził się do mieszkania, które za pieniądze z polisy po ojcu kupiłam po skończeniu liceum. A potem… a potem poroniłam, a on się wyprowadził. Papiery rozwodowe przysłał pocztą i tyle go widziałam.
– Przykro mi.
Co za skurwiel.
– Pierdolenie. Nawet mi nie jest przykro. To znaczy, na początku bardzo cierpiałam. Wiesz – śmieje się gorzko – czasem myślałam sobie nawet, że to jakaś kara za to, jak potraktowałam cię te parę lat wcześniej. W każdym razie, musiałam zrobić sobie ponad rok przerwy w studiowaniu i zupełnie nie mogłam sobie poradzić z tym, że straciłam dziecko. Jego – wcale. Ale z perspektywy czasu widzę, że chyba nie stało się tak źle. Wyobraź sobie, co by było, gdybym utknęła z tym typem? Bez sensu. Nic do niego nie czułam, i tak któreś z nas prędzej czy później złożyłoby do sądu pozew o rozwód. Poza tym, umówmy się, matką byłabym fatalną. Dziecko to nie kot. I tak to jakoś wyszło, że studia kończę dopiero w tym roku, z prawie dwuletnim poślizgiem, a do tego pracuję tu niedaleko. Nic specjalnego, siedzę w sekretariacie i odbieram telefony. Ciągle chcę robić doktorat, ale boję się, że moje oceny nie są teraz takie dobre, jakie mogłyby być, gdybym nie miała tej cholernej przerwy, i że to nie wystarczy na żadne stypendium.
Cisza.
Szalai, Chryste, czemu ty jesteś takim beznadziejnym pocieszaczem, co?
– Zmieńmy temat, okej? Nie powinnam gadać tylko o sobie — Ráhel dogasza papierosa w popielniczce — Dalej masz takiego fioła na punkcie psów? I dalej jesteś kolesiem z Kispestu?
– Psy dalej lubię, chociaż chyba nie tak bardzo jak kiedyś i nie tak, jak moi bracia, a z Kispestu przeniosłem się na Terézváros. Wszędzie bliżej i jakoś tak…
– Światowo?
– Przede wszystkim lepiej, bo u siebie. Wiesz, strasznie kocham swoją rodzinę, ale ile można mieszkać z rodzicami?
– To opowiadaj, gdzie dokładnie mieszkasz?
Mijają kolejne minuty, które zamieniają się w godziny, a oni coraz bardziej czują się tak, jakby lata, które dzielą ich od dnia, w którym widzieli się ostatni raz, tak naprawdę w ogóle się nie wydarzyły, Przez knajpę przetacza się tylu ludzi, a oni siedzą, patrzą sobie w oczy, piją kolejne kieliszki wina, filiżanki herbaty i nie mogą przestać się śmiać.
Chłonie ją, wygląd jej twarzy, zapach, ruchy, próbuje zapamiętać jak najwięcej szczegółów, malutkie zmarszczki, które tworzą się dookoła jej oczu, gdy zaczyna się śmiać, to, jak jej krótkie loki, których kiedyś przecież nie miała, a które zastąpiły jej długie pofalowane włosy, opadają na jej czoło, a ona bezskutecznie próbuje je odgarnąć. Jej słowa, sposób wypowiadania się, przyjemny, ciepły, niski głos i to, jak poświęca mu sto procent uwagi, odrzucając kolejne połączenia w swoim telefonie, a potem w ogóle go wyłączając.
Kolego, chyba znowu wpadłeś jak śliwka w kompot.
Gdy kelner uprzejmie i trochę nieśmiało wyprasza ich z knajpy, bo jakimś cudem nadeszła godzina jej zamknięcia, proponuje jej, że podwiezie ją do domu, bo przyjechał samochodem, a sam mieszka teraz naprawdę niedaleko stąd.
– Dzięki, nie trzeba. Tramwaj zatrzymuje się tuż pod moją kamienicą.
I bardzo dobrze. Na pewno nie skończyłoby się tylko na odwiezieniu jej do domu.
Pożegnanie okazuje się najbardziej niezręcznym punktem tego wieczoru. Bez słowa przytulają się, ona wsiada do tramwaju i macha do niego.
Ádám jeszcze przez chwilę patrzy na znikający w oddali pojazd, a potem sam rusza do swojego samochodu, zaparkowanego kawałek stąd.
Chociaż w dwóch oddzielnych łóżkach, tej nocy nie zaśnie żadne z nich.

*
2007

– Więc mówisz, że zatrzymała cię DZIEWCZYNA? W sumie mogliśmy się tego domyślić, co? Nikt chyba nie przypuszczał, że nasz kochany Ádám wyjedzie sobie z Budapesztu i nie zaliczy przy tym żadnej panny, co nie?
Chłopaki wybuchają śmiechem.
– Nikt. Nikogo. Nie. Zaliczył.
– Ojojojoj, Dominik, patrz go, jaki obrażony. Nie chcę nic mówić, ale masz na jeszcze cztery dni i jakoś trudno uwierzyć mi w to, że tego nie zrobisz. Mam przyjmować zakłady, ile ci to zajmie?
Parę minut temu na deskach podjechali z chłopakami na plac Petőfiego. Żar nie przestaje lać się z nieba, więc tylko siedzą, popijają piwo i oglądają się za skąpo ubranymi dziewczynami.
– Nie musicie, prawdopodobnie nigdy jej już nie spotkam, a zresztą, no kurwa, nie mam jej numeru telefonu, to jak mam się do niej odezwać?
– Przecież wiesz, gdzie mieszka, co za problem podjechać.
– Ja pierdolę, no świetny plan..
– Ej Áron – wtrąca się Dominik – a może to jest jedna z tych lasek, które spotyka się tak rzadko, jak dwadzieścia tysięcy forintów w jednym banknocie?
– No, i wszystko jasne, Deáka to trzeba trochę poobracać w rękach, zanim się go wyda, nie?
Kumple Ádáma zanoszą się ze śmiechu.
– Czyżby Szalai nam się zakochał?!
– OBAJ jesteście pojebani. Nie będę z wami o niej rozmawiał.
Bo naprawdę jest przekonany, że nie ma o czym mówić. Spotkał ją raz, Budapeszt jest cholernie dużym miastem, on za pięć dni będzie już w zupełnie innym zakątku Europy, przecież nie wpadną na siebie przypadkiem, nie ma na to szans. Tak, teoretycznie znał jej adres i w każdej chwili mógłby do niej po prostu pojechać, ale jaki byłby w tym sens? W najlepszym wypadku wyszedłby na jakiegoś dziwaka, który ją śledzi. Wczoraj była tak pijana, że dziś pewnie nie pamięta nawet, jak w ogóle trafiła do domu. Nie. To kretyński pomysł. Jeśli kiedykolwiek będą się mieli jeszcze kiedyś spotkać, to pewnie tak się po prostu stanie.
Ale musisz przyznać, że bardzo by cię to ucieszyło.
Kończą piwo i na deskach ruszają w stronę Parlamentu.
To się zawsze tak kończy. Rano, wieczorem, po południu, w nocy, nieważne, gdzie by się znajdowali, to jakimś cudem zawsze trafiają pod ten cholerny Parlament. Najczęściej dlatego, że Ádám tak chce. Zupełnie tak, jakby czekało tam na niego coś, czego jeszcze nie odkrył, ale czego prawdopodobnie bardzo pragnął.
Wjeżdżają na plac Kossutha, wyglądając przy tym, jak zwykle zresztą, jak jakaś uporządkowana formacja. Z tyłu obok siebie jadą Dominik z Áronem, a na czele, jakiś metr przed nimi jedzie on – pan i władca Budapesztu, najwyższy z nich, najlepiej ubrany, w najfajniejszych ciemnych okularach i na najbardziej szpanerskiej deskorolce. Rola szefa całej tej bandy przypadła mu dość naturalnie, w końcu to on był tym, który osiągnął najwięcej i który miał pełne prawo do nazywania się kimś.
Nie rozglądając się przejeżdżają przez tramwajowe tory (widzę, że z poprzedniej nocy nie nauczyłeś się naprawdę niczego? słyszy Ádám w swojej głowie), przeciskają się między grupami turystów, omijają słupki, hamują tak ostro, że gdyby jechali samochodami, słychać byłoby pisk opon, i rozsiadają się na murku przy samym budynku Parlamentu.
Rozgląda się dookoła, szukając jakichś znajomych twarzy. Skanuje cały plac, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie szuka jakichś znajomych twarzy. Szuka Ráhel.
Kurwa, to miasto nigdy nie przestanie cię zadziwiać, co?
Widzi ją, siedzi po drugiej stronie placu ze szkicownikiem w ręku i włosami spiętymi w kok, ubrana w czarny t–shirt i jeansy.
Bez słowa wstaje, zarzuca plecak na ramiona, wskakuje na deskę i odjeżdża w jej kierunku. Zdezorientowani kumple krzyczą tylko za nim:
– Co ty odpierdalasz, stary?
– Ducha zobaczyłeś?
– Ty, Áron, patrz – mówi Dominik – to chyba te jego dwadzieścia tysięcy.
Ale Ádám nie słyszy już słów swoich kumpli, bo pędzi jak szalony w jej stronę. Po cichu bardzo liczy na to, że będzie go pamiętać. Podjeżdża do niej i przysiada się. Nic do niej nie mówi, patrzy tylko przez ramię na to, co tworzy w swoim szkicowniku. Z początku Ráhel, pochłonięta rysowaniem pomnika Kossutha w ogóle go nie dostrzega. Dopiero po kilku minutach odwraca głowę w jego stronę i uśmiecha się serdecznie, jakby właśnie zobaczyła jakiegoś swojego starego znajomego.
– Heeeeeej! – zamyka szkicownik i odwraca się do niego – nie spodziewałam się ciebie tutaj, widzę, że cały i zdrowy wróciłeś do domu.
– Ja wróciłem cały i zdrowy? To ty ledwo byłaś w stanie utrzymać się na nogach.
– I ciągle jeszcze cierpię. Ale wiesz, ty odprowadziłeś mnie pod sam dom w jednym kawałku, a potem sam musiałeś wrócić do siebie. I proszę bardzo, nic ci się nie stało. Tak w ogóle, dopiero rano zorientowałam się, że nie mam do ciebie żadnego numeru ani nie znam twojego adresu, tak, żebym mogła odezwać się i ci jakoś podziękować.
– Oto jestem. To gdzie moja nagroda?
– Hmmm, niech pomyślę. Nie. Nie chce mi się myśleć, za bardzo boli mnie głowa. Idziemy na kawę? To znaczy, ja osobiście kawy nie znoszę, ale umówmy się, że tak to nazwiemy.
Po chwili namysłu ruszają pod Bazylikę świętego Stefana. Kupują lody i siadają na schodach, prowadzących do głównego wejścia kościoła. Gorące, sierpniowe słońce ogrzewa ich twarze.
– Twoja kolej – mówi Ráhel.
– Na co?
– Na to, żeby opowiedzieć mi coś o sobie, bo w nocy, z tego, co pamiętam, to raczej ja byłam głównym tematem naszej rozmowy.
– O mnie? Nic ciekawego, uwierz. Mówiłem ci, że gram w piłkę, prawda? No właśnie. Wszystko kręci się wokół piłki. Tak w zasadzie… to jedyna stała w moim życiu – nie ma pojęcia, co jeszcze mógłby powiedzieć. Przy niej wydaje mu się, że wszystko, co robi, jest takie zwykłe, po prostu. Zwykłe i niewarte jej uwagi. – Coś jeszcze? Jestem z Kispestu, mam dwóch braci, młodszych, jeden z nich też gra w piłkę, a drugi ma teraz dziewięć lat. I dwa psy, które są moimi ulubionymi zwierzętami chyba na całym świecie. Nie znosiłem chodzić do szkoły, chyba, że akurat miałem niemiecki, albo geografię. Ráhel? – pyta, zmieniając temat – co ty tak właściwie robiłaś po tej stronie rzeki? Na twoim miejscu dzień po takim zabalowaniu w ogóle nie ruszałbym się z łóżka.
– Zabalowaniu? Proszę cię – prycha – ja się najzwyczajniej w świecie najebałam. Wiesz, jakoś zawsze czułam się w Peszcie trochę lepiej, niż w Budzie. Tutaj ulice tętnią życiem, jest tyle pięknych miejsc, kamienic, zabytków… poza tym, tu chodzę do szkoły, Buda jest dla mnie tak naprawdę jedynie miejscem, w którym odrabiam lekcje i nocuję. To znaczy – teraz są wakacje, teraz leżę do góry brzuchem. No i jeszcze jedno – chyba najważniejsze. Kiedyś było mi tam naprawdę dobrze. Teraz, im dalej od mojej matki, tym lepiej dla nas obu.
– Dlaczego? Chodzi o to, że tak szybko znalazła sobie kogoś nowego?
– Nie tylko. Zawsze uważała mnie za kogoś, kto nie poradzi sobie w życiu, bo zbyt mało czasu spędza z ludźmi i siedzi tylko w tych swoich książkach. Ostatnio usłyszałam nawet, że tą swoją odmiennością zupełnie nie pasuję do jej idealnego obrazu naszej rodziny. Naszej. Rodziny. Jasne. Nasza rodzina umarła razem z tatą.
Szlajają się bez celu między kamienicami, i żadne z nich zdaje się nie zauważać, że słońce dawno już zaszło, a jego miejsce zdążył już zająć piękny, oświetlający miasto księżyc.
– Cholera! Obiecałem mamie, że skoszę trawnik.
– No, teraz to już chyba na to za późno? Ale ja serio muszę już uciekać. Skoro aktualnie żyję po to, by nakarmić kota, to faktycznie powinnam pojechać do domu i to zrobić, bo znając to żarłoczne stworzenie, wszystko, co przed południem zostawiłam mu w misce, on zjadł w przeciągu piętnastu minut od mojego wyjścia..
Chciałby zaproponować, że i tym razem ją odwiezie, ale przypomina sobie, że tym razem do centrum przyjechał autobusem.
Ráhel sięga do plecaka, wyjmuje z niego swój szkicownik, coś szybko zapisuje, wyrywa kartkę i podaje ją Ádámowi.
– To mój numer. Jak chcesz, możesz zrobić z niego użytek.
Nie mija nawet pięć minut, odkąd rozstają się na placu pod Bazyliką, a on już wystukuje sms–a:
„Jutro powtórka? :) Á.”
„;)”
„Jak mam to rozumieć?”
„Że o siedemnastej będę na ciebie czekać tam, gdzie spotkałeś mnie dziś.”
Szalai, stąpasz po zajebiście cienkim gruncie. Uważaj, żebyś się tylko nie zakochał.
 
