– Passkontrolle.
Głos
konduktora budzi go ze snu.
Z
plecaka, w którym starał się upchać wszystko, co nie zmieściło
się w walizce, z trudem wyciąga dokumenty i książkę, w której
schował swój bilet.
– Hm,
Stuttgart?
Konduktor
bierze od niego wymięty do granic możliwości świstek papieru, na
którym wydrukowano godziny odjazdu i przyjazdu, stację początkową
– Budapest-Keleti i tę docelową – Stuttgart Hbf,
i całkiem nowy, wyrobiony kilka dni wcześniej paszport.
Szalai
Ádám, urodzony 9 grudnia 1987 roku w Budapeszcie. Dokument wydany
23 sierpnia 2007 roku, ważny przez najbliższych dziesięć lat.
– Stuttgart
– odpowiada i po cichu dodaje, jakby sam do siebie – das letzte
Mal.
Pociąg
przekracza węgiersko–austriacką granicę, a ulewny deszcz, który
towarzyszył mu od samego wyjazdu z dworca Keleti, ustępuje miejsca
ciepłej temperaturze i czystemu gwieździstemu niebu.
Gdy
kontroler biletów odchodzi, on próbuje z powrotem zmieścić do
plecaka wszystko, co przed chwilą był zmuszony wyjąć. Wtedy z
bocznej, nie do końca zasuniętej kieszeni wypada cienki, zaplątany
srebrny łańcuszek z niewielkim wisiorkiem w kształcie księżyca.
Podnosi
go, przez chwilę patrzy na niego, a potem wychodzi ze swojego
przedziału, otwiera okno i wyrzuca go wprost w ciemny, głęboki
las, przez który właśnie przejeżdża pociąg.
Mocno
zaciska powieki. Łzy powoli napływają mu do oczu.
***
2016
Dwudziestego
szóstego czerwca dwa tysiące szesnastego roku w jednej ósmej
finałów mistrzostw Europy w piłce nożnej reprezentacja Węgier w
dość spektakularny sposób dostaje od Belgów w dupę.
Gdyby
taka porażka przydarzyła się Niemcom, Włochom czy Francuzom,
każdy stwierdziłby, że przegrać cztery do zera to paskudna rzecz,
jedna z tych absolutnie nie do wybaczenia. Na Węgrzech nikomu nawet
przez myśl nie jest w stanie przejść, że mogliby złościć się
na swoją reprezentację.
Jasne,
gdy w Tuluzie rozbrzmiewa ostatni gwizdek, każdemu, graczom, kibicom
na stadionie, tym przed telewizorami i na placach miast na całych
Węgrzech jest trochę przykro. Jeszcze kilka tygodni temu prawie
nikomu nawet w najśmielszych snach nie przyszłoby do głowy, że
ich reprezentacja wyjdzie z grupy, a na dodatek zrobi to, plasując
się na pozycji jej lidera. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i
wielu po cichu zaczynało liczyć na prawdziwy piłkarski cud.
Chociaż dzieje się inaczej i cud się nie zdarza, wszyscy są
potwornie dumni z tego, co udało się osiągnąć. Tuż po tym, jak
kadra opuszcza stadion rozbrzmiewają telefony, zaczynają
przychodzić smsy, wiadomości, wszystkie zapewniające o dumie,
miłości i wsparciu. Wszyscy momentalnie zapominają o jakimkolwiek
rozczarowaniu i cholernie cieszą się już na jutrzejszy powrót do
kraju, z którego wyjechali ponad miesiąc temu. Większość z nich
zdążyła stęsknić się za swoimi żonami, dziećmi, narzeczonymi,
a niektórzy jeszcze na długo przed rozpoczęciem mistrzostw
zaplanowali już nadchodzące dni i wykupili sobie zagraniczne
wakacje albo bilety na koncert ulubionej kapeli.
Tylko
jeden z nich kompletnie nie potrafi pogodzić się z porażką.
Gdyby
mecz trwał jeszcze chwilę, Ádám pewnie dałby komuś w twarz.
Wścieka się na siebie, bo przez dziewięćdziesiąt cztery minuty
nie był w stanie strzelić ani jednej bramki. Napastnik, kurwa
mać. Gdy pod koniec przeciwnicy zaczęli, delikatnie mówiąc,
sprawiać problemy, w jego głowie obudziło się potworne poczucie
zemsty. Serio, było mu już wszystko jedno. Trzy, za chwilę cztery
stracone gole, niech wlepiają mi tyle kartek, ile chcą. Nie
wrócił do kadry po to, żeby teraz odpaść zupełnie bez walki,
nawet, jeśli walką tą miały być tylko przepychanki. Ewentualnie
danie komuś w mordę. Na każdą zaczepkę miał odpowiedź.
Kłócił się z każdym. O wszystko.
Nie
pomogło.
Zawiódł
drużynę, swój kraj i przede wszystkim siebie samego. Zawsze to
samo.
Znów,
tak jak wiele razy wcześniej zastanawia się, czy faktycznie jest
dla niego miejsce w reprezentacji. Tyle razy rozstawał się z nią z
hukiem po to, żeby za chwilę wrócić i pokazać wszystkim, na co
go stać. I zawsze, gdy wydaje mu się, że teraz będzie już
dobrze, że przełamał się i zacznie strzelać bramki, będzie
jakąś pomocą dla drużyny, skoro trener ufa mu nawet wbrew
powszechnemu niezadowoleniu, jakie z tego powodu panuje wśród
wszystkich kibiców i dziennikarzy, którzy jak zwykle wszystko
wiedzą przecież najlepiej, to znów przychodzi przegrana, a jedyne
o czym myśli to to, że może znów powinien odejść, skoro nie
przynosi drużynie żadnego pożytku.
No,
to wszyscy znowu mają całkiem niezły powód, żeby sobie poużywać.
Wracamy do normy.
Przez
strefę dla mediów przechodzi jak burza. Szybko bierze prysznic,
ledwo daje się dotknąć fizjoterapeutom, przebiera się, zakłada
słuchawki na uszy, rusza do busa.
– Ádám.
Cisza.
– Ádám!
Nic.
– EJ,
GWIAZDA!
– Dobra,
Nemo, daj mu spokój, tyle czasu mieszkasz z nim w jednym pokoju i
jeszcze się nie nauczyłeś? Wyśpi się to sobie pogadacie – z
tylnego siedzenia dobiega spokojny głos kapitana drużyny i
trzeciego ze współlokatorów, Balázsa Dzsudzsáka.
W
drodze do hotelu dowiadują się, że następnego dnia tuż po
powrocie z Francji czeka ich oficjalne uroczyste powitanie w samym
sercu stolicy.
No
ciekawe kurwa, z jakiej okazji oni nas tak wszyscy będą pięknie
witać. Czy ludzie serio są dumni z tego, że właśnie wylecieliśmy
z mistrzostw Europy? No bez jaj.
Gdy
docierają do hotelu, bez słowa wchodzi do pokoju i kładzie się
spać.
Na
szczęście wszyscy, łącznie z samym Ádámem doskonale znają jego
gorącą głowę na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że obrażanie się
na cały świat potrwa najwyżej kilka godzin, jutro przy śniadaniu
okaże się, że wszystko wróciło już do normy, a na pokładzie samolotu,
którym będą wracać na Węgry, będzie żartować tak,
jakby poprzedniego dnia zupełnie nic się nie wydarzyło.
Od
zawsze tak było. Gdy przed dwoma laty w atmosferze skandalu zwoływał
konferencję prasową, na której ogłaszał, że jego noga nie
postanie na żadnym zgrupowaniu kadry, dopóki ówczesny trener
będzie pełnić swoją funkcję, reszta drużyny przyjmowała
zakłady, jak długo wytrzyma bez reprezentacji. Z pomocą
zdecydowanie przyszedł mu związek, który selekcjonera odwołał
kilkanaście dni później, ale sam Ádám do kumpli odezwał się
już następnego dnia, by zakomunikować, że chyba trochę żałuje
swojej decyzji. Poprawa humoru zawsze jest w jego przypadku tylko
kwestią czasu i faktycznie, zgodnie z przewidywaniami nazajutrz rano
Ádám przy śniadaniu zachowuje się już zupełnie tak, jakby
wczorajsza porażka nigdy nie miała miejsca.
W
Budapeszcie witani są jak prawdziwi herosi, którzy dopiero co
ocalili przed zagładą cały świat.. Na wielką scenę, ustawioną
pod Pomnikiem Tysiąclecia na Placu, nomen omen, Bohaterów,
pod którą zgromadziły się tysiące kibiców, każdy z piłkarzy
wywoływany jest imieniu. Stoi tuż obok Németha i Nikolicsa i
próbuje ukryć podekscytowanie, bo przecież wypada zachować
kamienną twarz i w ogóle być w tej sytuacji poważnym człowiekiem,
jednak gdy widzi radość swoich kumpli, całkowicie daje się
ponieść wszystkim pozytywnym emocjom, których wybuch tak bardzo
chciał powstrzymać.
Nie
pamięta, kiedy ostatnio czuł taką dumę. Może wtedy, gdy kilka
miesięcy wcześniej Węgrzy wygrali z Norwegią i faktem stało się
to, że reprezentacja faktycznie pojedzie na wymarzone Euro? Albo gdy
przed trzema laty swoim golem wprowadził Schalke do Ligi Mistrzów.
Nie. W jego piłkarskim życiu zdarzało się naprawdę wiele
momentów, w których mogło mu jedynie wydawać się, że
jest dumny z tego, co osiągnął. Dziś jest zupełnie inaczej. Dziś
patrzy na te dziesiątki ludzi, które zebrały się na Placu
Bohaterów, by podziękować swojej reprezentacji i wie, że
tak naprawdę to, co czuje w tym momencie, to właśnie jest
prawdziwa duma.
Ci
wszyscy ludzie przyszli tu dlatego, że oni, dwudziestu trzech nie
zawsze do końca ogarniętych chłopaków i ich tylko troszkę
bardziej ogarnięty trener mieli marzenie i postanowili zrealizować
je najlepiej, jak tylko umieli. Traf chciał, że marzenie to
podzielił z nimi cały naród.
Chociaż
czuje, że wielu z tych, którzy tu są, pewnie nie rozumiało
entuzjazmu trenera, który przed miesiącem z pełnym przekonaniem
ogłaszał, że dla Ádáma w kadrze miejsce znajdzie się zawsze, w
tej chwili, chyba po raz pierwszy w swoim życiu nie potrafi się tym
przejmować. To ich problem, nie twój. Zresztą, przed samym
sobą zdążył już przyznać, że cała złość, jaką wczoraj
czuł, była zwyczajnie głupia. Zagrali kawałek naprawdę dobrej,
otwartej piłki, nie wyszło, trudno. Daliście z siebie wszystko,
a przecież wielu lepszym od ciebie też nie zawsze wychodzi. Ale
to nie znaczy, że już nigdy w życiu nic jako drużyna nie osiągną.
Z
całej tej uroczystości nie jest w stanie zapamiętać nic więcej.
Ktoś, pewnie trener, przemawia, ktoś coś śpiewa, wszyscy skandują
ich imiona i dopingujące ich hasła.
Ktoś
intonuje hymn.
Chyba
nie będziesz teraz płakał.
*
2007
Łapie
deskorolkę, do kieszeni chowa kluczyki do samochodu matki, którego
używa zawsze, gdy jest w Budapeszcie. Zanim narzuci na plecy swój
stary plecak, dwa razy sprawdza jeszcze, czy wziął ze sobą
wszystko, czego będzie potrzebował tego wieczoru. Stary discman,
aparat fotograficzny i dwie zgrzewki piwa. Na głowę daszkiem do
tyłu zakłada swoją ulubioną czapkę, zamyka za sobą drzwi, a
przechodząc obok tarasu macha na pożegnanie rodzicom i swojemu
najmłodszemu bratu. Vilmos, ten środkowy, od paru miesięcy spotyka
się z dziewczyną ze swojego liceum, przez co prawie nie ma go w
domu, czego Ádám trochę żałuje, bo wakacje są od paru lat
jedyną okazją, żeby spędzić z braćmi choć trochę czasu.
W
oddali słyszy jeszcze mamę, która z uśmiechem stwierdza, że
Węgrzy mają prawdziwe szczęście, że w dzień patrona całego
kraju nigdy nie pada deszcz. Wsiada do samochodu i spogląda na
zegarek.
Oczywiście,
jak zwykle znowu się spóźnisz.
Nad
Kispestem właśnie zachodzi słońce.
Skręca
w ulicę Puskása, swojego pierwszego piłkarskiego bohatera i myśli
o tym, że za kilka dni już go tu nie będzie. Swoje marzenia
zacznie spełniać zupełnie gdzie indziej, nie w swojej ojczyźnie,
nie w Niemczech, gdzie spędził ostatnie dwa lata, ale w Madrycie,
tym Madrycie, z którego, jak to utarło się wśród jego znajomych,
nie da się wskoczyć już nigdzie wyżej, Madrycie, o którym
marzył, odkąd pierwszy raz założył na swoje nogi korki. Nie ma
żadnego znaczenia, to, że to tylko druga drużyna Realu. Przecież
stamtąd droga musi prowadzić już tylko na szczyt – tam,
gdzie za wszelką cenę chce trafić.