Widują się ze sobą codziennie. Rano Ádám wstaje, żeby pobiegać, spotyka się z kumplami, pomaga w domu mamie, załatwia jakieś ostatnie formalności związane z wyjazdem, ale popołudnia i wieczory ma zarezerwowane tylko dla niej. Za każdym razem spotykają się na murku pod Parlamentem, a potem wybierają sobie miejsce, do którego tego dnia wyruszą.

W środę siedzą na samym szczycie wzgórza Gellerta, patrzą na panoramę miasta i rozmawiają o marzeniach z dzieciństwa.
– Wiesz, ja chyba od zawsze chciałem być piłkarzem. Pamiętam jak dzisiaj ten dzień, kiedy miałem kilka lat, chyba sześć, i dziadek zabrał mnie na mój pierwszy w życiu mecz. Honvéd grał wtedy z Pécsem. Patrzyłem na to wszystko, na kibiców, skandujących imiona swoich bohaterów, na chłopaków na boisku, którzy wyglądali na naprawdę szczęśliwych, bo robią to, co naprawdę kochają… tak, to był ten moment, w którym stwierdziłem, że chcę zostać jednym z nich. O ile dobrze pamiętam, miesiąc później ganiałem już za piłką w szkółce Honvédu. A ty?
– Najpierw chciałam być piosenkarką, ale dość szybko okazało się, że totalnie nie umiem śpiewać. Później myślałam o tym, żeby zostać pisarką, ale gdy miałam jakieś czternaście lat, zorientowałam się, że za żadne skarby świata nie uda mi się skończyć ani jednego tekstu, bo za szybko się frustruję, usuwam wszystko, co do tej pory napisałam i kompletnie nic z tego, co gdzieś tam sobie tworzyłam mi się nie podoba. Wtedy tata kupił mi teleskop. A że zawsze byłam dobra z matmy i z fizyki, to jakoś tak wszystko poskładało mi się w głowie w marzenie o badaniu kosmosu. Chciałabym skończyć tu studia, potem może doktorat, a jeszcze później, kto wie, może uda mi się wyrwać stąd i zrobić naukową karierę, albo odkryć jakiś nowy układ słoneczny?
– A co zrobisz, jeśli okaże się, że twoje marzenie się nie spełni? – pyta ją z przekąsem.
Dziewczyna zapala papierosa.
– Oczywiście, że się spełni. Nie ma innej opcji. Chociaż czasami myślę sobie, że dobrze byłoby mieć jakiś plan B. Myślałeś kiedyś o takim?
– Nie, ale wydaje mi się, że gdybym teraz nie był piłkarzem… pewnie za jakiś czas zostałbym nauczycielem niemieckiego.
W czwartek leżą na trawie w parku za Placem Bohaterów i obserwują ludzi, siedzących pod drzewami i czytających książki, turystów, próbujących przejść po wąskiej kładce na jednym z oczek wodnych, rodziców bawiących się ze swoimi dziećmi i grupki przyjaciół, urządzające pikniki.
– Gdybyś mogła wybrać tylko jedno miejsce, które możesz odwiedzić, to co byś wybrała?
– Tylko jedno? Wiedeń.
– Wiedeń, serio?
– Serio. Z rodzicami zazwyczaj jeździliśmy gdzieś daleko, jeśli na narty – to w Dolomity, jeśli na letnie wakacje – to do ciepłych krajów. I jakoś tak wyszło, że nigdy nie widziałam Wiednia. Straszna lipa, nie?
Za każdym razem, gdy ją spotyka, wydaje mu się, że jej myśli błądzą gdzieś indziej. Tak, jakby była obecna przy nim ciałem, ale jej dusza wędrowała gdzieś, gdzie on sam nie ma wstępu. Jest w tym coś, co przyciąga go do niej jeszcze mocniej. Do tej pory wszystkie dziewczyny, które poznawał, od razu się przed nim otwierały, nie pozostawiając przestrzeni na to, by sam mógł je w jakiś sposób odkryć. Przez to od razu stawały się dla niego mniej interesujące. No bo co ciekawego może być w lasce, której nie da się nawet zdobyć, bo po prostu podkłada ci się jak zraniona zwierzyna?
Myśliwy się znalazł.
A Ráhel… rozmawiają ze sobą, a on i tak ma wrażenie, że wie o niej naprawdę niewiele.
Ile dałbyś, żeby wiedzieć wszystko?

W piątek rano budzi się zlany potem. Dziś, zgodnie z datą na papierku, który dostał w okienku urzędu paszportowego prawie miesiąc temu, ma zgłosić się po odbiór nowego paszportu.
Kurwa. Zapomniałeś?
Nie, nie zapomniał o odebraniu dokumentu. Świstek z urzędu wisi na tablicy nad jego biurkiem i trudno go przeoczyć. Zupełnie za to wyleciało mu z głowy to, że przecież Ráhel ciągle nie wie o jego wyjeździe do Madrytu.
Czuje się z tym beznadziejnie, jakby ją w jakiś sposób zdradził, zatajając przed nią całą prawdę. A przecież Ráhel jest ostatnią osobą, którą chciałby okłamać. Przez ostatnie kilka dni stała mu się bowiem tak bliska, że po prostu głupio mu, cholernie mu głupio, bo od początku powinien być z nią szczery. Tak nie zachowują się przyjaciele. Dzisiaj naprawdę musi powiedzieć jej o tym, co stanie się już za dwa dni. Stresuje się tak, jak wtedy, gdy jako mały gnojek musiał przyznać się rodzicom, że właśnie piłką wybił szybę w garażu.
Spotykają się tam, gdzie zwykle i wybierają się na spacer wzdłuż Dunaju. Gadają o jakichś pierdołach, długą chwilę milczy, stara się zebrać słowa i w ogóle nie zwraca uwagi na to, co mówi do niego dziewczyna. Gdy są już przy moście Elżbiety, zbiera się na odwagę.
– Ráhel – dziś jej imię na jego ustach brzmi dużo poważniej, niż kiedykolwiek – muszę ci coś wyznać.
– Wow, trochę przeraża mnie ten ton. O co chodzi?
– Widzisz… bo ja za dwa dni… za dwa dni wyjeżdżam z Budapesztu.
Cisza.
Ráhel odwraca od niego wzrok.
– Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz?
Odpowiada jej takim samym milczeniem.
– Rozumiem, że nie masz nic na swoje usprawiedliwienie?
– Jak… jak miałbym ci się wytłumaczyć?
– Wiesz co – mówi wzburzona Ráhel – najlepiej nie mów nic. Daj mi tylko trochę czasu, żebym mogła się z tym oswoić. To znaczy – śmieje się gorzko – nie, żebym w ogóle miała jakiś czas.
Wracając nie zamieniają ze sobą ani słowa.
No, musisz przyznać, że tę sprawę to chyba koncertowo spieprzyłeś.

*
2016

Kolejna parna czerwcowa noc dobiega końca. Jest trzecia nad ranem, a on chodzi po mieszkaniu, wykończając butelkę wódki. Zza okna dobiegają go odgłosy kończących się powoli imprez, stukot obcasów, krzyki wstawionych chłopaków i śmiechy ich nie mniej wstawionych dziewczyn.
Nie może przestać myśleć o Ráhel.
Był pewny, że po dziewięciu latach spotkanie jej nie zmieni w jego życiu kompletnie nic, że usiądą, wypiją kawę, porozmawiają o tym, co słychać, może powspominają te kilka dni, które było im dane razem przeżyć, a potem każde pójdzie w swoją stronę i za jakiś czas oboje zapomną o tym, że w ogóle się spotkali.
Jeśli naprawdę tak myślałeś, to jesteś głupszy, niż komukolwiek mogłoby się wydawać.
Odkąd kilka godzin temu rozstali się na przystanku tramwajowym pod Parlamentem, każdy skrawek jego umysłu wypełniony jest nią, jej obrazem, dźwiękiem jej głosu, jej zapachem i każdym słowem, które wypowiedziała.
Kurwa, człowieku, nie masz dziewiętnastu lat.
Czuje się, jakby przeżywał to wszystko od nowa. Zupełnie jak gdyby wszystko, co zaszło między nimi tak dawno temu, tak naprawdę stało się zaledwie przed kilkoma dniami. Wtedy, gdy był tylko prawie dziewiętnastoletnim zranionym gnojkiem, wszystkie wspomnienia związane z Ráhel nakazał sobie zamknąć w swojej głowie na klucz, tak, żeby nigdy nawet nie próbowały do niego powrócić.
Wczoraj z własnej winy jednym spotkaniem sam je uwolnił. Teraz boleśnie uświadamia sobie też, że wraz z nimi uwolnił też uczucia, jakich od tamtej chwili nigdy tak właściwie nie przeżył.
Problem z jego życiem polega na tym, że Ráhel była w rzeczywistości jedyną kobietą, którą naprawdę pokochał. Tak, to brzmi głupio, bo co nastolatkowie mogą wiedzieć o miłości, znając się tylko pięć dni, ale gdy myśli o tych wszystkich dziewczynach, z którymi był zanim ją poznał i po tym, jak ją stracił, to nagle zdaje sobie sprawę, że do żadnej z nich nigdy nie był w stanie poczuć czegoś tak silnego. Nigdy nie myślał o żadnej jak o kimś, z kimś chciałby przeżyć całe swoje życie,
Ale musisz przyznać, że żadna nie zraniła cię tak, jak ona.
Gdy tamtego lata wyjeżdżał z Budapesztu obiecał sobie, że za wszelką cenę będzie teraz próbował nie dopuścić do takiej sytuacji. Powtarzał sobie, że nigdy więcej się nie sparzy i do tej pory wychodziło mu to naprawdę świetnie.
Jednocześnie wcale nie czuł do Ráhel żadnego żalu. Nie wiedział, czemu stało się tak, jak się stało, ale prawda jest taka, że nie musiał jej nawet o to pytać, bo wybaczył jej w chwili, gdy to zrobiła.
Dopiero teraz zaczyna to rozumieć.
Zaczyna też rozumieć, że tak naprawdę nigdy, przenigdy nie przestał chcieć z nią być. W każdej kobiecie podświadomie szukał jej odbicia, jakiejś cechy, którą mógłby porównać z jej charakterem. Gdy tego nie znajdował, zostawiał je, zostawiał je na tyle szybko, by samemu nie zdążyć nawet spróbować jakoś bardziej zaangażować się w żaden związek. Ostatni raz był tylko wyjątkiem potwierdzającym tę pokręconą regułę.
Chce do niej zadzwonić, powiedzieć, że to wszystko to nieważne, że cała ta pokręcona historia ma sens, że niezależnie od całego świata on chciałby spróbować jeszcze raz, że skoro dziś tak dobrze im się rozmawiało, tak, jakby czas w ogóle nie istniał, zupełnie jak – choć to brzmi cholernie staroświecko – za dawnych lat, to może mogliby spróbować być ze sobą, tak, jak nie udało im się wtedy, bo przecież będę mieć teraz trochę więcej czasu – poza krótkimi wakacjami za granicą w Budapeszcie spędzi teraz ponad miesiąc, mogliby spotykać się codziennie, rozmawiać, nadrabiać cały ten stracony czas, nie są już przecież dzieciakami, jak wtedy, gdy się poznali, każde z nich coś w życiu przeszło, więc teraz, kiedy są już naprawdę dorośli, czemu nie mieliby spróbować? Chce jej powiedzieć tyle rzeczy, że poczeka, aż skończy studia, że jeśli będzie chciała, to niech robi te wszystkie swoje doktoraty, że może to wszystko da się jakoś ogarnąć, i że przyjdzie taki dzień, że będą ze sobą już cały czas. Że jest jedyną osobą z którą kiedykolwiek widzi siebie jak zakłada rodzinę, i że nigdy nie potraktuje jej tak, jak ten skurwiel, który zniszczył jej życie.
Wyciąga z kieszeni telefon.
Czy ty oprócz tego, że kolejną noc z rzędu jesteś kompletnie pijany, to jesteś też jakiś pojebany, co? Jest wpół do czwartej NAD RANEM. Normalni ludzie o tej porze ŚPIĄ.
Nie ma pojęcia, bo też nie ma prawa go mieć, że w swoim mieszkaniu Ráhel, zamiast spokojnie spać, sama przewraca się z boku na bok, myśląc, czy aby nie powinna do niego zadzwonić.
Ostatnie resztki zdrowego rozsądku odzywają się jednak w jego głowie, i zamiast dzwonić do niej, wybiera numer swojego brata i wysyła mu wiadomość.
„Vilmos? Jest sprawa.”