Mija
stadion Honvédu, ten sam, na który za małolata zabierał go ojciec
i na którym postanowił, że sam chce zostać piłkarzem. Właśnie
w tej chwili ogarnia go naprawdę nieznane mu, bardzo dziwne uczucie
– zamiast cieszyć się tym, co na niego czeka, on rozmyśla, jak
cholernie będzie tęsknić za Budapesztem. Bo chociaż od dwóch lat
nie mieszka już w stolicy, ba, nie mieszka nawet na Węgrzech, to
jednak do tej pory dość często udawało mu się znajdować
wystarczająco dużo czasu na to, by wieczorem wskoczyć do pociągu,
spędzić w nim całą noc, nad ranem obudzić się już na dworcu
Keleti, przez cały dzień zdążyć odwiedzić rodziców, poszwendać
się po mieście z kumplami, a późnym wieczorem znów ruszyć w
stronę Stuttgartu. Poza tym, w tym roku dostał się do młodzieżowej
reprezentacji Węgier, co spowodowało, że w domu pojawiał się
jeszcze częściej. Nigdy tak naprawdę nie odczuł tego, że brakuje
mu ojczyzny, bo pomimo odległości zawsze w jakiś sposób miał ją
tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. Teraz zaczyna zdawać sobie
sprawę z tego, że od tej pory wszystko będzie zupełnie inaczej.
Madryt leży przecież dwa tysiące pięćset trzynaście kilometrów
od Budapesztu, a podróż pociągiem trwa prawie całą dobę. Są
samoloty, co oczywiście zdecydowanie powinno ułatwić sprawę,
problem polega jednak na tym, że nienawidzi latać, bo potwornie boi
się wznosić w powietrze i najchętniej za wszelką cenę wolałby
uniknąć częstych lotów. Boże Narodzenie. Prawdopodobnie pojawi
się w domu dopiero na Boże Narodzenie.
Nie
jest w stanie znieść tej myśli, w żaden sposób nie umie sobie
bowiem wyobrazić, że zabraknie go tu na tak długo. Przed kumplami
zgrywa cwaniaka i mówi, że wcale nie żałuje swojej decyzji, że
to Budapeszt powinien żałować, że jego prawdziwy król
zostawia go dla jakiejś Hiszpanii. Jednak im bliżej dnia
wyjazdu, tym bardziej on zastanawia się, czy na pewno tego
chce. Nawet w Stuttgarcie wszystko ciągle wydawało się zabawą,
teraz zaczyna odnosić wrażenie, że im większa odległość będzie
dzieliła go od domu, tym większa odpowiedzialność spadnie na jego
barki. A przecież ma tylko dziewiętnaście lat. Jak
dziewiętnastolatek może być aż tak odpowiedzialny?
Stary,
nie myśl tyle, bo osiwiejesz szybciej niż twój własny ojciec.
Albo wylecą ci wszystkie włosy i żadna panna już na ciebie nie
poleci. I przypał.
Próbuje
skupić swoje myśli na tym, co czeka go dzisiejszego wieczoru. Jest
dwudziesty sierpnia, dzień świętego Stefana, narodowe święto
upamiętniające pierwszego króla Węgier. Dziś nikt nie myśli o
tym, że nowy rząd wcale nie okazał się lepszy od poprzedniego,
rodzi się za mało dzieci a pieniędzy jak nie było, tak nie ma, za
to każdy pęka z dumy, że może nazywać się Węgrem, a stolica
ich ojczyzny jest dziś chyba najpiękniejszym miastem świata.
A
ty rozmyślasz, jak to jest być odpowiedzialnym człowiekiem. Weź
się kurwa uspokój.
Postanawia,
że tego wieczoru będzie myślał tylko o tym, jak dobrze pochodzić
z kraju, z którego pochodzi.
I
słuchaj, stary. Inne pierdoły nie wchodzą dziś w grę. Dorosłość
może poczekać. Madryt zresztą też.
Z
rozświetlonej ulicy Üllői
skręca wprost w ulicę Hallera i stara się zaparkować samochód
jak najbliżej mostu Petőfiego. Zabiera wszystkie rzeczy, wskakuje
na deskorolkę i pędzi, myśląc, że może uda mu się trafić pod
Wzgórze Zamkowe, gdzie czekają na niego kumple, Dominik
i
Áron (tacy najlepsi, z którymi w dzieciństwie spotykał się
prawie codziennie, jako nastolatek wypalał pierwsze papierosy, kupił
pierwszą deskorolkę i poderwał pierwszą dziewczynę), w ciągu
najbliższych dwudziestu minut.
Zapomnij.
Przejeżdża
obok
mostu Petőfiego, mija budynek uniwersytetu, na którym może
studiowałby, gdyby nie poświęcił się piłce i w szkole
przykładał uwagę do czegoś więcej niż tylko języka
niemieckiego, przy Fővám tér
skręca
w lewo i wjeżdża na Most Wolności.
Na
którym nie ma prawie nikogo.
W
żaden sposób nie wydaje mu się to dziwne, w końcu to jedno z
najgorszych miejsc do oglądania dzisiejszego pokazu sztucznych ogni,
ale zupełnie irracjonalna miłość do tego miejsca zawsze powoduje
w nim uczucie, że wszyscy powinni, tak jak on, docenić jego piękno.
Z
drugiej strony – masz go teraz tylko dla siebie. A tramwaje jeżdżą
według świątecznego rozkładu. Okazja, żeby przejechać
samym środkiem jak już stąd wyjedziesz to chyba raczej się nie
zdarzy.
No
chyba cię pojebało.
Jedź.
Czuje
się trochę niepewnie, wjeżdżając na sam środek jezdni, dlatego
podgłaśnia muzykę w discmanie, co zresztą robi zawsze, gdy czymś
się stresuje. W odtwarzaczu od kilku miesięcy ciągle ma ten sam
krążek – ostatnią płytę Jaya Z.
Czuje
silny podmuch wiatru i zaczyna myśleć, jak super byłoby, gdyby
most zamknięto dla ruchu i zrobiono z niego deptak. Przecież jest
najkrótszym budapeszteńskim mostem, jeżdżą po nim w zasadzie
tylko tramwaje, a na Moście Łańcuchowym jest zawsze tyle
spacerujących ludzi, że po prostu fajnie byłoby mieć jeszcze
jedno miejsce, gdzie można spokojnie się przespacerować czy siąść
ze znajomymi przy piwie i po prostu sobie pogadać.
Ta,
marzenie ściętej głowy, co?
Tak
bardzo zanurza się w tych rozmyślaniach, że dopiero w prawie
ostatniej chwili zauważa nadjeżdżający z naprzeciwka tramwaj.
Szybko odskakuje na bok, nie patrzy nawet na to, że deskorolka
(chociaż na szczęście – w bezpiecznej odległości od pojazdu)
została na jezdni i czepia się jednego z przęseł mostu.
Gdy
tramwaj odjeżdża, łapie głęboki oddech, wraca po swoją deskę,
przeskakuje na chodnik i chce ruszać dalej, gdy nagle słyszy nad
sobą jakiś kobiecy, krzyczący do niego głos.
– Widzę,
że nie jestem tu dziś jedynym niedoszłym samobójcą.
*
2016
– Rozumiem,
że dzisiaj też stawiasz wszystkim alkohol? — pyta rozbawiony
Dzsudzsák,
gdy wchodzą do jednego z klubów gdzieś nieopodal placu Deáka. Gdy
ponad pół roku wcześniej reprezentacja wygrała oba barażowe
mecze z Norwegią radość poniosła Ádáma tak bardzo, że
postanowił wleźć za bar, wygłosić przemowę na temat tego,
jak wspaniałą drużyną jest ekipa węgierskich piłkarzy i
postawić wszystkim obecnym w lokalu po kieliszku pálinki,
co do tej pory jest tematem żartów w całej reprezentacji.
– Chyba
sobie jaja robisz. Wtedy byłem młody i głupi.
–
To
znaczy wiesz – wtrąca się Németh
– teraz
dalej jesteś młody i głupi. Fakt, że w międzyczasie przekręcił
ci się licznik naprawdę niewiele zmienia.
– Czy
mam ci przypominać, kto z nas jest tutaj najmłodszy?
Roześmiani
siadają przy barze.
Jedna
kolejka. Druga. Piąta.
– Kurwa,
najchętniej byłbym już w Debreczynie, ale nie, przecież musimy
jeszcze spotkać się z premierem, największym fanem piłki.
–
Ej,
Dzsu, ale przecież masz nas, świetnie się tu bawimy, zawsze możemy
zatrzymać się u Szalaiego na kanapie, poza tym, premierowi się
przecież nie odmawia
— mówi
całkiem nieźle już wstawiony Priskin.
– I
bardzo się cieszę, że was mam, ale chyba chciałbym się już
spotkać z rodziną. No zazdroszczę chyba trochę Gerze, że może
sobie już teraz spokojnie siedzieć w domu z dziećmi i żoną.
–
Ej
– wtrąca się Németh – co to za upijanie się na smutno?
Panoooowie! Gdzie wasz dobry humor? W końcu, jesteśmy bohaterami! W
ogóle, Ádám, nasza gwiazdo
– zmienia
nagle temat – nie chcę się jakoś wiesz, upominać, ale przed
Euro obiecałeś mi,
że opowiesz, co się stało, że rozstałeś się ze swoją
dziewczyną.
– Serio?
Tak cię to interesuje? — odpowiada Ádám – Nie ma o czym gadać.
–
No
chyba jest, skoro miesiąc temu stwierdziłeś, że na
pewno o
tym opowiesz. Po prostu chcę się dowiedzieć jakim cudem po dwóch
latach zamiast zaręczyn ty oznajmiasz rozstanie.
– Dziwi
cię to? — wcina się Dzsudzsák – przecież to logiczne, że
Szalai zamiast się oświadczać, to oświadcza swoim kolejnym
kobietom, że czas się rozstać.
– Powiedziałem
to, żebyś się odczepił — ucina Ádám.
Rozstał
się ze swoją dziewczyną kilka dni przed wyjazdem do Francji. Po
prostu oznajmił jej, że chyba czas najwyższy pójść dwiema
oddzielnymi drogami. Zaczął dusić się w związku, w którym ona
chciała czegoś więcej, jakiejś stabilizacji, a jemu ślub,
dzieci, wspólna przyszłość wydawały się przykrą
ostatecznością. Nie chciał o tym opowiadać, bo Euro było wtedy
najważniejszą sprawą, i nie chciał nikogo męczyć swoimi
historiami, poza tym, serio, nie było o czym gadać. To tylko
rozstanie. Będzie następna.
– Nie
chce mi się do tego wracać, było, minęło, i już.
Jest
przekonany, że czeka go życie singla, ale jakoś bardzo mu to,
nawet niecały miesiąc po ostatnim rozstaniu, nie przeszkadza.
Zawsze zmieniał dziewczyny jak rękawiczki i nie rozumie, dlaczego
fakt, że przybywa mu lat miałby sprawić, że w tej kwestii
cokolwiek się zmieni. Wszyscy jego najlepsi kumple, zarówno ci z
klubu, reprezentacji jak i tacy z dzieciństwa, zdążyli już się
zaręczyć, ożenić a nawet zostać ojcami, a on tylko patrzy na
nich i myśli o tym, jak bardzo męczyłby się, gdyby był na ich
miejscu.
Ej,
kolego, ty świętuj sukcesy, a nie zastanawiasz się nad swoim
stanem cywilnym, którego, przypominam ci, nigdy nie planowałeś
zmieniać. Nie udawaj, że jesteś taką miękką bułą.
Ktoś
proponuje zmianę miejscówki.
– To
może ruszymy do Budy?
Ale
zanim znajdą się po drugiej stronie Dunaju, zdążą zahaczyć o co
najmniej co drugi bar w Peszcie.
Wchodzą.
Zamawiają kolejkę. Wznoszą toast. Za piłkę. Za piękne kobiety.
Za zwycięstwo. Za przyszłość. Wychodzą. Powtórka.
Jest
grubo po północy, gdy jakimś cudem znajdują się na Moście
Wolności, który jeszcze kilkadziesiąt minut temu był im jakoś
kompletnie nie po drodze.
Trochę
się zmieniło, odkąd był tu ostatni raz. Most został w związku z
jakimś remontem wyłączony z ruchu na najbliższe dwa i pół
miesiąca, przez co stał się spacerową trasą dla turystów, a
także całodobowym, sądząc po wysokiej frekwencji nawet o tej
godzinie, miejscem spotkań budapeszteńczyków. Jest strasznie
pijany, ale jest w stanie sklecić w myślach logiczne zdanie o tym,
że, ci, co w tym roku przyjadą tu na wakacje, to
cholera, mają sporo szczęścia.
To,
co dzieje się na Moście wydaje mu się nie do opisania. Setki ludzi
siedzą w swoich grupkach przyjaciół, siedzą na jezdni, chodniku,
samej konstrukcji mostu. Ktoś gra na gitarze, tuż obok jakaś
uliczna kapela kończy swój ostatni kawałek. Alkohol leje się
tutaj strumieniami, wiatr wieje mocno, a wszyscy chyba naprawdę
czują się szczęśliwi.
Cała
ta sytuacja oczarowuje go na tyle, że na chwilę
zupełnie
zapomina, że nie przyszedł tu sam. Gubi gdzieś swoich towarzyszy
(którzy zresztą, równie pijani jak on, w ogóle
nie
zauważają, że zgubili jednego – żeby było śmieszniej –
najwyższego z nich), i chociaż nie ma zielonego pojęcia, gdzie
mogli pójść, rusza pewnie w stronę Budy.
No
kurwa, nie mogli się ulotnić, nie?
Idzie
przed siebie i odbija się od tych wszystkich ludzi, których w ogóle
zdaje się nie zauważać. Jego uwagę przykuwa dopiero pewna
dziewczyna. Na oko niedużo od niego młodsza, wysoka, szczupła, ma
krótkie, ciemne włosy. Chyba jest na moście ze swoimi znajomymi,
bo znajduje się w samym środku niewielkiej grupki ludzi. Delikatnie
kołysze się w rytm muzyki, w jednym ręku trzyma puszkę z piwem, a
w drugiej papierosa. Wydaje mu się, że skądś kojarzy
jej
śmiech i sposób poruszania się.
E,
stary, jesteś naprawdę nieźle najebany, wydaje ci się. Skąd
miałbyś ją znać.
Ale
gdy przechodzi obok niej, ona krzyczy do niego.
– Ádám?!
No
kurde. Kto to jest?
Dziewczyna
podchodzi do niego, a on ciągle za cholerę nie jest w stanie
przypomnieć sobie, skąd on ją, u licha, zna. Dopiero, gdy patrzy
na nią z bliska, czuje się jak uderzony piorunem. Poznaje ją.
Widzi jej twarz, jej duże oczy, jej uśmiech i przypomina sobie jej
imię i wszystkie wspomnienia, jakie się z nim wiążą.
Ráhel.
Trzeźwieje
w jednej chwili.
– Co
u ciebie? Gratulacje z powodu Euro! — śmieje się tym swoim
perlistym śmiechem, od którego naokoło robi się jasno –
Oglądałam wasze mecze, ale fajnie, że wam się tak udało! —
chyba sama jest lekko wstawiona, bo od początku plecie od rzeczy.
Ádám próbuje
ogarnąć umysłem to, co się w tej chwili dzieje.
Kurwa,
nie byłeś w stanie natknąć się na nią przez ostatnie
dziewięć jebanych lat i musiałeś spotkać ją akurat
dzisiaj.
– No,
hej — mówi lekko spięty — Trochę się tu ciebie nie
spodziewałem. Myślałem, że będziesz teraz mieszkała w
Barcelonie, Londynie, albo może będziesz robić jakieś
skomplikowane obliczenia i eksperymenty w Stanach.
– Ale
wyszło, jak wyszło — odpowiada trochę zasmucona —
Słuchaj, będziesz teraz w mieście? Może wymienimy się numerami,
odezwiemy się do siebie i za jakiś czas się spotkamy?
Nie
za bardzo ma ochotę przystać na ten pomysł, ale z drugiej strony
myśli sobie, że oboje przez te wszystkie lata na
pewno bardzo
się zmienili i na pewno nic
nikomu się nie stanie, jak siądą przy kawie i trochę
porozmawiają, więc czemu by nie spotkać się, po prostu pogadać o
życiu, jak starzy znajomi.
Stary,
co ci szkodzi.
– Pewnie.
Ráhel
rzuca papierosa na ziemię, podają sobie swoje telefony i nawzajem
wpisują numery.
Nagle
podchodzi do nich jakiś chłopak z grupy, z którą Ráhel
przyszła
bawi się na moście, więc tylko macha jej na pożegnanie i
dziewczyna już znika z zasięgu jego wzroku.
Ciekawe.
No ciekawe, czy któreś z was się do drugiego odezwie.
Dzwoni
telefon.
–
Koleś,
gdzie ty jesteś? My już dawno zeszliśmy z mostu.
– Powiedzmy,
że coś… coś mnie zatrzymało. Nie ruszajcie się dalej beze
mnie, co?
*
2007
Rozgląda
się dookoła, ale nie widzi nikogo. Dopiero gdy podnosi głowę
zauważa, że gdzieś wysoko na konstrukcji mostu siedzi jakaś
dziewczyna. Nie jest w stanie nic więcej o niej powiedzieć, bo jest
ciemno a ona znajduje się jakieś dwa metry nad nim. Dostrzega tylko
tyle, że chyba ubrana jest w sukienkę.
– Bardzo
śmieszne – odkrzykuje. – Zdecydowanie nie miałem zamiaru
popełniać dziś samobójstwa.
Dziewczyna
nie odpowiada, ale podnosi się, zakłada swój plecak i zbiega w dół
po moście, co wprawia Ádáma w lekkie osłupienie i, szczerze
mówiąc, także lekkie przerażenie. Zeskakuje z przęsła.
– A
jednak z jakiegoś powodu postanowiłeś przejechać na desce
środkiem drogi, po której jeździ masa tramwajów, a niewykluczone,
że zaraz nadjedzie jakiś samochód.
Ádám
przygląda się dziewczynie. Ma długie, ciemnokasztanowe włosy i
duże oczy, których koloru nie jest w stanie rozróżnić w
ciemności. Krótka sukienka w kwiatki, trampki i skórzana kurtka.
Wysoka na tyle, że ze swoim metrem dziewięćdziesiąt trzy wzrostu
nie czuje się przy niej jakiś olbrzym.
– Zwykła
chęć poczucia odrobiny adrenaliny, nie ma sensu dorabiać do tego
jakichś katastroficznych wizji.
– Jasne.
Ráhel — pewnie podaje mu rękę. W oddali słychać już i widać
pierwsze odpalane fajerwerki.
No,
i nie zdążyłeś.
– Ádám.
–
Piękne
imię, zupełnie jak pierwszy człowiek. I wcale
na
Węgrzech niepopularne przecież. Brawa dla rodziców
– w
jej głosie wyczuwa szczyptę ironii.
Kurwa,
no zabawne.
– Mogli
po ojcu nazwać mnie Csaba, więc faktycznie jestem im wdzięczny, że
wybrali inne imię, a to dopisali mi w papierach jako drugie.
Dziewczyna
uśmiecha się.
Wydaje
mu się jakaś dziwna. Nie jest w stanie powiedzieć o niej, że jest
ładna. Ot, zwykła, przeciętna dziewczyna, za
którą pewnie nie obejrzałby się na ulicy.
W ogóle, nic nie jest w stanie o niej powiedzieć. Pierwsze
wrażenie? Brak. Jedyne, co przyciąga jego uwagę to jej zapach.
Pachnie fiołkami i stertą wypalonych papierosów. Dziwna mieszanka.
Powinien
jechać dalej, a przynajmniej odezwać się do chłopaków, którzy
już kilkanaście razy próbowali się do niego dodzwonić.
Nie
ma ochoty ciągnąć tej gadki, ale wtedy dopiero dociera do niego
pierwsze zdanie, które wypowiedziała, a właściwie – wykrzyczała
do niego, gdy ledwo odskoczył przed tym cholernym tramwajem.
– Czekaj,
czekaj… czy ty nie powiedziałaś właśnie, że nie jestem jedynym
niedoszłym
samobójcą? Jak to nie
jedynym? Ktoś próbował się tu zabić?
— pyta zaskoczony.
– Nikt
nie próbował, tylko trochę o tym myślał. Ja.
– TY?!
Sorry, ale nie wyglądasz na osobę, która nagle stwierdza, że chce
odebrać sobie życie — zaczyna żałować tych słów już w
momencie, w którym wypowiada ostatnie z nich.
Dziewczyna
odwraca się do Ádáma plecami i próbuje zamaszystym krokiem od
niego odejść, ale chłopak zdąża złapać ją za ramię.
– Poczekaj.
Przepraszam. Naprawdę, nie mam pojęcia jak to jest, nigdy nie
miałem tak, że nie chciało mi się żyć, czy co tam się ma, jak
się myśli o takich rzeczach.
– Mówcą
też najlepszym nie jesteś — uśmiecha się do niego.
– To
co się takiego stało, że jednak stwierdziłaś, że wolisz nie
popełniać samobójstwa? — nie wie, czy w ogóle wypada mu zadać
to pytanie i czy przypadkiem zaraz nie oberwie w nos.
– Jakbym
skoczyła z tego mostu, to kto karmiłby kota?
Oboje
próbują nie wybuchnąć śmiechem.
– Kota?!
– Tak,
mam kota, opiekuję się nim, matka wyjechała na wakacje z… ze
swoim nowym facetem, a ja zostałam z kotem. Kto miałby się nim
zająć?
– A
tata?
– A
o tacie nie chcę rozmawiać.
Jej
twarz nagle przybiera smutnego i bardzo poważnego wyrazu, którego
Ádám nie potrafi rozgryźć.
Stary,
nie potrafię ci doradzić, co masz teraz powiedzieć, no bo co mówi
się psycholkom, które swoje życie uzależniają od tego, czy
będzie miał kto nakarmić kota?
Próbuje
przerwać niezręczną ciszę.
– Mam
w plecaku dwa czteropaki piwa. Możemy się napić i możemy
spokojnie porozmawiać.
–
Powiedziałam,
nie chcę o nim rozmawiać.
– W
zasadzie to możemy pogadać o czymkolwiek.
Nie
wie, czemu tak nalega na rozmowę. Może widzi to w jej oczach, a
może po prostu jest w niej coś tak intrygującego, czego sam nie
potrafi jeszcze rozgryźć, a czego bardzo chciałby się dowiedzieć.
Znowu
czuje w kieszeni wibracje telefonu.
„Nie
dam rady przyjechać, bawcie się beze mnie.”
– Dobrze,
możemy rozmawiać o czymkolwiek — mówi Ráhel po chwili namysłu
— Zostajemy na moście?
Po
przęsłach wdrapują się na samą górę, bo stamtąd, co do czego
oboje się zgadzają, widok na Budapeszt jest najpiękniejszy, a do
tego ciągle jeszcze może pod jakimś dziwnym kątem uda im się
zobaczyć chociaż trochę z tego pokazu sztucznych ogni, który
przez cały czas był głośnym tłem dla ich rozmowy.
Przez
cały wieczór nie mówią jakoś specjalnie dużo, to znaczy, Ádám
nie mówi specjalnie dużo,
bo Ráhel już po jednym piwie rozwiązuje się język.
Dowiaduje
się o niej naprawdę wiele. Za dwa miesiące skończy osiemnaście
lat (więc,
wiesz, teoretycznie nie powinnam tu teraz pić z tobą tego
alkoholu),
kończy szkołę, dużo rysuje i chce zostać astronomem, bo
strasznie jara ją kosmos. A najbardziej księżyc. Ma wielkiego,
rudego kota, z którym chwilowo mieszka sama w wielkim domu gdzieś w
Budzie. Wypala papierosa za papierosem.
I
jest przy tym wszystkim cholernie urocza.
Pierwsze
piwo, drugie, czwarte. Jest już grubo po północy i robi się
niezręczna cisza, gdy Ráhel wypala nagle:
– Tata
zmarł osiem miesięcy temu. Był dyplomatą, dostał zawału gdzieś
w Niemczech. Nigdy nie wiedział, że ma jakąś wadę serca, ale jak
już się okazało, że ją ma, to było za późno i zamiast taty, z
którym miałam jechać na narty, na Węgry wróciła trumna z jego
ciałem.
– P–przykro
mi.
– Pierdolenie
— zapala kolejnego papierosa — Matce nie było jakoś specjalnie
przykro,więc mam uwierzyć, że jakiemuś losowo poznanemu
kolesiowi jest?
– Jak
to nie było?
– Tak
to nie było. Parę miesięcy później spiknęła się z jakimś
gościem, nic o nim nie wiem, bo i nie chcę wiedzieć, spakowała
rzeczy ojca i wyniosła je do piwnicy, a ten typ już się prawie do
nas wprowadził. Pojechali gdzieś na wakacje, więc siedzę z kotem,
patrzę się w gwiazdy i trochę myślę o tym, czy nie wolałabym
być może po tamtej stronie.