*

2007

Od rana zanosi się na burzę. Chmury zbierają się nad miastem, a ciężkie powietrze zalega w płucach i nie pozwala budapeszteńczykom na chwilę wytchnienia. Tramwaje toczą się po szynach z wyjątkowym mozołem, turyści wleką się noga za nogą, a zwykli mieszkańcy miasta czują się zmęczeni zanim jeszcze zdążą nawet wyjść ze swoich domów, żeby sobotnim zwyczajem pójść na jakiś targ w podwórzu jednej z pobliskich kamienic.
Ale deszcz nie chce spaść.
Ta okropna pogoda wydaje się być idealnym odzwierciedleniem atmosfery, jaka panuje między Ádámem i Ráhel, odkąd wczoraj powiedział jej, że za dwa dni wyjeżdża na drugi koniec Europy. Powinien był to zrobić od razu, nie wie, jak mógł pominąć taki ważny fakt, a może po prostu nie chciał o nim pamiętać. Teraz jedzie, żeby się z nią spotkać i boi się spojrzeć jej w oczy. Czuje się tak, jakby popełnił jakąś zbrodnię, zawiódł jej zaufanie, przekreślił wszystko, co zdarzyło się przez ostatnie kilka dni.
A może przesadza?
Może okaże się, że Ráhel przespała się z tą sytuacją i wcale nie będzie na niego obrażona, że nic to między nimi nie zmieni, że dalej będą się przyjaźnić, niezależnie od dzielącej ich odległości.
Ale pierdolisz. Na pewno. Nic się nie zmieni, czy ty słyszysz własne myśli?
Wszystko się zmieni.
Poza tym, jesteś pewien, że to tylko przyjaźń?
Nie. Nie. Nie. Nie.
Próbuje nie dopuścić do siebie tej myśli. On miałby się zakochać? To takie nie w jego stylu. Są przyjaciółmi. Kropka.
– Jak tak patrzę na te chmury, to myślę sobie, że chyba nie pójdziemy dzisiaj na żaden długi spacer, co? – wita go spokojnym tonem. Żadnego słowa powitania. Nawet go nie przytuliła, co przecież robiła zawsze. Zawsze ciut za mocno.
Może faktycznie jest obrażona?
Wyjątkowo spotykają się dziś na moście Małgorzaty. Mieli w planach wybrać się na wyspę, ale chmury piętrzą się na niebie coraz mocniej i w każdej chwili może lunąć potężny deszcz.
– Ale wiesz, jeśli faktycznie nie chcemy zmoknąć, po prostu pojedźmy do mnie.
Te słowa zbijają go z pantałyku.
Czy ona właśnie zaproponowała ci, żebyś poszedł z nią do łóżka?
Nie, po prostu zaprosiła mnie do swojego domu.
No i czemu oszukujesz samego siebie? Dobrze wiesz, jak skończy się dzisiejszy dzień.
Nie zdąża nawet odpowiedzieć, bo Ráhel łapie go za rękę i pyta, gdzie zaparkował samochód. Czuje przechodzący po kręgosłupie dreszcz i kompletnie nie rozumie sytuacji, w jakiej się w tej chwili znajduje. Wsiadają do samochodu, a ona wyciąga z pudełka papierosa i próbuje go zapalić.
– Mogłabyś tu nie palić? Potem cały samochód będzie śmierdział, a poza tym pamiętasz, że sam próbuję rzucić, no nie?
– Tak? – Ráhel otwiera schowek, wyciąga z niego napoczętą paczkę i rzuca mu na kolana – to jest rzucanie palenia?
Jest dzisiaj jakaś inna. Dużo bardziej przypomina tę Ráhel, którą spotkał pierwszego dnia – skrytą i pogniewaną na cały świat niż tę, która pozwoliła mu się poznać później. Do tej pory, a jadą już jakiś czas, nie uśmiechnęła się jeszcze ani razu, patrzy tylko przez otwarte okno, przez które wypuszcza też dym z zapalonego przed chwilą kolejnego papierosa. Wiatr rozwiewa jej rozpuszczone włosy.
Gdy docierają na Csatárka, chmury przybierają już ciemny, prawie granatowy kolor.
Dom Ráhel nie jest bardzo duży, ale dobrze obrazuje status społeczny jej rodziny. Dwie kondygnacje, oszklony salon, ogromny taras z widokiem na panoramę całego miasta.
W drzwiach wita ich ogromny rudy kot. Z początku patrzy na Ádáma podejrzliwie, a potem szybko daje dyla do salonu.
– Behemot, nie uciekaj! Ten osobnik jest całkiem bezpieczny – śmieje się Ráhel. Nareszcie.
– Serio? Nazwałaś kota Behemot? Nie było lepszych książek, którymi mogłabyś się zainspirować?
– To jak miałam go nazwać? KRZYWOŁAP? Co ci nie pasuje w Mistrzu i Małgorzacie?
– Tak w zasadzie to wszystko. Wiesz, nigdy nie przepadałem za czytaniem lektur, ale zawsze jakoś się zmuszałem, ale to… umówmy się, że znajdę dla twojego kota inne imię. I tak będę na niego wołać.
Ráhel prowadzi go na poddasze, które całe jest jednym dużym pokojem, a sama zbiega na dół, by za chwilę wrócić z kilkoma butelkami piwa.
Rozgląda się po pokoju. Na podłodze walają się jakieś książki, cała ściana oklejona jest ogromną mapą nieba i pocztówkami z rożnych miejsc, a nad łóżkiem wiszą dwa zdjęcia – na jednym, tego jest pewien, stoi mała Ráhel ze swoim tatą, oboje ubrani w puchowe kurtki i z nartami w ręku, na drugim, biało-czarnym – dwoje młodych ludzi, dziewczyna z długim warkoczem i w sukience w kropki i chłopak, ubrany w koszulę, jasne spodnie i skórzaną kurtkę. Ádám ostrożnie odpina zdjęcie od tablicy. Na jego odwrocie napisano pięknymi literami: Zénó és Orsi, 1956.10.30.
– Dziadkowie, rodzice taty, poznali się w Budapeszcie podczas powstania w pięćdziesiątym szóstym. – mówi Ráhel, gdy wchodzi do pokoju i widzi Ádáma stojącego z fotografią w dłoni – Sześć dni później Urząd Bezpieczeństwa aresztował dziadka, a babcia czekała na niego aż do jego powrotu z więzienia. Wrócił w sześćdziesiątym czwartym. Szybko wzięli ślub, rok później urodził się tata. Oboje zmarli dwa lata temu. Dasz wiarę? Znali się tylko kilka dni, ale zdążyli się w sobie zakochać tak bardzo, że czas, jaki spędzili oddzielnie zupełnie nie zniszczył ich uczuć.
Znowu zapada niezręczna cisza. W głowie Ádáma jakby echem odbija się tylko jedno: znali się tylko kilka dni, ale zdążyli się w sobie zakochać tak bardzo…
– Chcesz obejrzeć więcej zdjęć?
– Jasne.
Z ostatniej półki wysokiej szafy, stojącej po drugiej stronie pokoju Ráhel wyciąga pudełko pełne różnych fotografii, starych, biało–czarnych, ale też całkiem nowych, z różnych wakacji i wyjazdów. Ráhel i tata. Tata i Ráhel. Opowiada mu o wszystkich miejscach, w których była, wspomina wszystkie zabawne sytuacje, w których brała udział i po raz pierwszy Ádám widzi w jej oczach taką prawdziwą, niewymuszoną radość.
– A gdzie mama?
Ty kretynie.
– Mama bardzo rzadko z nami jeździła, a jak już jeździła, to raczej stała po tej drugiej stronie obiektywu – odpowiada zasmucona – wiesz, że po śmierci taty spakowała te zdjęcia i chciała je wyrzucić? Tak, jakby zupełnie chciała wymazać go z pamięci?
– Myślisz, że tak szybko o nim zapomniała?
– Ádám, proszę cię – prycha – zapomniała o nim już za jego życia.
– Posłuchaj… – zaczyna Ádám po chwili – wiem, że spieprzyłem sprawę. Powinienem był od razu powiedzieć ci o mojej przyszłości, może wtedy…
Ráhel przykłada mu palec do ust.
– Nie myślmy o tym dzisiaj. Nie chcę jeszcze płakać.
Siedzą na podłodze, otoczeni ciszą i stertą porozrzucanych zdjęć i zupełnie, już któryś raz w swoim towarzystwie, tracą poczucie upływającego czasu. Dopiero gdy Ráhel znów sięga po papierosa, Ádám spogląda na zegarek i z przekąsem mówi:
– Wytrzymałaś półtorej godziny bez fajki, to chyba twój nowy rekord?
– Och Szalai, błagam – przewraca oczami – zamknij się i przestań zgrywać supersportowca, co sobie od czasu do czasu nie popala i wcale nie pije alkoholu.
Odwraca głowę w jego stronę, zaciąga się i wypuszcza cały dym ze swoich ust wprost na jego twarz. Przez jakiś czas, który wydaje mu się wiecznością patrzą na siebie, aż wreszcie ona, nie odrywając od niego wzroku przysuwa się do niego i na niebezpieczną odległość zbliża swoje usta do jego ust.
Czuje, że serce za chwilę wyskoczy mu z piersi. Patrzy jej prosto w oczy, są ciemne jak wzburzone chmury za oknem, i tylko czeka, aż pojawią się w nich pierwsze błyskawice.
Zamyka oczy i całuje ją.
Kosmos.
Wie, jak to się skończy i wie, że każda chwila, którą spędzili razem w zasadzie prowadziła do tego momentu, więc poddaje mu się bez dyskusji, przysuwa się jeszcze bliżej, szybko zdejmuje jej bluzkę, błądzi dłońmi po jej plecach, czuje pod palcami każdy kręg. Ona odpłaca mu tym samym, szybko pozbywając się jego t–shirta i wpijając się paznokciami w jego piegowate ramiona. Całuje jej szyję. Każdy jej dotyk jest jak wyładowanie elektryczne na powierzchni jego skóry.
Już chyba nie wmówisz sobie, że nie jesteś w niej zakochany.
Gdy rozpina jej stanik, za oknem uderza właśnie pierwszy piorun.

*
2016

– Czemu nigdy mi o tym nie powiedziałeś? – pyta Vilmos po usłyszeniu całej historii, którą właśnie opowiedział Ádám. Siedzą we trzech na tarasie domu rodziców, który od zawsze był dla nich odskocznią od wszystkich problemów tego świata i wspólnie, jak zazwyczaj w takich sytuacjach próbują rozwiązać problem najstarszego z braci.
– Bo miałeś wtedy na głowie swoją dziewczynę, prawie w ogóle nie bywałeś w domu, poza tym, to nie był jakiś wiesz, pierwszy lepszy podbój, którym mógłbym się pochwalić, to było trochę… poważniejsze. To znaczy, wtedy wydawało mi się, że to tak na poważnie, a gdy okazało się, że nic z tego nie wyszło, starałem się jakoś wymazać to z pamięci i… po jakimś czasie wpadłem w wir treningów i imprez z nowymi znajomymi, po prostu zapomniałem.
– No to mogłeś powiedzieć to mnie, prawda?
– Nie, nie mogłem.
– A to niby dlaczego?
– A to dlatego, że miałeś wtedy dziewięć lat.
Zaletą posiadania dwóch braci i bycia z nimi w naprawdę dobrej relacji zdecydowanie był fakt, że mógł powiedzieć im naprawdę o wszystkim. Starzy znajomi pojawiali się i znikali, zakładali rodziny, mieli swoje życie, a oni we trzech od zawsze wiedzieli, że mogą na sobie polegać. Fakt, przez pierwsze lata gdy był za granicą i do kraju wracał raz na jakiś czas, ich relacje były chłodne, bo Vilmos sam grał w piłkę i jakoś szybko się usamodzielnił, znikał z domu na całe dnie i buntował się (co prawda na swój sposób, jak to Vilmos – zupełnie inaczej niż inni nastolatkowie, bo jego bunt polegał nie na piciu alkoholu, paleniu papierosów i wracaniu nad ranem do domu, był raczej cichym wycofaniem się z życia rodzinnego) zaś Bertalan, o ponad dziesięć lat młodszy od Ádáma, wtedy nie za bardzo rozumiał jeszcze fakt, dlaczego jego ukochany najstarszy brat zazwyczaj po prostu pojawia się i znika i nigdy nie spędza z nimi tyle czasu, ile on by chciał. Cała trójka potrzebowała naprawdę dużo czasu, żeby idealnie się zgrać, ale teraz, gdy wszyscy w tej bandzie są już dorośli, doskonale wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć.
– Słuchajcie, ja naprawdę nie wiem, co mam zrobić.
– Ja też nie.
– Bertalan, DO CHOLERY, z ciebie to ciągle jest taki dzieciak. Wiesz co… Ja bym się odezwał. Chociaż trochę trudno mi sobie wyobrazić, że mój najstarszy brat miesiąc po rozstaniu spotyka jakąś laskę, którą znał tyle lat temu i nagle jest wielce zakochany?
– Też się nad tym zastanawiam. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co takiego się stało. Chociaż wczoraj przez myśl przeszło mi, że może po prostu to jedyna kobieta, do której kiedykolwiek czułem cokolwiek.
– Serio?
– Serio. Tylko przy niej czułem tam w środku coś więcej, i chyba dokładnie to samo poczułem też wczoraj.
– To nad czym ty się jeszcze zastanawiasz? – pyta prawie krzycząc Vilmos.
– No, chociażby nad tym, czy to w ogóle ma jakiś sens. To znaczy, pewnie powie mi, że powinienem sobie dać spokój, bo skoro nie wyszło wtedy, to pewnie nie wyjdzie i teraz…
– I że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
– Bertalan, kretynie, to powiedzenie nie znaczy tego, co myślisz, że znaczy. Oczywiście, że nie weszlibyśmy dwa razy do tej samej rzeki, bo rzeka jest już teraz zupełnie inna. I my zresztą też. Chyba tego najbardziej się boję. Że po tym całym syfie, który przeszła, nie będzie się chciała wiązać. Ani ze mną, ani z nikim.
– Kurwa, Ádám, jesteś z nas najstarszy, a jakby najgłupszy. Przecież się tego wszystkiego nie dowiesz, jeśli nie spróbujesz. Znając ciebie naprawdę będziesz sobie wtedy pluł w brodę. Jeśli nie odbierze od ciebie telefonu, to też będzie coś znaczyło, prawda? Wiesz, nie mogę za ciebie decydować, ale to chyba oczywiste, że powinieneś to zrobić.
Vilmos ma rację. Znowu, jak zwykle, jego młodszy brat ma cholerną rację. Co mu szkodzi? Jeśli się do niego nie odezwie, da mu sygnał, że nie powinien robić sobie żadnych nadziei, a jeśli podniesie słuchawkę, wtedy pewnie razem z nią będzie się zastanawiał, co dalej.
Podnosi do ust szklankę wody. Kac spowodowany wczorajszym piciem w samotności trzyma go do tej pory.
– Nie wierzę – mówi Vilmos znad butelki piwa – nasz brat, który kobiety zmienia częściej niż samochody, nareszcie nam się chyba porządnie zakochał.