Chciałby
jej powiedzieć coś dobrego, jakoś pocieszyć, ale jest w stanie
odpowiedzieć jedynie ciszą. Jest zdziwiony, jak łatwo wyszły z
niej te wszystkie słowa, tak, wie, że alkohol na pewno miał w tym
swój udział, po prostu parę godzin temu nie wydawała mu się
zdolna do takich zwierzeń.
A
pomyślałeś, że może jest po prostu bardzo samotna?
– Wiesz…
— zaczyna po naprawdę długiej chwili, ale widzi, że właśnie
zasnęła oparta o jego ramię. Lekko szturcha ją, a gdy się budzi,
zbiera wszystkie rzeczy i pomaga jej zejść z mostu. Czuje, że już
wytrzeźwiał i że może po prostu odwieźć ją do domu.
Nie
potrafi chyba dobrze odnaleźć się w tej sytuacji. Nie dość, że
wolał spędzić prawie całą noc z jakąś dziewczyną, którą
dopiero co poznał, zamiast ze swoimi najlepszymi kumplami, to całe
to spotkanie miało… dość dziwny charakter. Normalnie w prawie
każdym przypadku robiłby wszystko, żeby dziewczynę taką jak ta
jak najszybciej zaciągnąć do łóżka. Ale ona jest inna. Pomimo
swojego całkiem wysokiego wzrostu, mocnego głosu i tego, że
pierwsze wrażenie, jakie sprawia, to wrażenie naprawdę silnej
i twardo stąpającej po ziemi dziewczyny, po tym jednym spotkaniu
wie, że, cholera, jest strasznie kruchą istotą. Wykorzystać ją
albo zrobić cokolwiek, co mogłoby ją skrzywdzić? Nie, to nie
wchodzi w grę.
Gdy
bardzo powolnym krokiem dochodzą do jego samochodu (bo Ráhel jest
tak pijana, że idąc musi się o niego opierać) sadza ją na
siedzeniu pasażera, rzuca jej rzeczy na tylne siedzenie i pyta
tylko:
– Adres?
–
Csatárka
utca 29, Buda.
Całą
drogę spędzają w kompletnej ciszy, bo ona trochę przysypia, a on
nie chce włączać żadnej muzyki, żeby jej nie obudzić. Zresztą,
o czym mieliby rozmawiać? O tym, że jutro w Budapeszcie znów na
pewno będzie piękna pogoda? Ádám
Gdy
dojeżdżają na miejsce, oddaje jej plecak, odprowadza do samego
domu i przytula ją na pożegnanie.
W
drodze powrotnej na cały regulator włącza płytę z jakąś starą
muzyką, którą w samochodzie wozi jego mama.
Co
za absurdalna noc.
Gdy
za kilka godzin obudzi się w swoim łóżku, zorientuje się, że
nie wziął od niej numeru telefonu.
*
2016
Budzi
się chwilę przed południem na kanapie w swoim mieszkaniu, w
ubraniu, którego nad ranem nie chciało mu się nawet zdejmować.
Jedynie jego ulubiona kurtka, którą miał wczoraj na sobie, leży
rzucona gdzieś na krześle. Nie ma pojęcia, jak znalazł się w
domu. Przewiduje, że któryś z chłopaków po prostu wsadził go w
taksówkę i próbuje sobie przypomnieć cokolwiek, co wydarzyło się
poprzedniego wieczoru.
Co.
Tu. Się. Kurwa. Działo.
Zaczyna
przypominać sobie, że gdy już udało mu się znaleźć resztę
ekipy, to wszyscy zgodnie stwierdzili, że siłę mają już tylko na
jedno piwo więcej, a potem Németh, (no oczywiście,
któż inny)
oznajmił, że musi coś zjeść, bo nie wytrzyma, i
gdy wylądowali w jakiejś knajpie, żeby dzieciak mógł się najeść
hamburgerów, doszli do wniosku, że chyba czas powoli się zbierać.
Ádám zaproponował wtedy, że jeśli bardzo chcą, to zawsze mogą
przecież nocować u niego, PO CO TŁUC SIĘ PO
HOTELACH.
Tak. Wykrzyczał to na pół Budy.
Chłopcy
najwyraźniej jednak go nie posłuchali, bo w mieszkaniu jest całkiem
sam.
Niechętnie
zwleka się z łóżka, choć najchętniej zostałby w nim cały
dzień, ale przecież nie można nie przyjść ani spóźnić się na
spotkanie tak wielkiej wagi, którego
wszyscy mieli dość, zanim w ogóle zdążyło się zacząć. Serio,
jest tyle ciekawszych rzeczy, które mógłby robić, ale musi iść
spotkać się z premierem, na którego partię nawet nie głosował w
poprzednich wyborach.
Chciałeś
być narodowym bohaterem, to masz.
Spotkanie
ma odbyć się o piętnastej, trwać niecałe pół godziny i
prawdopodobnie być najnudniejszym, co mogłoby się tego dnia
wydarzyć. Ma jakieś trzy godziny, więc szybko bierze prysznic,
szybko zbiega do sklepu po cokolwiek, co mógłby przegryźć i zjada
bardzo późne śniadanie, dopija kawę, próbuje trochę ogarnąć
syf, jaki zrobił, nad ranem wtaczając się do mieszkania jak
tornado, przebiera się w jakieś bardziej oficjalne ciuchy…
Bing.
Gdzie
ty, do jasnej cholery położyłeś ten telefon?
Bing.
NO
PRZECIEŻ SIĘ NIE PALI.
Bing.
Znajduje
komórkę w kieszeni kurtki, odblokowuje ekran i widzi trzy nowe
wiadomości. Wtedy w jego głowie klaruje się kolejny obraz z
poprzedniej nocy.
No
tak, teraz pamiętasz, komu wczoraj dałeś swój numer telefonu?
Idiota.
„Hej,
tu Ráhel, mam nadzieję, że świętowanie wczoraj się udało. Może
spotkalibyśmy się dziś po południu?”
„W
zasadzie to chyba byłby już wczesny wieczór raczej niż
popołudnie? Może koło osiemnastej? Gdzieś przy placu Kossutha?
Będę mieć niedaleko z pracy.”
„Daj
znać, jak będziesz chciał”
Wow,
dziewczyno, naprawdę mogłaś zawrzeć to w jednym esemesie.
W
zasadzie nie jest pewien, czy chce się z nią spotkać. To znaczy, w
jakiś sposób ucieszyło go to, że wczoraj wpadł na nią akurat
tam. Ale czy jedno pijackie spotkanie ma od razu oznaczać
rozdrapywanie starych ran? Istnieje ryzyko, że wszystkie wspomnienia
wrócą do niego ze zdwojoną siłą.
Nie
no, za stary jesteś na takie bajeczki. Co ci szkodzi?
To
prawda, przecież jest już dorosłym facetem, za nic ma sobie
jakiekolwiek uczucia, a poza tym zawsze fajnie spotkać się z kimś,
kogo nie widziało się tyle czasu.
Do
cholery, minęło dziewięć lat. Nie udawaj, że ciągle żywisz do
niej jakąś urazę.
„Okej,
to może tak jak zawsze, pod Parlamentem? Tam na rogu otworzyli chyba
otworzyli tam teraz jakąś knajpę.”
„To
widzimy się koło osiemnastej.”
Zakłada
marynarkę i sprawdza, czy wziął ze sobą kluczyki i dokumenty.
To
będzie długi dzień. Idealny na złożenie dachu w samochodzie,
ale, kurwa, cholernie długi.
Jest
późne środowe popołudnie, pod budynkiem Parlamentu ciągle
przewija się tłum przechodniów.
Czeka
na nią na tarasie kawiarni na rogu placu Kossutha i ulicy Falka.
Dopiero teraz, gdy przeżył już cały ten chaos, związany z
powitaniami i oficjalnymi spotkaniami, może spokojnie cieszyć się
tym, że znowu jest w domu. Siedzi i oddycha budapeszteńskim
powietrzem, czuje, jak dostaje się ono do każdej komórki jego
ciała. Siedzi i obserwuje turystów, którzy robią zdjęcia
łopoczącej na wietrze zaciągniętej na maszt fladze i dzieciom,
które właśnie plac pod Parlamentem wybrały sobie na miejsce, w
którym nauczą się chodzić. Jest spięty, trochę trudno mu bowiem
wyobrazić sobie, o czym w ogóle mógłby rozmawiać z Ráhel po
tylu latach, które minęły od czasu, gdy widzieli się ostatni raz.
No bo co mówi się ludziom, z którymi kiedyś łączyło cię (a
przynajmniej tak ci się wtedy wydawało) coś więcej, niż tylko
zwykła znajomość?
Może
trzeba było kupić jej jakiegoś kwiatka? Co wam w ogóle obojgu
strzeliło do głowy? Może w ogóle najlepiej stąd spadaj.
Nie
zdąża jednak wcielić w życie swojego superplanu ucieczki, bo
właśnie widzi Ráhel podchodzącą do jego stolika.
– Prawie
nie poznałem cię wczoraj na moście – rzuca na powitanie. Nie
„cześć” ani „miło cię widzieć”.
Prawie
nie poznałem cię wczoraj na moście. Piątka za elokwencję i dobre
maniery.
– Wiesz,
jakby nie patrzeć, minęło prawie dziewięć lat — podchodzi do
niego i przytula go. Pachnie fiołkami, zupełnie jak wtedy, gdy
spotkał ją pierwszy raz, a on czuje ten sam dreszcz, jaki przeszył go,
gdy pierwszy raz wziął ją za rękę.
Najwyraźniej
nie wszystko się zmieniło.
– Co
u ciebie? — pyta go, siadając naprzeciwko niego.
– Tak
naprawdę, poza Euro, w moim życiu nie dzieje się chyba nic
ciekawego. Piłka, piłka, piłka.
–
Jedyna
stała w tym twoim nudnym życiu? — na
dźwięk tych słów oboje wybuchają śmiechem — To opowiadaj o
tej piłce. I o Francji, chcę usłyszeć wszystko o Francji!
–
Gram
w Niemczech, to znaczy… głównie siedzę na ławce, ale
przynajmniej kasa leci. Chociaż chyba chciałbym grać trochę
więcej. Wiesz, młodszy już nie będę, a chciałbym jeszcze
udowodnić paru osobom, że naprawdę
coś potrafię. Mistrzostwa
podobno oglądałaś, więc wiesz, jak się mają sprawy w kadrze.
Tylko błagam, nie mówmy o tym ostatnim meczu, co? Poza tym Francja
jest piękna, więc poza treningami i graniem meczów udało nam się
całkiem sporo zwiedzić. No nie mogę narzekać, ale
w
sumie fajnie już być w domu.
– Spieszyłeś
się do dziewczyny? — pyta tym swoim zadziornym, flirciarskim
tonem.
– Nie
czytasz gazet?
– Chyba
jakoś niespecjalnie interesuje mnie, co w nich piszą. Musisz mi
wybaczyć, ale moja wiedza zatrzymała się na jakiejś modelce
sprzed paru lat.
– Zazdroszczę.
Ja po tylu latach jakoś ciągle chyba trochę za bardzo się
tym przejmuję. Ale nie, wbrew temu, co właśnie teraz tam wypisują,
od jakiegoś czasu prowadzę życie radosnego singla. A ty? —
zmienia temat — Czemu nie robisz teraz stażu w jakiejś agencji
kosmicznej, tylko kisisz się w Budapeszcie, skoro tak bardzo
chciałaś stąd uciec?
– Hmm,
powiedzmy, że życie trochę pokrzyżowało mi plany — na jej
twarzy znów widzi ten sam smutny wyraz twarzy, jak wtedy, gdy po raz
pierwszy wspomniała o swoim ojcu.
– Facet?
– Były.
A tak dokładniej to były mąż.
– K–kto?!
— to jedyne, co Ádám jest w stanie z siebie wykrztusić — Kiedy
zdążyłaś wyjść za mąż?! Przecież jesteś ode mnie
młodsza!
Ráhel
wyciąga z torebki zapalniczkę, paczkę papierosów i zapala jednego
z nich.
– Kumpel
z pierwszego roku studiów. W zasadzie nigdy się nie kochaliśmy,
byliśmy raczej przyjaciółmi z bonusem, czy jak to się nazywa, ale
wpadliśmy. Więc on pewnego dnia po prostu zabrał mnie do urzędu,
zgarnął z ulicy przypadkowych świadków i się ze mną ożenił.
Byłam w zbyt dużym szoku, żeby się nie zgodzić, podpisywałam
wszystkie papiery, które podstawili mi pod nos. Wprowadził się do
mieszkania, które za pieniądze z polisy po ojcu kupiłam po
skończeniu liceum. A potem… a potem poroniłam, a on się
wyprowadził. Papiery rozwodowe przysłał pocztą i tyle go
widziałam.
– Przykro
mi.
Co
za skurwiel.
– Pierdolenie.
Nawet mi nie jest przykro. To znaczy, na początku bardzo cierpiałam.