*
2007

Czuje się cholernie zmęczony, ale, jak na złość w ogóle nie może zasnąć. Od kilku godzin wlepia wzrok w okno, za którym i tak nic nie zobaczy, chmury przykryły całe niebo. Męczy go nagły natłok myśli, który pojawił się w jego głowie, i wszystkie uczucia, których chyba w ogóle nie powinien pozwolić sobie czuć.
Stary, co ty sobie kurwa wyobrażasz? Mógłbyś robić milion innych rzeczy: skończyć się pakować, pójść z kumplami na piwo, spędzić trochę czasu z rodziną, matka pewnie zresztą płacze, że tego nie zrobiłeś, ale ty oczywiście wolałeś bzyknąć jakąś przypadkową pannę, którą poznałeś kilka dni temu i która zawróciła ci w głowie tak, żeś o bożym świecie zapomniał. Co ty tu w ogóle robisz? Zawsze byłeś zdrowo pojebany, ale tego to się chyba nikt nie spodziewał.
Pewnie zgodziłby się z samym sobą w stu procentach, gdyby nie jeden malutki szczegół. Tak, mógłby teraz siedzieć w domu, wysłuchiwać lamentu mamy i dopinać walizki. Tak, nigdy nie zaliczał się do ludzi do końca normalnych, zawsze musiał odstawić jakiś numer, co zresztą stało się i teraz. Tak, Ráhel totalnie zawróciła mu w głowie... Ale na pewno nie jest dla niego jedynie jakąś przypadkową panną. Przez ostatnie kilka dni, przez które było mu dane ją poznawać, stała się mu bliska jak żadna inna z tych, które udało mu się spotkać przez prawie dwadzieścia lat swojego życia. Nienawidzi przyznawać takich rzeczy nawet przed sobą samym, bo przecież wszyscy uważają go za takiego zimnego drania, co całkowicie mu pasuje, ale chyba faktycznie, wbrew temu, co starał wmówić sobie jeszcze wczoraj, zdążył się już w niej trochę zakochać.
No, cwaniaczku, to skoro jesteś taki zakochany, to co to za poczucie winy?
Chciałby myśleć, że nie żałuje tego, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. To znaczy – wie, że gdyby miał przeżyć go jeszcze raz, prawdopodobnie nie zmieniłby w nim nic, ale nie może pozbyć się wyrzutów sumienia, których pewnie nie miałby, gdyby to wszystko wydarzyło się w innym miejscu, w innym czasie i z inną dziewczyną. Ráhel znał dopiero od pięciu dni (a tak w zasadzie – od pięciu dni i sześciu nocy) i chociaż nie dziwi go specjalnie fakt, że po takim czasie wylądował z nią w łóżku (bo do tej pory i z innymi dziewczynami takie sytuacje zdarzały mu się całkiem często), to kompletnie przytłacza go i przeraża fakt, że o ile dotychczas w takich momentach nie czuł prawie nic, teraz wydaje mu się, że czuje wszystko, co tylko się da. Całe spektrum emocji, których do tej pory nie znał i których nie potrafi przez to nazwać.
Nie jest do końca pewien, czy chciał, żeby właśnie tak skończyła się ta historia. Poznali się zupełnie przypadkiem, ale zdążyli razem spędzić kilka naprawdę wspaniałych chwil. Poszli ze sobą do łóżka, ale co dalej? Dobry seks na rozstanie wcale nie rozwiązał żadnego problemu, wręcz przeciwnie, wszystko chyba jeszcze bardziej skomplikował. Przecież za kilkanaście godzin będzie siedział w pociągu do Niemiec, a ona zostanie tutaj, w Budapeszcie. Gdy on wyląduje w Madrycie, będzie dzieliło ich ponad dwa i pół tysiąca kilometrów. Co mają sobie teraz powiedzieć na pożegnanie? Cześć, pa, do widzenia? Będziemy pisać do siebie listy i spotkamy się jak tylko przyjadę do Budapesztu? Albo wiesz co, najlepiej ty przyleć do mnie do Madrytu, na jesienne ferie albo na Nowy Rok. I w ogóle to ja poczekam aż zdasz maturę, pojedziemy gdzieś razem na wakacje, może zmienię klub a ty wybierzesz jakiś uniwersytet w miarę blisko mnie i będziemy widywać się tak często jak się da?
I co, niby tak to przetrwacie? To ma być ten twój plan, który spowoduje, że zatrzymasz ją przy sobie?
Odwraca głowę i patrzy na nią, jej nagie plecy, poruszające się w rytm jej spokojnego, miarowego oddechu, jej włosy rozsypane na poduszce i zaciśnięte w pięści dłonie. Zaczyna zastanawiać się, czy gdy się obudzi, w jej głowie pojawi się taki sam mętlik. Strasznie chce w to wierzyć, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby nie czuć tego, co czuje on sam.
Nie pasujesz do jej świata. W tej krainie nie ma teraz miejsca na takie zawirowania. Mógłbyś teraz stąd wyjść, a jej pewnie, w tym całym życiowym bałaganie nie zrobiłoby to żadnej różnicy.
Problem w tym, że doskonale jest w stanie wyobrazić sobie Ráhel wpasowującą się w jego świat. Wierzy, że gdyby było im dane trochę więcej czasu, wszystko pewnie jakoś by się ułożyło. Może wreszcie udałoby mu się rozbić skorupę żałoby, buntu i całego tego nieprawdopodobnego smutku, jaki w sobie nosi i wreszcie poznać ją taką, jaka była jeszcze całkiem niedawno, zanim zmarł jej ojciec i zanim doszła do wniosku, że teraz zbuntuje się przeciwko całemu światu. Gdy wczoraj oglądali jej zdjęcia z dzieciństwa i gdy patrzył na jej roześmiane oczy, w których do tej pory potrafił dostrzec tylko smutek, zaczął żałować, że nie udało mu się jej spotkać o wiele wcześniej, i że teraz nie ma czasu, by powoli odkrywać kolejne jej tajemnice. Chociaż tej nocy dokładnie poznał mapę jej ciała, potwornie smuciła go ilość białych plam, które widział na mapie jej duszy.
Rozmyślanie przerywa mu coraz silniejsze drapanie w uchylone drzwi. Kot po cichu wślizguje się do pokoju, wskakuje na łóżko i patrzy na niego błagalnym wzrokiem.
Ádám nie chce obudzić Ráhel, dlatego stara się jak najciszej wygramolić z łóżka, co okazuje się zadaniem prawie nie do wykonania, bo jak ma po cichu wydostać się z miejsca, w którym nawet leżąc ledwo się mieści. 
Naprawdę, to metr dziewięćdziesiąt trzy to ci teraz potrzebne jak dziura w moście. 
Sen dziewczyny jest jednak na tyle mocny, że żaden ruch ani dźwięk nie jest w stanie jej obudzić.
Szybko ubiera się, sięga do plecaka po paczkę papierosów i zapalniczkę i po cichu schodzi na parter.
Zagląda do lodówki myśląc, że mógłby zdobyć się na odrobinę romantyczności i zrobić jakieś śniadanie, chociaż kucharzem jest fatalnym, każdy omlet, który próbował w swoim życiu usmażyć, po prostu przypalał się na węgiel, a jedynym, co udawało mu się w kuchni, była całkiem niezła kawa, co w tej chwili nie ma żadnego znaczenia, bo Ráhel pije przecież tylko herbatę. Poza starym mlekiem i karmą dla kota nie znajduje jednak nic, co nadawałoby się do spożycia przez kogokolwiek. Wrzuca rudzielcowi trochę jedzenia do miski, a sam wychodzi na taras. Patrzy na zegarek, jest szósta czterdzieści pięć. Słońce, które wzeszło kilkadziesiąt minut temu, nie miało nawet okazji wyjrzeć zza chmur, które ciągle kłębiły się nad miastem. Chociaż ubrany jest w t–shirt i krótkie spodenki, w ogóle nie odczuwa zimna. Zresztą, jak ma zaprzątać sobie głowę tym, co dzieje się w otaczającym go świecie, skoro cały jego świat skumulowany jest w jednej osobie?
Zapala papierosa.
Tak, miał rzucić jeszcze przed wyjazdem do Madrytu. Ale miał się też nigdy nie zakochać, a poniósł na tym polu naprawdę spektakularną klęskę. Poza tym, zawsze gdy palił, łatwiej było mu zebrać myśli. A teraz ma ich w głowie aż po sufit. I bardzo, bardzo chce, żeby cały ten syf najlepiej posprzątał się sam. Dlaczego, do kurwy, to wszystko nie mogłoby być choć trochę prostsze?

– Jestem taka głupia. – z zamyślenia wyrywa go głos Ráhel, stojącej w drzwiach i ubranej tylko w jego bluzę, która w zasadzie wygląda na niej jak sukienka. Włosy upięła w niedbały kok, a na twarzy nie ma ani grama makijażu.
Jest piękna.
– Przestań. Jesteś jedną z najmądrzejszych osób, jakie znam, zobaczysz, za parę lat będziesz badać ten swój kosmos i zrobisz doktorat i... – kompletnie nie wie, co miało znaczyć to zdanie, więc zaczyna pleść od rzeczy, ale ona podchodzi do niego, wtula się w jego ramię i mówi:
– Jestem głupia, bo liczyłam na to, że gdy się obudzę, to okaże się, że dzisiaj wcale nie nadeszło.
Nie wie, co odpowiedzieć. Nagle budzi się w nim jakaś iskierka nadziei, że może uczucia Ráhel wobec niego są podobne do tych, które on ma względem niej i jego głowa, serce, całe ciało i umysł znów zaczynają wariować.
– Co dalej? – pyta po chwili, bo to jedyne, co jest w stanie z siebie wydusić.
– Nie wiem, Ádám. To wszystko przyszło tak szybko, ty masz piłkę, ja ostatni rok w liceum, egzaminy na studia, ty będziesz tam, pewnie zaraz zrobisz karierę, ja zostanę tutaj i będę się użerać ze swoim życiem, a poza tym znamy się tak krótko, i chociaż naprawdę chyba zaczynam czuć do ciebie coś więcej, to czy naprawdę teraz musimy podejmować jakiekolwiek decyzje? – słowa wychodzą z jej ust tak prędko niczym seria z karabinu maszynowego.
Przecież wiesz, że ma rację. I tak nie zamierzałeś się jej chyba dzisiaj oświadczyć.
Tak. Potrzebują dużo więcej czasu by zdecydować, co będzie z nimi za jakiś czas. Odległość, jaka ich podzieli będzie jednocześnie prawdziwą próbą tego, co naprawdę zostało między nimi z uczucia, które przecież pojawiło się na tyle niespodziewanie, że równie niespodziewanie może się skończyć. Nie chce jednak myśleć, że ich historia miałaby się kiedykolwiek kończyć. Nie dopuszcza do siebie takiej możliwości, jednak teraz nie czas na żadne deklaracje. Za wcześnie.
Przez kilka chwil stoją objęci i patrzą na panoramę Budapesztu, i nawet gdy z nieba zaczyna padać rzęsisty deszcz, niechętnie chowają się w domu. Jednak czas płynie nieubłaganie i Ádám musi w końcu wrócić do domu i przygotować się do podróży. Nie chce tego robić – gdy bagaże będą już spakowane, a on wyruszy na dworzec, nie będzie już odwrotu.
– Nie jedź. Jeszcze nie teraz.
– Wiesz, że muszę. Pociąg rusza o osiemnastej pięć. Keleti. Przyjedź.
Stoją w progu domu i nie mogą oderwać od siebie wzroku. Gdy wreszcie odwraca się, żeby wsiąść do samochodu, Ráhel łapie go za rękę, przyciąga do siebie i całuje tak, jakby miałby to być ich ostatni pocałunek.
I gdy Ádám odjeżdża spod jej domu, to przez jeden króciutki moment, jakąś nanosekundę dopada go myśl, że być może widział ją właśnie ostatni raz.

*
2016

Wcale nie jest jeszcze tak późno, żebyś nie mógł do niej zadzwonić.
Obraca w dłoniach telefon, ciągle zastanawiając się, czy to na pewno dobry pomysł. To, co doradzili mu jego bracia, to jedno, to, co sam czuje, to drugie, ale to, jak zareaguje Ráhel, to już zupełnie inna bajka.
Nie ma pewności, że czeka na jego telefon, że odbierze, wysłucha, co ma mu do powiedzenia, a następnego dnia spotkają się i padną sobie w ramiona. Prawda jest taka, że takiego scenariusza nie bierze nawet pod uwagę, przecież nie jest aż takim optymistą, ale Vilmos ma rację. Jeśli nie powie jej tego, co czuje, to będzie żałował dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy po wyjeździe do Madrytu nie zrobił nic, kompletnie nic, żeby chociaż spróbować jakoś się z nią skontaktować, zapytać dlaczego, najzwyczajniej w świecie po prostu o nią zawalczyć.
Zegar wybija dwudziestą trzecią.
Dzwoń.
Pierwszy sygnał. Drugi. Trzeci. Cisza.
Próbuje jeszcze raz. I jeszcze jeden.
Za trzecim razem wydaje mu się, że słyszy jakiś hałas na korytarzu. I znajomy dzwonek telefonu. Jej dzwonek.
Co tu się, kurwa dzieje?
Puk, puk, puk.
Otwiera drzwi i widzi ją, stojącą w progu jego mieszkania, w dżinsach, t–shircie, trampkach i skórzanej kurtce, która wygląda zupełnie jak ta, jaką nosiła, gdy miała niecałe osiemnaście lat, z zapłakaną twarzą i rozmazanym makijażem. Nie ma pojęcia, czemu teraz, w chwili, w której próbował się do niej dodzwonić i opowiedzieć wszystko, co do niej czuje, ona zjawia się w jego domu i zalewa się łzami.
– P-przepraszam, że zawracam ci głowę, ale t-tak bardzo chcę ci wszystko wytłumaczyć. Potem sobie pójdę.
– Nie rozumiem. C-c-o ty chcesz mi tłumaczyć?
Cisza.
Jest kompletnie zdezorientowany, patrzy na nią i czuje, jak wzbiera w nim litość.
Wow, stary, to nie ty tu toniesz we łzach, przestań się może jąkać? Daj jej mówić.
– To może nie będziesz chociaż robić tego w progu tylko wejdziesz i usiądziesz, a ja zrobię ci coś do picia? Wyglądasz tak, jakbyś potrzebowała kubka gorącej herbaty.
Zamyka za nią drzwi, prowadzi do kuchni, sadza przy stole i wstawia wodę. Ráhel wyciąga z kieszeni kurtki paczkę papierosów, zapala jednego z nich i wbija wzrok w okno.
Oczywiście.
– Od dwóch dni nie mogę przestać myśleć o tym, jak kurewsko skończoną kretynką byłam, zostawiając cię wtedy i jak bardzo tego żałuję. W–wydawało mi się, że to nie ma sensu, że jesteśmy jeszcze dzieciakami, które nic nie wiedzą o życiu, p–poza tym myślałam, że będę dla ciebie tylko niepotrzebnym balastem, bo po co komuś, kto wyjeżdża robić karierę, jakaś dziewczyna gdzieś po drugiej stronie kontynentu? – bierze od Ádáma kubek, który jej podaje – Cały dzień, od momentu, w którym pojechałeś do domu, nie potrafiłam myśleć o niczym innym jak tylko o tym, co powinnam zrobić i naprawdę, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że jednak pojawię się na tym pieprzonym dworcu i pożegnam cię jak trzeba, poznam twoją rodzinę a ty powiesz mi, że to tak szybko zleci i za chwilę znowu się spotkamy i będziemy do siebie dzwonić i pisać listy i będzie się wydawało, że Budapeszt i Madryt są tak naprawdę na odległość ręki… Naprawdę byłam przekonana, że powinniśmy razem być, tylko… – upija łyk herbaty – tylko nagle przypomniałam sobie o tym, że przecież jestem tylko piątym kołem u wozu, który zawsze wszystkim zawadza i który tylko by ci przeszkadzał. Nie daj Boże okazałoby się jeszcze, że za dużo o mnie myślisz i nie skupiałbyś się wystarczająco na grze.
– Skąd w ogóle przyszło ci to do głowy?!
– Wiesz, że miałam wtedy ciężki okres. W domu czułam się tylko jak przestawiany i nikomu niepotrzebny mebel, więc w mojej małej i głupiej główce zapaliła się czerwona lampka, która kazała mi myśleć, że ty też na pewno będziesz tak o mnie myślał.
– NIGDY nie pomyślałbym o tobie w taki sposób. Wiesz to. Zawsze to wiedziałaś. – opiera się o kuchenną szafkę i odwraca od dziewczyny wzrok.
– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że sam nigdy nie słyszałeś w głowie takiego piskliwego głosiku, który podpowiada ci największe bzdury, o których doskonale wiesz, że nie są prawdą, ale robi to tak, że trudno mu nie uwierzyć?
Przypomnij sobie Euro, hm?
– Ile my mieliśmy wtedy lat? Ty dziewiętnaście, a ja siedemnaście. Myślisz, że łatwo uwierzyć w siebie nastolatce, która parę dni wcześniej zastanawiała się jeszcze nad tym, czy nie odebrać sobie życia? Nawet nie wiesz, jak dużo czasu zajęło mi pozbycie się tego poczucia. Nawet nie wiesz, jak długo myślałam, że wszystkie te złe rzeczy, które mi się przytrafiły, były efektem tego, że tamtego dnia po prostu potraktowałam cię jak kogoś nic dla mnie nieznaczącego.
– Złe rzeczy po prostu się wydarzają, Ráhel, a grzechy wybaczone nie wymagają żadnej kary.
– Wybaczone? Myślałam, że takich rzeczy nie da się wybaczyć.
– No chyba – przysiada się do niej – że się kogoś naprawdę kocha.
Ich twarze znów są niebezpiecznie blisko siebie, jak tamtego wieczoru na podłodze w jej pokoju. Patrzy w jej oczy i widzi takie same iskry, jak te, którymi trzaskała w niego tamtej nocy.
– Nie – mówi i wstaje z krzesła – to bez sensu.
– Co jest bez sensu?
– To wszystko. Niepotrzebnie tu przychodziłam, żaliłam się, przecież to ja cię skrzywdziłam, przepraszam, że w ogóle odezwałam się do ciebie, nie powinniśmy byli się spotykać, przez to narobiłam sobie tylko mętliku w głowie… przepraszam – szybkim krokiem kieruje się w stronę wyjścia, ale Ádám zrywa się z krzesła i zatrzymuje ją w pół kroku.
– Czy ty słyszysz co ty w ogóle wygadujesz? Cholera, przecież właśnie powiedziałem ci, że ciągle cię kocham. Za co chcesz mnie przepraszać? Nawet, gdyby teraz cię tutaj nie było, ja i tak pewnie dzwoniłbym do skutku, żeby powiedzieć ci to, co mam zamiar powiedzieć teraz: chcę z tobą być. Biorę na klatę cały twój bagaż, nie mam do ciebie żalu. Na początku chodziłem wkurwiony, nie mogłem sobie znaleźć miejsca, traktowałem piłkę jak zło konieczne. Ale trudno, stało się. Sam nie jestem bez winy, bo przecież mogłem się do ciebie odezwać, wysłać głupi list albo po prostu zadzwonić, ale ująłem się honorem i olałem sprawę. Nigdy potem do żadnej innej nie poczułem tego, co do tej pory czuję do ciebie. Mógłbym do końca życia oszukiwać się, że po prostu się do tego nie nadaję, że miłość nie jest dla mnie, ale gdy wczoraj się spotkaliśmy, to uświadomiłem sobie, że z żadną mi nie wyszło tylko dlatego, że żadna nie była taka, jak ty. Dlatego czy mogłabyś przestać mnie przepraszać, bo naprawdę nie masz za co, wybaczyłem ci, kropka. Zamknięty rozdział.
Łapie w dłoń jej drżący podbródek i przyciąga do siebie.
– No chyba nie będziesz teraz znowu płakać.
Gdy ją całuje, czuje na swoich wargach słony smak łez.
Bo teraz płaczą już oboje.
A potem się śmieją, a potem znów płaczą, całą noc siedzą, rozmawiają, patrzą sobie w oczy, próbując nadrobić stracone dziewięć lat, a gdy Ráhel nagle zasypia, on zanosi ją do sypialni, otula kocem, a sam kładzie się obok niej, wtulając głowę w jej ramię.
Nareszcie wszystko jakoś się układa, nareszcie czuje w sobie spokój, nareszcie jest mu po prostu dobrze.