Wiesz – śmieje się gorzko – czasem myślałam sobie nawet, że
to jakaś kara za to, jak potraktowałam cię te parę lat wcześniej.
W każdym razie, musiałam zrobić sobie ponad rok przerwy w
studiowaniu i zupełnie nie mogłam sobie poradzić z tym, że
straciłam dziecko. Jego – wcale. Ale z perspektywy czasu widzę,
że chyba nie stało się tak źle. Wyobraź sobie, co by było,
gdybym utknęła z tym typem? Bez sensu. Nic do
niego nie czułam, i tak któreś z nas prędzej czy później
złożyłoby do sądu pozew o rozwód. Poza tym, umówmy się, matką
byłabym fatalną. Dziecko to nie kot. I tak to jakoś wyszło, że
studia kończę dopiero w tym roku, z prawie dwuletnim poślizgiem, a
do tego pracuję tu niedaleko. Nic specjalnego, siedzę w
sekretariacie i odbieram telefony. Ciągle chcę robić doktorat, ale
boję się, że moje oceny nie są teraz takie dobre, jakie mogłyby
być, gdybym nie miała tej cholernej przerwy, i że to nie wystarczy
na żadne stypendium.
Cisza.
Szalai,
Chryste, czemu ty jesteś takim beznadziejnym pocieszaczem, co?
– Zmieńmy
temat, okej? Nie powinnam gadać tylko o sobie — Ráhel dogasza
papierosa w popielniczce — Dalej masz takiego fioła na punkcie
psów? I dalej jesteś kolesiem z Kispestu?
–
Psy
dalej lubię, chociaż chyba nie tak bardzo jak kiedyś i nie tak,
jak moi bracia, a z Kispestu przeniosłem się na Terézváros.
Wszędzie bliżej i jakoś tak…
– Światowo?
– Przede
wszystkim lepiej, bo u siebie. Wiesz, strasznie kocham swoją
rodzinę, ale ile można mieszkać z rodzicami?
– To
opowiadaj, gdzie dokładnie mieszkasz?
Mijają
kolejne minuty, które zamieniają się w godziny, a oni coraz
bardziej czują się tak, jakby lata, które dzielą ich od dnia, w
którym widzieli się ostatni raz, tak naprawdę w ogóle się nie
wydarzyły, Przez knajpę przetacza się tylu ludzi, a oni siedzą,
patrzą sobie w oczy, piją kolejne kieliszki wina, filiżanki
herbaty i nie mogą przestać się śmiać.
Chłonie
ją, wygląd jej twarzy, zapach, ruchy, próbuje zapamiętać jak
najwięcej szczegółów, malutkie zmarszczki, które tworzą się
dookoła jej oczu, gdy zaczyna się śmiać, to, jak jej krótkie
loki, których kiedyś przecież nie miała, a które zastąpiły jej
długie pofalowane włosy, opadają na jej czoło, a ona
bezskutecznie próbuje je odgarnąć. Jej słowa, sposób
wypowiadania się, przyjemny, ciepły, niski głos i to, jak poświęca
mu sto procent uwagi, odrzucając kolejne połączenia w swoim
telefonie, a potem w ogóle go wyłączając.
Kolego,
chyba znowu wpadłeś jak śliwka w kompot.
Gdy
kelner uprzejmie i trochę nieśmiało wyprasza ich z knajpy, bo
jakimś cudem nadeszła godzina jej zamknięcia, proponuje jej, że
podwiezie ją do domu, bo przyjechał samochodem, a sam mieszka teraz
naprawdę niedaleko stąd.
– Dzięki,
nie trzeba. Tramwaj zatrzymuje się tuż pod moją kamienicą.
I
bardzo dobrze. Na pewno nie skończyłoby się tylko na odwiezieniu
jej do domu.
Pożegnanie
okazuje się najbardziej niezręcznym punktem tego wieczoru. Bez
słowa przytulają się, ona wsiada do tramwaju i macha do niego.
Ádám
jeszcze przez chwilę patrzy na znikający w oddali pojazd, a potem
sam rusza do swojego samochodu, zaparkowanego kawałek stąd.
Chociaż
w dwóch oddzielnych łóżkach, tej nocy nie zaśnie żadne z nich.
*
2007
– Więc
mówisz, że zatrzymała cię DZIEWCZYNA? W sumie mogliśmy się tego
domyślić, co? Nikt chyba nie przypuszczał, że nasz kochany Ádám
wyjedzie sobie z Budapesztu i nie zaliczy przy tym żadnej panny, co
nie?
Chłopaki
wybuchają śmiechem.
– Nikt.
Nikogo. Nie. Zaliczył.
– Ojojojoj,
Dominik, patrz go, jaki obrażony. Nie chcę nic mówić, ale masz na
jeszcze cztery dni i jakoś trudno uwierzyć mi w to, że tego nie
zrobisz. Mam przyjmować zakłady, ile ci to zajmie?
Parę
minut temu na deskach podjechali
z
chłopakami na
plac Petőfiego.
Żar nie przestaje lać się z nieba, więc tylko siedzą, popijają
piwo i oglądają się za skąpo ubranymi dziewczynami.
– Nie
musicie, prawdopodobnie nigdy jej już nie spotkam, a zresztą, no
kurwa, nie mam jej numeru telefonu, to jak mam się do niej odezwać?
– Przecież
wiesz, gdzie mieszka, co za problem podjechać.
–
Ja
pierdolę, no świetny plan..
– Ej
Áron – wtrąca się Dominik – a może to jest jedna z tych
lasek, które spotyka się tak rzadko, jak dwadzieścia tysięcy
forintów w jednym banknocie?
–
No,
i wszystko jasne, Deáka to trzeba trochę poobracać w rękach,
zanim się go wyda, nie?
Kumple
Ádáma zanoszą się ze śmiechu.
–
Czyżby
Szalai nam się zakochał?!
– OBAJ
jesteście pojebani. Nie będę z wami o niej rozmawiał.
Bo
naprawdę jest przekonany, że nie ma o czym mówić. Spotkał ją
raz, Budapeszt jest cholernie dużym miastem, on za pięć dni będzie
już w zupełnie innym zakątku Europy, przecież nie wpadną na
siebie przypadkiem, nie ma na to szans. Tak, teoretycznie znał jej
adres i w każdej chwili mógłby do niej po prostu pojechać, ale
jaki byłby w tym sens? W najlepszym wypadku wyszedłby na jakiegoś
dziwaka, który ją śledzi. Wczoraj była tak pijana, że dziś
pewnie nie pamięta nawet, jak w ogóle trafiła do domu. Nie. To
kretyński pomysł. Jeśli kiedykolwiek
będą
się mieli jeszcze kiedyś spotkać, to pewnie tak się po prostu
stanie.
Ale
musisz przyznać, że bardzo by cię to ucieszyło.
Kończą
piwo i na deskach ruszają w stronę Parlamentu.
To
się zawsze tak kończy. Rano, wieczorem, po południu, w nocy,
nieważne, gdzie by się znajdowali, to jakimś cudem zawsze trafiają
pod ten cholerny Parlament. Najczęściej dlatego, że Ádám
tak chce.
Zupełnie
tak, jakby czekało tam na niego coś, czego jeszcze nie odkrył, ale
czego prawdopodobnie bardzo pragnął.
Wjeżdżają
na plac Kossutha, wyglądając przy tym, jak zwykle zresztą, jak
jakaś uporządkowana formacja. Z tyłu obok siebie jadą Dominik z
Áronem, a na czele, jakiś metr przed nimi jedzie on – pan i
władca Budapesztu, najwyższy z nich, najlepiej ubrany, w
najfajniejszych ciemnych okularach i na najbardziej szpanerskiej
deskorolce. Rola szefa całej tej bandy przypadła mu
dość
naturalnie, w końcu to on był tym, który osiągnął najwięcej i
który miał pełne prawo do nazywania się kimś.
Nie
rozglądając się przejeżdżają przez tramwajowe tory
(widzę,
że z poprzedniej nocy nie nauczyłeś się naprawdę niczego?
słyszy
Ádám w swojej głowie), przeciskają się
między
grupami turystów,
omijają słupki, hamują tak ostro, że gdyby jechali samochodami,
słychać byłoby
pisk
opon, i rozsiadają się na murku przy samym budynku Parlamentu.
Rozgląda
się dookoła, szukając jakichś znajomych twarzy. Skanuje cały
plac, jakby doskonale
zdawał sobie sprawę z tego,
że nie szuka
jakichś
znajomych
twarzy. Szuka Ráhel.
Kurwa,
to miasto nigdy nie przestanie cię zadziwiać, co?
Widzi
ją, siedzi po drugiej stronie placu
ze
szkicownikiem w ręku i włosami spiętymi w kok, ubrana w czarny
t–shirt i jeansy.
Bez
słowa wstaje, zarzuca plecak na ramiona, wskakuje na deskę i
odjeżdża w jej kierunku. Zdezorientowani kumple krzyczą tylko za
nim:
–
Co
ty odpierdalasz, stary?
– Ducha
zobaczyłeś?
–
Ty,
Áron,
patrz – mówi Dominik – to chyba te
jego
dwadzieścia tysięcy.
Ale
Ádám nie słyszy już słów swoich kumpli, bo pędzi jak szalony w
jej stronę. Po cichu bardzo liczy na to, że będzie go pamiętać.
Podjeżdża
do niej i przysiada się. Nic do niej nie mówi, patrzy tylko przez
ramię na to, co tworzy w swoim szkicowniku. Z początku Ráhel,
pochłonięta rysowaniem pomnika Kossutha w ogóle go nie dostrzega.
Dopiero po kilku minutach odwraca głowę w jego stronę i uśmiecha
się serdecznie, jakby właśnie zobaczyła jakiegoś swojego starego
znajomego.
–
Heeeeeej!
– zamyka szkicownik i odwraca się do niego – nie spodziewałam
się ciebie tutaj,
widzę,
że cały i zdrowy wróciłeś do domu.
–
Ja
wróciłem cały i zdrowy? To ty ledwo byłaś w stanie utrzymać się
na nogach.
–
I
ciągle jeszcze cierpię. Ale wiesz, ty odprowadziłeś mnie pod sam
dom w jednym kawałku, a potem sam musiałeś wrócić do siebie. I
proszę bardzo, nic ci się nie stało. Tak w ogóle, dopiero rano
zorientowałam się, że nie mam do ciebie żadnego numeru ani nie
znam twojego adresu, tak, żebym mogła odezwać się i ci jakoś
podziękować.
–
Oto
jestem. To gdzie moja nagroda?
–
Hmmm,
niech pomyślę. Nie. Nie chce mi się myśleć, za bardzo boli mnie
głowa. Idziemy na kawę? To znaczy, ja osobiście kawy nie znoszę, ale umówmy
się, że tak to nazwiemy.
Po
chwili namysłu ruszają pod Bazylikę świętego Stefana. Kupują
lody
i siadają na schodach, prowadzących do głównego wejścia
kościoła. Gorące, sierpniowe
słońce
ogrzewa ich twarze.
– Twoja
kolej – mówi Ráhel.
– Na
co?
– Na
to, żeby opowiedzieć mi coś o sobie, bo w nocy, z tego, co
pamiętam, to raczej ja byłam głównym tematem naszej rozmowy.
–
O
mnie? Nic ciekawego, uwierz. Mówiłem ci, że gram w piłkę,
prawda? No właśnie. Wszystko kręci się wokół piłki. Tak w
zasadzie… to jedyna stała w moim życiu – nie ma pojęcia, co
jeszcze mógłby powiedzieć. Przy niej wydaje mu się, że wszystko,
co robi, jest takie zwykłe, po prostu. Zwykłe i niewarte jej uwagi.
– Coś
jeszcze? Jestem z Kispestu, mam dwóch braci, młodszych, jeden z
nich też gra w piłkę, a drugi ma teraz dziewięć lat. I dwa psy,
które są moimi ulubionymi zwierzętami chyba na całym świecie.
Nie znosiłem
chodzić do szkoły, chyba, że akurat miałem niemiecki, albo
geografię. Ráhel? – pyta, zmieniając temat – co ty tak
właściwie robiłaś
po
tej stronie rzeki? Na twoim miejscu dzień po takim zabalowaniu w
ogóle nie
ruszałbym się z łóżka.
–
Zabalowaniu?
Proszę cię – prycha – ja się najzwyczajniej w świecie
najebałam. Wiesz, jakoś zawsze czułam się w Peszcie trochę
lepiej, niż w Budzie. Tutaj ulice tętnią życiem, jest tyle
pięknych miejsc, kamienic, zabytków… poza tym, tu
chodzę
do szkoły, Buda jest dla mnie tak naprawdę jedynie miejscem, w
którym odrabiam lekcje i nocuję. To znaczy – teraz są wakacje,
teraz leżę do góry brzuchem. No i jeszcze jedno – chyba
najważniejsze. Kiedyś było mi tam naprawdę dobrze. Teraz, im
dalej od mojej matki, tym lepiej dla nas obu.