*
2007

Po powrocie do domu nie opłaca mu się nawet iść spać, bo jest ósma rano, a ilość rzeczy, jaką ma do załatwienia tego dnia wydaje mu się nieskończona. Jak zwykle na ostatnią chwilę.
Wszyscy jeszcze śpią, w końcu jest niedziela, a w tej rodzinie w niedzielę nikt nie zwleka się z łóżka przed dziesiątą, więc po cichu wchodzi po schodach do swojego pokoju i zaczyna się pakować, a właściwie wrzucać do walizki wszystkie swoje rzeczy, ale nie jest w stanie nawet skupić się na takiej, w miarę prostej czynności. Próbuje na chwilę odwrócić uwagę od Ráhel, ostatniej nocy, uczuć i tego, jak bardzo nie chce dziś stąd wyjeżdżać.
Nie potrafi.
Liczy na to, że prysznic porządnie go obudzi i chociaż na chwilę da mu wytchnienie od tych wszystkich myśli, które aż gotują się w jego głowie, ale gdy czuje pierwszy strumień wody, uderzający o jego skórę, przypomina sobie jej dotyk i chce krzyczeć, aż zabraknie mu powietrza w płucach, i z całej tej bezsilności po prostu pozwala łzom napłynąć do oczu.
Tego dnia wyleje ich jeszcze wiele.
Deszcz nie przestaje padać. Gdy schodzi do kuchni, żeby coś zjeść, przy stole siedzi już czekająca na niego mama.
– Późno wróciłeś? Nie wyglądasz na wyspanego.
– Nie, spałem jak zabity, ale wiesz, stresuję się całym tym wyjazdem.
Nienawidzi oszukiwać matki, ale co innego miałby jej powiedzieć?
– Wiesz co, spakowałem się już, a mam do załatwienia jeszcze parę spraw, no i pomyślałem sobie, że przed wyjazdem wpadnę jeszcze do dziadków, bardzo się na mnie obrazisz, jeśli za chwilę znowu sobie pojadę?
– Daj spokój, synku, — mama uśmiecha się lekko – przecież wiem, jesteś już dorosły.
Wstawia kubek do zlewu, a wychodząc z kuchni, przemyka obok mamy i całuje ją w policzek.
I już go nie ma.

Gdy rano jechał do domu, w jego głowie pojawiła się myśl, że chyba powinien dać Ráhel jakiś prezent.
Przecież nie jesteś panną zostawiającą swojego rycerza, wyruszającego na wojnę, chyba jest wręcz przeciwnie? To ona powinna oddać ci swoją wstążkę czy coś.
O Jezu, zamknij się wreszcie.
Nie ma zielonego pojęcia, co mógłby jej dać, więc po wizycie u dziadków skręca na Váci utcę. Zupełnie bez sensu zaczyna snuć się po wszystkich sklepach i przedzierać się przez tłum turystów kupujących pocztówki, koszulki i inne pamiątki, których przeznaczeniem ma być jedynie zbieranie kurzu na półkach ich domów.
Nigdy nie był szczególnie religijny, ale teraz przechodzi obok kościoła i myśli, że może gdy się pomodli, to Bóg, który podobno spełnia ludzkie prośby, sprawi, że to wszystko się poukłada.
Siada w ostatnim rzędzie, ale gdy próbuje się wyciszyć, wszystkie skołtunione myśli znowu zalewają go, a pod powiekami czuje piekące łzy. Natychmiast wychodzi.
Snuje się tak bez celu, aż wreszcie jego uwagę zwraca niewielki srebrny wisiorek w kształcie zwiniętego w rogalik księżyca. Chciałaby tam polecieć? Na razie będzie musiało jej wystarczyć, że będzie go zawsze miała przy sobie.
Kurwa, ty romantyku.
Czy nie mówiłem ci, że masz się zamknąć?
Zadowolony wraca do domu z niewielkim pakunkiem w kieszeni. Chwilę później wkłada go do bocznej kieszeni plecaka, do którego spakował wszystkie rzeczy, które nie zmieściły mu się do walizki.

Tyle rzeczy dzieje się dookoła. Mama gotuje obiad, bracia grają na playstation, ktoś coś do niego mówi, ale w zasadzie nic do niego nie dociera, odbywa się gdzieś zupełnie obok.

Patrzy na spakowany bagaż i zaczyna odliczać godziny do wyjazdu. Nie może znaleźć sobie miejsca, dlatego kładzie się na swoim łóżku i po prostu patrzy w sufit. Nigdy nie czuł tylu rzeczy naraz. Tak strasznie cieszy się, że wreszcie trafi do Madrytu, że spełni swoje marzenie i będzie coraz lepszym piłkarzem, a jednocześnie tak bardzo chce płakać, bo wie co musi zostawić za sobą, tutaj, w Budapeszcie.
Przecież jeszcze się zobaczycie. Całkiem niedługo.

– Pojadę sam – oznajmia, wychodząc ze swojego pokoju jakieś dwie godziny przed odjazdem pociągu – tato, czy mógłbyś mnie tylko podwieźć na przystanek?
– Synku… – zaczyna mama.
– Pojadę sam, pożegnamy się tutaj.

Z okien tramwaju, a potem autobusu patrzy na swoje miasto, na powoli zaczynające zmieniać swój kolor liście, na ludzi stojących w kolejce do kina, dzieci bawiące się na podwórkach i wlekące się po ulicy samochody.
Jak to wszystko zostawić?
Po drugiej stronie Europy czeka na niego zupełnie inne życie. Nowe przyzwyczajenia, nowi znajomi, prawdziwe sportowe życie, a jednak to tu najprawdopodobniej zostanie jego serce. Wysiada z autobusu, tocząc za sobą wielką walizkę, a jego oczom ukazuje się majestatyczny budynek dworca Keleti.

Dworzec jak zawsze pęka w szwach. Niezależnie od dnia tygodnia czy godziny, zawsze wypełniony jest pasażerami czekającymi na swój pociąg.
Gdy był dzieciakiem, czasem przesiadywał tu i patrzył na przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi, zastanawiając się nad tym, ile ludzkich historii, rozstań i powrotów, ludzi, którzy szukali szczęścia w Budapeszcie, sprzedanych langoszy i przemyconych śrubokrętów widziały te wszystkie ściany, podziemne przejścia i perony. Teraz, gdy jest już trochę starszy i sam uczestniczy w tym szalonym pędzie, nie ma już czasu na obserwowanie ludzi i wymyślanie historii do tych skrawków ich życia, które rozgrywają się na każdym z peronów.
Dziś przyjechał na tyle wcześniej, żeby móc się jeszcze nacieszyć tym widokiem. Patrzy na wszystkich dookoła i zastanawia się, ilu z nich dziś rozstanie się ze swoimi bliskimi, a ilu radośnie swoich ukochanych przywita. Chce być dziś jednym z tych szczęściarzy, którego żegna ktoś, kto na pewno, gdy wróci, będzie na niego czekać.
Będzie sam.