– Dlaczego?
Chodzi o to, że tak szybko znalazła sobie kogoś nowego?
–
Nie
tylko. Zawsze uważała mnie za kogoś, kto nie poradzi sobie w
życiu, bo zbyt mało czasu spędza z ludźmi i siedzi tylko w tych
swoich książkach. Ostatnio usłyszałam nawet, że tą swoją
odmiennością zupełnie nie pasuję
do jej idealnego obrazu naszej rodziny. Naszej. Rodziny. Jasne. Nasza
rodzina umarła razem z tatą.
Szlajają
się bez celu między kamienicami, i żadne z nich zdaje się nie
zauważać, że słońce dawno już zaszło, a jego miejsce zdążył
już zająć piękny,
oświetlający miasto
księżyc.
–
Cholera!
Obiecałem mamie, że skoszę trawnik.
–
No,
teraz to już chyba na to za późno? Ale
ja
serio muszę
już uciekać. Skoro aktualnie żyję po to, by
nakarmić
kota, to faktycznie powinnam pojechać do domu i to zrobić, bo
znając to żarłoczne stworzenie, wszystko, co przed południem
zostawiłam mu w misce, on zjadł w przeciągu piętnastu minut od
mojego wyjścia..
Chciałby
zaproponować, że i tym razem ją odwiezie, ale przypomina sobie, że
tym razem do centrum przyjechał autobusem.
Ráhel
sięga do plecaka, wyjmuje z niego swój szkicownik, coś szybko
zapisuje, wyrywa kartkę i podaje ją Ádámowi.
–
To
mój numer. Jak chcesz, możesz zrobić z niego użytek.
Nie
mija nawet pięć minut, odkąd rozstają się na placu pod Bazyliką,
a on już wystukuje sms–a:
„Jutro
powtórka? :) Á.”
„;)”
„Jak
mam to rozumieć?”
„Że
o siedemnastej będę na ciebie czekać tam, gdzie spotkałeś mnie
dziś.”
Szalai,
stąpasz po zajebiście cienkim gruncie. Uważaj, żebyś się tylko
nie zakochał.
Widują
się ze sobą codziennie.
Rano
Ádám wstaje, żeby pobiegać,
spotyka
się z kumplami, pomaga w domu mamie, załatwia jakieś ostatnie
formalności związane z wyjazdem, ale
popołudnia
i wieczory ma zarezerwowane tylko dla niej. Za każdym razem
spotykają się na murku pod Parlamentem, a potem wybierają sobie
miejsce, do którego tego dnia wyruszą.
W
środę siedzą na samym szczycie wzgórza
Gellerta,
patrzą na panoramę miasta
i
rozmawiają o marzeniach z dzieciństwa.
–
Wiesz,
ja chyba od zawsze chciałem być piłkarzem. Pamiętam jak dzisiaj
ten dzień, kiedy
miałem
kilka lat, chyba sześć, i dziadek zabrał mnie na mój pierwszy w
życiu mecz. Honvéd grał wtedy z Pécsem. Patrzyłem
na
to wszystko, na kibiców, skandujących imiona swoich bohaterów, na
chłopaków na boisku, którzy wyglądali na naprawdę szczęśliwych,
bo robią to, co naprawdę kochają… tak, to był ten moment, w
którym stwierdziłem, że chcę zostać jednym z nich. O ile dobrze
pamiętam, miesiąc później ganiałem już za piłką w szkółce
Honvédu. A ty?
–
Najpierw
chciałam być piosenkarką, ale dość szybko okazało się, że
totalnie nie umiem śpiewać.
Później
myślałam o tym, żeby zostać pisarką, ale gdy miałam jakieś
czternaście lat,
zorientowałam się, że za żadne skarby świata nie uda mi się
skończyć ani jednego tekstu, bo za szybko się frustruję, usuwam
wszystko, co do tej pory napisałam i kompletnie nic z tego, co
gdzieś tam sobie tworzyłam mi się nie podoba. Wtedy tata kupił mi
teleskop. A że zawsze byłam dobra z matmy i z fizyki, to jakoś tak
wszystko poskładało mi się w głowie w marzenie o badaniu kosmosu.
Chciałabym skończyć tu studia, potem może doktorat, a jeszcze
później, kto wie, może uda mi się wyrwać stąd i zrobić naukową
karierę, albo
odkryć
jakiś nowy układ słoneczny?
–
A
co zrobisz, jeśli okaże się, że twoje
marzenie
się
nie spełni? – pyta ją z przekąsem.
Dziewczyna
zapala papierosa.
–
Oczywiście,
że się spełni. Nie ma innej opcji. Chociaż czasami myślę sobie,
że dobrze byłoby mieć jakiś plan B. Myślałeś kiedyś o takim?
–
Nie,
ale wydaje mi się, że gdybym teraz nie był piłkarzem… pewnie za
jakiś czas zostałbym nauczycielem niemieckiego.
W
czwartek leżą na trawie w parku za Placem Bohaterów i obserwują
ludzi, siedzących pod drzewami i czytających książki, turystów,
próbujących przejść po wąskiej kładce na jednym z oczek
wodnych, rodziców bawiących się ze swoimi dziećmi i grupki
przyjaciół, urządzające pikniki.
– Gdybyś
mogła wybrać tylko jedno miejsce, które możesz odwiedzić, to co
byś wybrała?
–
Tylko
jedno? Wiedeń.
– Wiedeń,
serio?
–
Serio.
Z rodzicami zazwyczaj jeździliśmy gdzieś daleko, jeśli na narty –
to w Dolomity, jeśli na letnie wakacje – to do ciepłych krajów.
I jakoś tak wyszło, że
nigdy
nie widziałam Wiednia. Straszna lipa, nie?
Za
każdym razem, gdy ją spotyka, wydaje mu się, że jej myśli błądzą
gdzieś indziej. Tak, jakby była obecna przy nim ciałem, ale jej
dusza wędrowała gdzieś, gdzie on sam nie ma
wstępu.
Jest w tym coś, co przyciąga go do niej jeszcze mocniej. Do tej
pory wszystkie dziewczyny, które poznawał, od razu się przed nim
otwierały, nie pozostawiając przestrzeni na to, by sam mógł je w
jakiś sposób odkryć. Przez to od razu stawały się dla niego
mniej interesujące. No bo co ciekawego może być w lasce, której
nie da się nawet zdobyć, bo po prostu podkłada ci się jak
zraniona zwierzyna?
Myśliwy
się znalazł.
A
Ráhel… rozmawiają ze sobą, a on i tak ma wrażenie, że wie o
niej naprawdę niewiele.
Ile
dałbyś, żeby
wiedzieć wszystko?
W
piątek rano budzi się zlany potem. Dziś, zgodnie z datą na
papierku, który
dostał
w okienku urzędu paszportowego prawie
miesiąc
temu, ma zgłosić się po odbiór nowego paszportu.
Kurwa.
Zapomniałeś?
Nie,
nie zapomniał o odebraniu dokumentu. Świstek z urzędu wisi na
tablicy nad jego biurkiem i trudno go przeoczyć. Zupełnie za to
wyleciało
mu z głowy to, że przecież Ráhel ciągle nie wie o jego
wyjeździe
do Madrytu.
Czuje
się z tym beznadziejnie, jakby ją w jakiś sposób zdradził,
zatajając przed nią całą prawdę. A przecież Ráhel jest
ostatnią osobą, którą chciałby okłamać. Przez ostatnie kilka
dni stała mu się bowiem tak bliska, że po prostu głupio mu,
cholernie mu głupio, bo od początku powinien być z nią szczery.
Tak nie zachowują się przyjaciele. Dzisiaj naprawdę
musi
powiedzieć jej o tym, co stanie się już za dwa dni. Stresuje się
tak, jak wtedy, gdy jako mały gnojek musiał przyznać się
rodzicom, że właśnie piłką wybił szybę w garażu.
Spotykają
się tam, gdzie zwykle i wybierają się na spacer wzdłuż Dunaju.
Gadają o jakichś pierdołach, długą chwilę milczy, stara się
zebrać słowa i w ogóle nie zwraca uwagi na to, co mówi do niego
dziewczyna. Gdy są już przy moście Elżbiety, zbiera się na
odwagę.
–
Ráhel
– dziś jej imię na jego ustach
brzmi
dużo poważniej, niż kiedykolwiek – muszę ci coś wyznać.
–
Wow,
trochę przeraża mnie ten ton. O co chodzi?
–
Widzisz…
bo ja za
dwa dni… za dwa dni wyjeżdżam z Budapesztu.
Cisza.
Ráhel
odwraca od niego wzrok.
– Dlaczego
mówisz mi o tym dopiero teraz?
Odpowiada
jej takim samym milczeniem.
– Rozumiem,
że nie masz nic na swoje usprawiedliwienie?
– Jak…
jak miałbym ci się wytłumaczyć?
–
Wiesz
co – mówi wzburzona Ráhel – najlepiej nie mów nic. Daj mi
tylko trochę czasu, żebym mogła się z tym oswoić. To znaczy
– śmieje się gorzko – nie, żebym w ogóle miała jakiś czas.
Wracając
nie zamieniają ze sobą ani słowa.
No,
musisz przyznać, że tę sprawę to chyba koncertowo spieprzyłeś.
*
2016
Kolejna
parna czerwcowa noc dobiega końca. Jest trzecia nad ranem, a on
chodzi po mieszkaniu, wykończając butelkę wódki. Zza okna
dobiegają go odgłosy kończących się powoli imprez, stukot
obcasów, krzyki wstawionych chłopaków i śmiechy ich nie mniej
wstawionych dziewczyn.
Nie
może przestać myśleć o Ráhel.
Był
pewny, że po dziewięciu latach spotkanie jej nie zmieni w jego
życiu kompletnie nic, że usiądą, wypiją kawę, porozmawiają o
tym, co słychać, może powspominają te kilka dni, które było im
dane razem przeżyć, a potem każde pójdzie w swoją stronę i za
jakiś czas oboje zapomną o tym, że w ogóle się spotkali.
Jeśli
naprawdę tak myślałeś, to jesteś głupszy, niż komukolwiek
mogłoby się wydawać.
Odkąd
kilka godzin temu rozstali się na przystanku tramwajowym pod
Parlamentem, każdy skrawek jego umysłu wypełniony jest nią, jej
obrazem, dźwiękiem jej głosu, jej zapachem i każdym słowem,
które wypowiedziała.
Kurwa,
człowieku, nie masz dziewiętnastu lat.
Czuje
się, jakby przeżywał to wszystko od nowa. Zupełnie jak gdyby
wszystko, co zaszło między nimi tak dawno temu, tak naprawdę stało
się zaledwie przed kilkoma dniami. Wtedy, gdy był tylko prawie
dziewiętnastoletnim zranionym gnojkiem, wszystkie wspomnienia
związane z Ráhel nakazał sobie zamknąć w swojej głowie na
klucz, tak, żeby nigdy nawet nie próbowały do niego powrócić.
Wczoraj
z własnej winy jednym spotkaniem sam je uwolnił. Teraz boleśnie
uświadamia sobie też, że wraz z nimi uwolnił też uczucia, jakich
od tamtej chwili nigdy tak właściwie nie przeżył.
Problem
z jego życiem polega na tym, że Ráhel była w rzeczywistości
jedyną kobietą, którą naprawdę pokochał.
Tak, to brzmi głupio, bo co nastolatkowie mogą wiedzieć o miłości,
znając się tylko pięć dni, ale gdy myśli o tych wszystkich
dziewczynach, z którymi był zanim ją poznał i po tym, jak ją
stracił, to nagle zdaje sobie sprawę, że do żadnej z nich nigdy
nie był w stanie poczuć czegoś tak silnego. Nigdy nie myślał o
żadnej jak o kimś, z kimś chciałby przeżyć całe swoje życie,
Ale
musisz przyznać, że żadna nie zraniła cię tak, jak ona.
Gdy
tamtego lata wyjeżdżał z Budapesztu obiecał sobie, że za wszelką
cenę będzie teraz próbował nie dopuścić do takiej sytuacji.
Powtarzał sobie, że nigdy więcej się nie sparzy i do tej pory
wychodziło mu to naprawdę świetnie.
Jednocześnie
wcale nie czuł do Ráhel żadnego żalu. Nie wiedział, czemu stało
się tak, jak się stało, ale prawda jest taka, że nie musiał jej
nawet o to pytać, bo wybaczył jej w chwili, gdy to zrobiła.
Dopiero
teraz zaczyna to rozumieć.
Zaczyna
też rozumieć, że tak naprawdę nigdy, przenigdy nie przestał
chcieć z nią być. W każdej kobiecie podświadomie szukał jej
odbicia, jakiejś cechy, którą mógłby porównać z jej
charakterem. Gdy tego nie znajdował, zostawiał je, zostawiał je na
tyle szybko, by samemu nie zdążyć nawet spróbować jakoś
bardziej zaangażować się w żaden związek. Ostatni raz był tylko
wyjątkiem potwierdzającym tę pokręconą regułę.
Chce
do niej zadzwonić, powiedzieć, że to wszystko to nieważne, że
cała ta pokręcona historia ma sens, że niezależnie od całego
świata on chciałby spróbować jeszcze raz, że skoro dziś tak
dobrze im się rozmawiało, tak, jakby czas w ogóle nie istniał,
zupełnie jak – choć to brzmi cholernie staroświecko – za
dawnych lat, to może mogliby spróbować być ze sobą, tak, jak nie
udało im się wtedy, bo przecież będę mieć teraz trochę więcej
czasu – poza krótkimi wakacjami za granicą w Budapeszcie
spędzi teraz ponad miesiąc, mogliby spotykać się codziennie,
rozmawiać, nadrabiać cały ten stracony czas, nie są już przecież
dzieciakami, jak wtedy, gdy się poznali, każde z nich coś w życiu
przeszło, więc teraz, kiedy są już naprawdę dorośli, czemu nie
mieliby spróbować? Chce jej powiedzieć tyle rzeczy, że poczeka,
aż skończy studia, że jeśli będzie chciała, to niech robi te
wszystkie swoje doktoraty, że może to wszystko da się jakoś
ogarnąć, i że przyjdzie taki dzień, że będą ze sobą już cały
czas. Że jest jedyną osobą z którą kiedykolwiek widzi siebie jak
zakłada rodzinę, i że nigdy
nie
potraktuje jej tak, jak ten skurwiel, który zniszczył jej życie.
Wyciąga
z kieszeni telefon.
Czy
ty oprócz tego, że kolejną noc z rzędu jesteś kompletnie pijany,
to jesteś też jakiś pojebany, co? Jest wpół do czwartej NAD
RANEM. Normalni ludzie o tej porze ŚPIĄ.
Nie
ma pojęcia, bo też nie ma prawa go mieć, że w swoim mieszkaniu
Ráhel, zamiast spokojnie spać, sama przewraca się z boku na bok,
myśląc, czy aby nie powinna do niego zadzwonić.
Ostatnie
resztki zdrowego rozsądku odzywają się jednak w jego głowie, i
zamiast dzwonić do niej, wybiera numer swojego brata i wysyła mu
wiadomość.
„Vilmos?
Jest sprawa.”
*
2007
Od
rana zanosi się na burzę. Chmury zbierają się nad miastem, a
ciężkie powietrze zalega w płucach i nie pozwala budapeszteńczykom
na chwilę wytchnienia. Tramwaje toczą się po szynach z wyjątkowym
mozołem, turyści wleką się noga za nogą, a zwykli mieszkańcy
miasta czują się zmęczeni zanim jeszcze zdążą nawet wyjść ze
swoich domów, żeby sobotnim zwyczajem pójść na jakiś targ w
podwórzu jednej z pobliskich kamienic.
Ale
deszcz nie chce spaść.
Ta
okropna pogoda wydaje się być idealnym odzwierciedleniem atmosfery,
jaka panuje między Ádámem i Ráhel, odkąd wczoraj powiedział
jej, że za dwa dni wyjeżdża na drugi koniec Europy. Powinien był
to zrobić od razu, nie wie, jak mógł pominąć taki ważny fakt, a
może po prostu nie chciał o nim pamiętać. Teraz jedzie, żeby się
z nią spotkać i boi się spojrzeć jej w oczy. Czuje się tak,
jakby popełnił jakąś zbrodnię, zawiódł jej zaufanie,
przekreślił wszystko, co zdarzyło się przez ostatnie kilka
dni.
A
może przesadza?
Może
okaże się, że Ráhel przespała się z tą sytuacją i wcale nie
będzie na niego obrażona, że nic to między nimi nie zmieni, że
dalej będą się przyjaźnić, niezależnie od dzielącej ich
odległości.
Ale
pierdolisz. Na pewno. Nic się nie zmieni, czy ty słyszysz własne
myśli?
Wszystko
się zmieni.
Poza
tym, jesteś pewien, że to tylko przyjaźń?
Nie.
Nie. Nie. Nie.
Próbuje
nie dopuścić do siebie tej myśli. On miałby się zakochać?
To takie nie w jego stylu. Są przyjaciółmi. Kropka.
– Jak
tak patrzę na te chmury, to myślę sobie, że chyba nie pójdziemy
dzisiaj na żaden długi spacer, co? – wita go spokojnym tonem.
Żadnego słowa powitania. Nawet go nie przytuliła, co przecież
robiła zawsze. Zawsze
ciut za mocno.
Może
faktycznie jest obrażona?
Wyjątkowo
spotykają się dziś na moście Małgorzaty. Mieli w planach wybrać
się na wyspę, ale chmury piętrzą się na niebie coraz mocniej i w
każdej chwili może lunąć potężny deszcz.
– Ale
wiesz, jeśli faktycznie nie chcemy zmoknąć, po prostu pojedźmy do
mnie.
Te
słowa zbijają go z pantałyku.
Czy
ona właśnie zaproponowała ci, żebyś poszedł z nią do łóżka?
Nie,
po prostu zaprosiła mnie do swojego domu.
No
i czemu oszukujesz samego siebie? Dobrze wiesz, jak skończy się
dzisiejszy dzień.
Nie
zdąża nawet odpowiedzieć, bo Ráhel łapie go za rękę i pyta,
gdzie zaparkował samochód. Czuje przechodzący po kręgosłupie
dreszcz i kompletnie nie rozumie sytuacji, w jakiej się w tej chwili
znajduje. Wsiadają do samochodu, a ona wyciąga z pudełka papierosa
i próbuje go zapalić.
–
Mogłabyś
tu nie palić? Potem cały samochód będzie śmierdział, a poza tym
pamiętasz, że sam próbuję rzucić, no nie?
– Tak?
– Ráhel otwiera schowek, wyciąga z niego napoczętą paczkę i
rzuca mu na kolana – to jest
rzucanie palenia?
Jest
dzisiaj jakaś inna. Dużo bardziej przypomina tę Ráhel, którą
spotkał pierwszego dnia – skrytą i pogniewaną na cały świat
niż tę, która pozwoliła mu się poznać później. Do tej pory, a
jadą już jakiś czas, nie uśmiechnęła się jeszcze ani razu,
patrzy tylko przez otwarte okno, przez które wypuszcza też dym z
zapalonego przed chwilą kolejnego papierosa. Wiatr rozwiewa jej
rozpuszczone włosy.
Gdy
docierają na Csatárka,
chmury
przybierają już
ciemny,
prawie granatowy kolor.
Dom
Ráhel nie jest bardzo duży, ale dobrze obrazuje status społeczny
jej rodziny. Dwie kondygnacje, oszklony salon, ogromny taras z
widokiem na panoramę całego miasta.
W
drzwiach wita ich ogromny rudy kot. Z początku patrzy na Ádáma
podejrzliwie, a potem szybko daje dyla do salonu.
–
Behemot,
nie uciekaj! Ten osobnik jest całkiem bezpieczny – śmieje się
Ráhel. Nareszcie.
–
Serio?
Nazwałaś kota Behemot? Nie było lepszych książek, którymi
mogłabyś się zainspirować?
– To
jak miałam go nazwać? KRZYWOŁAP? Co ci nie pasuje w Mistrzu i
Małgorzacie?
– Tak
w zasadzie to wszystko. Wiesz, nigdy nie przepadałem za czytaniem
lektur, ale zawsze jakoś się zmuszałem, ale to… umówmy się, że
znajdę dla twojego kota inne imię. I tak będę na niego wołać.
Ráhel
prowadzi go na poddasze, które całe jest jednym dużym pokojem, a
sama zbiega na dół, by za chwilę wrócić z kilkoma butelkami
piwa.
Rozgląda
się po pokoju. Na podłodze walają się jakieś książki, cała
ściana oklejona jest ogromną mapą nieba i pocztówkami z rożnych
miejsc, a nad łóżkiem wiszą dwa zdjęcia – na jednym, tego jest
pewien, stoi mała Ráhel ze swoim tatą, oboje ubrani w puchowe
kurtki i z nartami w ręku, na drugim, biało-czarnym – dwoje
młodych ludzi, dziewczyna z długim warkoczem i w sukience w kropki
i chłopak, ubrany w koszulę, jasne spodnie i skórzaną kurtkę.
Ádám ostrożnie odpina zdjęcie od tablicy. Na jego odwrocie
napisano pięknymi literami: Zénó és Orsi,
1956.10.30.
–
Dziadkowie,
rodzice taty, poznali się w Budapeszcie podczas powstania w
pięćdziesiątym szóstym. – mówi Ráhel, gdy wchodzi do pokoju i
widzi Ádáma stojącego z fotografią w dłoni – Sześć dni
później Urząd Bezpieczeństwa aresztował dziadka, a babcia
czekała na niego aż do jego powrotu z więzienia. Wrócił w
sześćdziesiątym czwartym. Szybko wzięli ślub, rok później
urodził się tata. Oboje zmarli dwa lata temu. Dasz wiarę? Znali
się tylko kilka dni, ale zdążyli się w sobie zakochać tak
bardzo, że czas, jaki spędzili oddzielnie zupełnie nie zniszczył
ich uczuć.
Znowu
zapada niezręczna cisza. W głowie Ádáma jakby echem odbija się
tylko jedno: znali się tylko kilka dni, ale zdążyli się w
sobie zakochać tak bardzo…
–
Chcesz
obejrzeć więcej zdjęć?
–
Jasne.
Z
ostatniej półki wysokiej szafy, stojącej po drugiej stronie pokoju
Ráhel wyciąga pudełko pełne różnych fotografii, starych,
biało–czarnych, ale też całkiem nowych, z różnych wakacji i
wyjazdów. Ráhel i tata. Tata i Ráhel. Opowiada mu o wszystkich
miejscach, w których była, wspomina wszystkie zabawne sytuacje, w
których brała udział i po raz pierwszy Ádám widzi w jej oczach
taką prawdziwą, niewymuszoną radość.
– A
gdzie mama?
Ty
kretynie.
– Mama
bardzo rzadko z nami jeździła, a jak już jeździła, to raczej
stała po tej drugiej stronie obiektywu – odpowiada zasmucona –
wiesz, że po śmierci taty spakowała te zdjęcia i chciała je
wyrzucić? Tak, jakby zupełnie chciała wymazać go z pamięci?
–
Myślisz,
że tak szybko o nim zapomniała?
– Ádám,
proszę cię – prycha – zapomniała o nim już za jego życia.
–
Posłuchaj…
– zaczyna Ádám po chwili – wiem, że spieprzyłem sprawę.
Powinienem był od razu powiedzieć ci o mojej przyszłości, może
wtedy…
Ráhel
przykłada mu palec do ust.
– Nie
myślmy o tym dzisiaj. Nie chcę jeszcze płakać.
Siedzą
na podłodze, otoczeni ciszą i stertą porozrzucanych zdjęć i
zupełnie, już któryś raz w swoim towarzystwie, tracą poczucie
upływającego czasu. Dopiero gdy Ráhel znów sięga po papierosa,
Ádám spogląda na zegarek i z przekąsem mówi:
–
Wytrzymałaś
półtorej godziny bez fajki, to chyba twój nowy rekord?
– Och
Szalai, błagam – przewraca oczami – zamknij się i przestań
zgrywać supersportowca, co sobie od czasu do czasu nie popala i
wcale nie pije
alkoholu.
Odwraca
głowę w jego stronę, zaciąga się i wypuszcza cały dym ze swoich
ust wprost na jego twarz. Przez jakiś czas, który wydaje mu się
wiecznością patrzą na siebie, aż wreszcie ona, nie odrywając od
niego wzroku przysuwa się do niego i na niebezpieczną odległość
zbliża swoje usta do jego ust.
Czuje,
że serce za chwilę wyskoczy mu z piersi. Patrzy jej prosto w oczy,
są ciemne jak wzburzone chmury za oknem, i tylko czeka, aż pojawią
się w nich pierwsze błyskawice.
Zamyka
oczy i całuje ją.
Kosmos.
Wie,
jak to się skończy i wie, że każda chwila, którą spędzili
razem w zasadzie prowadziła do tego momentu, więc poddaje mu się
bez dyskusji, przysuwa się jeszcze bliżej, szybko zdejmuje jej
bluzkę, błądzi dłońmi po jej plecach, czuje pod palcami każdy kręg. Ona odpłaca mu tym samym, szybko pozbywając się jego
t–shirta i wpijając się paznokciami w jego piegowate ramiona.
Całuje jej szyję. Każdy jej dotyk jest jak wyładowanie
elektryczne na powierzchni jego skóry.
Już
chyba nie wmówisz sobie, że nie jesteś w niej zakochany.