Jest siedemnasta czterdzieści pięć. Powinna już tu być.
Przyjdzie.
Siedemnasta pięćdziesiąt.
Pociąg do stacji Stuttgart stoi na torze trzecim przy peronie siódmym.
Siedemnasta pięćdziesiąt pięć. Musi biec na swój peron, ale czeka jeszcze chwilę, rozglądając się na wszystkie strony. Może gdzieś tu jest, może po prostu w tym tłumie ona też nie może go znaleźć. Nigdzie nie widzi jej twarzy.
Osiemnasta. Zrezygnowany wsiada do pociągu, odnajduje swój przedział, siada, wygląda przez okno. Ani śladu Ráhel. Jakaś część jego świadomości mówi mu, że to było do przewidzenia, że cała ta znajomość wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. Ale on nie chce wierzyć, że to już koniec, że zostawiła go w najważniejszym momencie, tak, jakby cały poprzedni tydzień zupełnie się nie wydarzył, jakby poprzednia noc, ba, nawet słowa, które wypowiedzieli dziś rano nie miały dla niej żadnego znaczenia.
Wyciąga z kieszeni telefon i natychmiast kasuje jej numer telefonu.
Pociąg powoli rusza z miejsca. Ospale pełznie po szynach, lecz gdy tylko opuszcza peron, przyspiesza i z początku spokojny, miarowy stukot kół przybiera na sile i prędkości, jak metronom wyznaczając rytm jego myśli.
Patrzy przez okno, ale budynki i ulice, które mija, wydają mu się jedynie zbitą, szarą, bezkształtną masą, spuszcza więc głowę i próbuje jakoś zablokować napierający natłok myśli.
Zasypia.
Obudzi się dopiero na węgiersko–austriackiej granicy.



*
2016

Powoli podnosi jedną powiekę.
Ráhel leży tuż obok i wpatruje się w niego swoim spokojnym wzrokiem.
Podnosi drugą powiekę.
Naprawdę myślałeś, że to wszystko tylko ci się przyśniło?
Kosmyk włosów spada jej na twarz.
Nie może przestać się uśmiechać. Jeszcze dwa dni temu nie śmiał nawet myśleć o tym, że kiedyś znowu obudzi się u jej boku, a teraz ma ją przy sobie, może jej dotknąć, i być pewnym, że nie rozpłynie się jak jakiś sen.
– I co teraz? – pyta.
– Och, Szalai – Ráhel przewraca oczami – czy ty zawsze musisz zadawać to idiotyczne pytanie? Wszystko psujesz! – oboje zanoszą się śmiechem – Ale myślę, że jeśli chcemy dać nam szansę, to powinniśmy zacząć wszystko od początku.
– Czy to znaczy, że chcesz, żebym znowu rzucił się pod tramwaj? To trochę poczekasz, przecież most jest teraz zamknięty. A wiesz… ja nie za bardzo mam ochotę czekać. Zmarnowaliśmy za dużo czasu – przyciąga ją do siebie.
– Ty głupku.
– Chodzi mi po prostu o to, że nawet, jeśli teraz zdecydujemy, że będziemy razem, to ja, przynajmniej do końca tego kontraktu, i tak będę mieszkał zagranicą, a ty będziesz tu, żeby skończyć studia, a jeśli zdecydujesz się na doktorat…
– Ale ty jesteś w gorącej wodzie kąpany.
– Nie jestem, po prostu…
– Jesteś, jesteś. – całuje go w czoło, wyślizguje się z jego objęć i wstaje z łóżka – Mamy przecież tyle czasu, coś wymyślimy. A teraz wstawaj. Nie będziemy tu leżeć cały dzień.
Spacerują po mieście, nigdzie się nie spiesząc, zaglądają do miejsc, po których chodzili, gdy oboje byli jeszcze dzieciakami i wspominają swoje rozmowy, przesiadywanie na schodach Bazyliki, wspinaczkę na pomnik na Placu Bohaterów, wylegiwanie się w słońcu… Gdy pierwszy raz przyjechał z Madrytu, za wszelką cenę starał się tych miejsc unikać, co oczywiście było bardzo trudne, jak bowiem nagle ominąć pół miasta, z czasem jednak wyrobił w sobie jakiś mechanizm obronny, który pozwalał mu nie myśleć o wszystkich wspomnieniach związanych z tamtym szalony tygodniem. A potem po prostu zapomniał. Teraz myśli sobie, że powinien chyba dać im szansę i spojrzeć na nie zupełnie nowymi oczami – oczami zakochanego człowieka.
 
Stoją na Moście Wolności i patrzą na panoramę miasta, skąpaną w letnim, powoli zachodzącym słońcu. Jest późne popołudnie,
– To musiało się tak skończyć, prawda? – pyta go Ráhel.
– Jak? – odpowiada zaskoczony.
– Tak, że stoimy tutaj, w miejscu, gdzie się poznaliśmy, i znowu zaczynamy wszystko od nowa.
– To chyba zależy od tego, czy wierzy się w przeznaczenie.
– A ty wierzysz?
– Myślę… myślę, że jeśli w prawie dwumilionowym mieście dwójka ludzi niby przypadkiem wpada na siebie więcej niż jeden raz, to coś musi być na rzeczy.
Odwraca się do niej, łapie ją w talii i przyciąga do siebie.
– Wiesz co – zaczyna – ale może przyjechałabyś na jakieś stypendium do Heidelbergu? Coś na pewno uda się załatwić. Uruchomię jakieś znajomości czy coś…
– Kretyn. O czym mieliśmy nie rozmawiać? – pyta roześmiana.
Nigdy nie będzie miał dość ciepła, jakie rozchodzi się w jego ciele, ani gromad supernowych, które wybuchają w jego głowie, gdy tylko ich usta się stykają.
– Nie rozumiem – mówi, gdy po chwili (która obojgu wydaje się trwać całą wieczność) odsuwają się od siebie – dlaczego tak bardzo nie chcesz rozmawiać o przyszłości? Przecież w końcu i tak będziemy musieli przez to przejść.
– Tak, wiem, tylko widzisz… przez te parę lat nazbierało się w moim życiu tyle syfu. Za dużo myślałam o tym, co będzie, i skutecznie psułam to, co miałam w danej chwili. A teraz… spójrz na nas. Czy przez kilka pierwszych dni nie moglibyśmy po prostu cieszyć się sobą? Pomyśl. Przecież tu i teraz mam zbyt wiele do stracenia, bym mogła przejmować się tym, co będzie jutro.


***

– Nie lubię, jak wyjeżdżasz na te swoje konferencje – mruczy jej do ucha na pełnym ludzi peronie czwartym dworca Kelenföld.
– A ja, gdy musisz wracać do tej swojej piłki – uśmiecha się.
– Ale ja niedługo wracam tu na stałe.
– A twoja przyszła żona przed nowym nazwiskiem niedługo będzie mogła dopisać sobie d i r.
Pociąg Railjet ze stacji Budapeszt-Kelenföld do stacji München Haupbahnhof przez stacje Tatabánya, Győr, Wien, Sankt Pölten, Linz, Salzburg stoi na torze dwunasty przy peronie czwartym.
– P–przyszła żona?
– No, przecież sam wczoraj stwierdziłeś, że moglibyśmy już wziąć ślub. W sumie, jak tak o tym pomyślę, to masz rację. Wracam z Wiednia i oczekuję pierścionka!
– Na pierścionek z kamieniem z meteorytu trzeba poczekać trochę dłużej niż dwa dni.
– Na co?
– Na to, co słyszałaś. Zgodnie ze złożonym przeze mnie zamówieniem powinienem oświadczyć ci się za jakieś dziewięć dni – trzymają się za ręce i powoli ruszają w stronę pociągu, czekającego na gwizdek konduktora, dającego znak, że czas odjeżdżać – a ty powiesz „tak”.
– Powiem.
– I ustalimy datę ślubu.
– Hmm, może początek sierpnia?
– Sprzedamy oba mieszkania.
– I wybudujemy ogromny dom.
– I zaplanujemy podróż poślubną.
– A nie możemy pojechać w podróż przedślubną?
– Możemy pojechać w podróż przedślubną, a potem w podróż poślubną. Po co się ograniczać?
– Najlepiej gdzieś, gdzie jest bardzo, bardzo ciepło.
– Hiszpania?
– Ale ominiemy Madryt szerokim łukiem, co?
– Madryt? Widziałem. Nic ciekawego.
– To może Barcelona?
– Powiedzmy, że o tym pomyślę.
– A teraz puść moją rękę, bo muszę wreszcie wsiąść do pociągu.
– Najpierw cię pocałuję.
Przyciąga ją do siebie tak mocno i tak gwałtownie, jakby nie chciał jej nigdzie puścić, a potem całuje na pożegnanie.

Gdy pociąg odjeżdża, on przez chwilę stoi jeszcze na peronie, zamyka oczy i w wyobraźni widzi już chwilę, gdy za dwa dni odbierze ją z tego samego dworca i znów nie będzie się mógł na nią napatrzeć. Widzi ich wspólną przyszłość, dzieci, dzień, w którym wprowadzają się do swojego nowego domu. Obronę jej rozprawy doktorskiej, ślub, wszystkie lata, które jeszcze są przed nimi. Same piękne dni.
Jakiś czas temu nie pomyślałby nawet, że będzie pragnął takich rzeczy. Dziś jest pewny, że właśnie na nie czekał całe życie.
Strach przed przyszłością? Ich już nie dotyczy.
Do oczu napływają mu łzy szczęścia.


budapeszt – jastarnia – radom – kraków,
5 viii 2016 – 7 xi 2016

_______

ponad siedem miesięcy od ostatniego tekstu, trzy miesiące pisania tego. nie powiem, że jestem zadowolona, bo to miasto i ten człowiek prawdopodobnie zawsze będą zasługiwać na trochę więcej. poza tym... nie, nieważne.

pozwoliłam sobie, trochę po bucersku, dodać budapeszt do listy miejsc, w których ten tekst powstawał, bo przecież to tam na głos stwierdziłam: "i wiesz, on ją spotka, ale jej nie pozna", to gdy siedziałyśmy na moście wolności cała ta historia tak naprawdę zaczęła się kręcić na dobre, a do tego także tam wymyśliłam kilka zdań, które w głowie wierciły mi się tak długo, aż wreszcie przelałam je na papier.
grupko ludzi, która wierzyła w to, że ten tekst jednak powstanie. dzięki.

parę tu takich osobistych prztyczków, gdy czytałam to ostatni raz, nie myślałam, że udało mi się upchnąć ich tak dużo.