Gdy
rozpina jej stanik, za oknem uderza właśnie pierwszy piorun.
*
2016
– Czemu
nigdy mi o tym nie powiedziałeś? – pyta Vilmos po usłyszeniu
całej historii, którą właśnie opowiedział Ádám. Siedzą
we trzech na tarasie domu rodziców, który od zawsze był dla nich
odskocznią od wszystkich problemów tego świata i wspólnie, jak
zazwyczaj w takich sytuacjach próbują rozwiązać problem
najstarszego z braci.
– Bo
miałeś wtedy na głowie swoją dziewczynę, prawie w ogóle nie
bywałeś w domu, poza tym, to nie był jakiś wiesz, pierwszy lepszy
podbój, którym mógłbym się pochwalić, to było trochę…
poważniejsze. To znaczy, wtedy wydawało mi się, że to tak na
poważnie, a gdy okazało się, że nic z tego nie wyszło, starałem
się jakoś wymazać to z pamięci i… po jakimś czasie wpadłem w
wir treningów i imprez z nowymi znajomymi, po prostu zapomniałem.
– No
to mogłeś powiedzieć to mnie, prawda?
– Nie,
nie mogłem.
– A
to niby dlaczego?
– A
to dlatego, że miałeś wtedy dziewięć lat.
Zaletą
posiadania dwóch braci i bycia z nimi w naprawdę dobrej relacji
zdecydowanie był fakt, że mógł powiedzieć im naprawdę o
wszystkim. Starzy znajomi pojawiali się i znikali, zakładali
rodziny, mieli swoje życie, a oni we trzech od zawsze wiedzieli, że
mogą na sobie polegać. Fakt, przez pierwsze lata gdy był za
granicą i do kraju wracał raz na jakiś czas, ich relacje były
chłodne, bo Vilmos sam grał w piłkę i jakoś szybko się
usamodzielnił, znikał z domu na całe dnie i buntował się (co
prawda na swój sposób, jak to Vilmos – zupełnie inaczej niż
inni nastolatkowie, bo jego bunt polegał nie na piciu alkoholu,
paleniu papierosów i wracaniu nad ranem do domu, był raczej cichym
wycofaniem się z życia rodzinnego) zaś Bertalan, o ponad dziesięć
lat młodszy od Ádáma, wtedy nie za bardzo rozumiał jeszcze fakt,
dlaczego jego ukochany najstarszy brat zazwyczaj po prostu pojawia
się i znika i nigdy nie spędza z nimi tyle czasu, ile on by chciał.
Cała trójka potrzebowała naprawdę dużo czasu, żeby idealnie się
zgrać, ale teraz, gdy wszyscy w tej bandzie są już dorośli,
doskonale wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć.
–
Słuchajcie,
ja naprawdę nie wiem, co mam zrobić.
– Ja
też nie.
–
Bertalan,
DO CHOLERY, z ciebie to ciągle jest taki dzieciak. Wiesz co… Ja
bym się odezwał. Chociaż trochę trudno mi sobie wyobrazić, że
mój najstarszy brat miesiąc po rozstaniu spotyka jakąś laskę,
którą znał tyle lat temu i nagle jest wielce zakochany?
– Też
się nad tym zastanawiam. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co takiego
się stało. Chociaż wczoraj przez myśl przeszło mi, że może po
prostu to jedyna kobieta, do której kiedykolwiek czułem cokolwiek.
–
Serio?
–
Serio.
Tylko przy niej czułem tam w środku coś więcej, i chyba dokładnie
to samo poczułem też wczoraj.
– To
nad czym ty się jeszcze zastanawiasz? – pyta prawie krzycząc
Vilmos.
– No,
chociażby nad tym, czy to w ogóle ma jakiś sens. To znaczy, pewnie
powie mi, że powinienem sobie dać spokój, bo skoro nie wyszło
wtedy, to pewnie nie wyjdzie i teraz…
– I
że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
–
Bertalan,
kretynie, to powiedzenie nie znaczy tego, co myślisz, że znaczy.
Oczywiście, że nie weszlibyśmy dwa razy do tej samej rzeki, bo
rzeka jest już teraz zupełnie inna. I my zresztą też. Chyba tego
najbardziej się boję. Że po tym całym syfie, który przeszła,
nie będzie się chciała wiązać. Ani ze mną, ani z nikim.
–
Kurwa,
Ádám, jesteś z nas najstarszy, a jakby najgłupszy. Przecież się
tego wszystkiego nie dowiesz, jeśli nie spróbujesz. Znając ciebie
naprawdę będziesz
sobie wtedy pluł w brodę. Jeśli nie odbierze od ciebie telefonu,
to też będzie coś znaczyło, prawda? Wiesz, nie mogę za ciebie
decydować, ale to chyba oczywiste, że powinieneś to
zrobić.
Vilmos
ma rację. Znowu, jak zwykle, jego młodszy brat ma cholerną rację.
Co mu szkodzi? Jeśli się do niego nie odezwie, da mu sygnał,
że nie powinien robić sobie żadnych nadziei, a jeśli podniesie
słuchawkę, wtedy pewnie razem z nią będzie się zastanawiał, co
dalej.
Podnosi
do ust szklankę wody. Kac spowodowany wczorajszym piciem w
samotności trzyma go do tej pory.
– Nie
wierzę – mówi Vilmos znad butelki piwa – nasz brat, który
kobiety zmienia częściej niż samochody, nareszcie nam się chyba
porządnie zakochał.
*
2007
Czuje
się cholernie zmęczony, ale, jak na złość w ogóle nie może
zasnąć. Od kilku godzin wlepia wzrok w okno, za którym i tak nic
nie zobaczy, chmury przykryły całe niebo. Męczy go nagły natłok
myśli, który pojawił się w jego głowie, i wszystkie uczucia,
których chyba w ogóle nie powinien pozwolić sobie czuć.
Stary,
co ty sobie kurwa wyobrażasz? Mógłbyś robić milion innych
rzeczy: skończyć się pakować, pójść z kumplami na piwo,
spędzić trochę czasu z rodziną, matka pewnie zresztą płacze, że
tego nie zrobiłeś, ale ty oczywiście wolałeś bzyknąć jakąś
przypadkową pannę, którą poznałeś kilka dni temu i która
zawróciła ci w głowie tak, żeś o bożym świecie zapomniał. Co
ty tu w ogóle robisz? Zawsze byłeś zdrowo pojebany, ale tego to
się chyba nikt nie spodziewał.
Pewnie
zgodziłby się z samym sobą w stu procentach, gdyby nie jeden
malutki szczegół. Tak, mógłby teraz siedzieć w domu, wysłuchiwać
lamentu mamy i dopinać walizki. Tak, nigdy nie zaliczał się do
ludzi do końca normalnych, zawsze musiał odstawić jakiś numer, co
zresztą stało się i teraz. Tak, Ráhel totalnie zawróciła mu w
głowie... Ale na pewno nie jest dla niego jedynie jakąś
przypadkową panną. Przez ostatnie kilka dni, przez które było
mu dane ją poznawać, stała się mu bliska jak żadna inna z tych,
które udało mu się spotkać przez prawie dwadzieścia lat swojego
życia. Nienawidzi przyznawać takich rzeczy nawet przed sobą samym,
bo przecież wszyscy uważają go za takiego zimnego drania, co
całkowicie mu pasuje, ale chyba faktycznie, wbrew temu, co starał
wmówić sobie jeszcze wczoraj, zdążył się już w niej trochę
zakochać.
No,
cwaniaczku, to skoro jesteś taki zakochany, to co to za poczucie
winy?
Chciałby
myśleć, że nie żałuje tego, co wydarzyło się poprzedniego
wieczoru. To znaczy – wie, że gdyby miał przeżyć go jeszcze
raz, prawdopodobnie nie zmieniłby w nim nic, ale nie może pozbyć
się wyrzutów sumienia, których pewnie nie miałby, gdyby to
wszystko wydarzyło się w innym miejscu, w innym czasie i z inną
dziewczyną. Ráhel znał dopiero od pięciu dni (a tak w zasadzie –
od pięciu dni i sześciu nocy) i chociaż nie dziwi go specjalnie
fakt, że po takim czasie wylądował z nią w łóżku (bo do tej
pory i z innymi dziewczynami takie sytuacje zdarzały mu się całkiem
często), to kompletnie przytłacza go i przeraża fakt, że o ile
dotychczas w takich momentach nie czuł prawie nic, teraz wydaje mu
się, że czuje wszystko, co tylko się da. Całe spektrum emocji,
których do tej pory nie znał i których nie potrafi przez to
nazwać.
Nie
jest do końca pewien, czy chciał, żeby właśnie tak
skończyła się ta historia. Poznali się zupełnie przypadkiem, ale
zdążyli razem spędzić kilka naprawdę wspaniałych chwil.
Poszli ze sobą do łóżka, ale co dalej? Dobry seks na rozstanie
wcale nie rozwiązał żadnego problemu, wręcz przeciwnie, wszystko
chyba jeszcze bardziej skomplikował. Przecież za kilkanaście
godzin będzie siedział w pociągu do Niemiec, a ona zostanie tutaj,
w Budapeszcie. Gdy on wyląduje w Madrycie, będzie dzieliło ich
ponad dwa i pół tysiąca kilometrów. Co mają sobie teraz
powiedzieć na pożegnanie? Cześć, pa, do widzenia? Będziemy pisać
do siebie listy i spotkamy się jak tylko przyjadę do Budapesztu?
Albo wiesz co, najlepiej ty przyleć do mnie do Madrytu, na jesienne
ferie albo na Nowy Rok. I w ogóle to ja poczekam aż zdasz maturę,
pojedziemy gdzieś razem na wakacje, może zmienię klub a ty
wybierzesz jakiś uniwersytet w miarę blisko mnie i będziemy
widywać się tak często jak się da?
I
co, niby tak to przetrwacie? To ma być ten twój plan, który
spowoduje, że zatrzymasz ją przy sobie?
Odwraca
głowę i patrzy na nią, jej nagie plecy, poruszające się w rytm
jej spokojnego, miarowego oddechu, jej włosy rozsypane na poduszce i
zaciśnięte w pięści dłonie. Zaczyna zastanawiać się, czy gdy
się obudzi, w jej głowie pojawi się taki sam mętlik. Strasznie
chce w to wierzyć, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby
nie czuć tego, co czuje on sam.
Nie
pasujesz do jej świata. W tej krainie nie ma teraz miejsca na
takie zawirowania. Mógłbyś teraz stąd wyjść, a jej pewnie, w
tym całym życiowym bałaganie nie zrobiłoby to żadnej różnicy.
Problem
w tym, że doskonale jest w stanie wyobrazić sobie Ráhel
wpasowującą się w jego świat. Wierzy, że gdyby było im
dane trochę więcej czasu, wszystko pewnie jakoś by się ułożyło.
Może wreszcie udałoby mu się rozbić skorupę żałoby, buntu i
całego tego nieprawdopodobnego smutku, jaki w sobie nosi i wreszcie
poznać ją taką, jaka była jeszcze całkiem niedawno, zanim zmarł
jej ojciec i zanim doszła do wniosku, że teraz zbuntuje się
przeciwko całemu światu. Gdy wczoraj oglądali jej zdjęcia z
dzieciństwa i gdy patrzył na jej roześmiane oczy, w których do
tej pory potrafił dostrzec tylko smutek, zaczął żałować, że
nie udało mu się jej spotkać o wiele wcześniej, i że teraz nie
ma czasu, by powoli odkrywać kolejne jej tajemnice. Chociaż tej
nocy dokładnie poznał mapę jej ciała, potwornie smuciła go ilość
białych plam, które widział na mapie jej duszy.
Rozmyślanie
przerywa mu coraz silniejsze drapanie w uchylone drzwi. Kot po cichu
wślizguje się do pokoju, wskakuje na łóżko i patrzy na niego
błagalnym wzrokiem.
Ádám
nie chce obudzić Ráhel, dlatego stara się jak najciszej wygramolić
z łóżka, co okazuje się zadaniem prawie nie do wykonania, bo jak
ma po cichu wydostać się z miejsca, w którym nawet leżąc ledwo
się mieści.
Naprawdę,
to metr dziewięćdziesiąt trzy to ci teraz potrzebne jak dziura w
moście.
Sen
dziewczyny jest jednak na tyle mocny, że żaden ruch ani dźwięk
nie jest w stanie jej obudzić.
Szybko
ubiera się, sięga do plecaka po paczkę papierosów i zapalniczkę
i po cichu schodzi na parter.
Zagląda
do lodówki myśląc, że mógłby zdobyć się na odrobinę
romantyczności i zrobić jakieś śniadanie, chociaż kucharzem jest
fatalnym, każdy omlet, który próbował w swoim życiu usmażyć,
po prostu przypalał się na węgiel, a jedynym, co udawało mu się
w kuchni, była całkiem niezła kawa, co w tej chwili nie ma żadnego
znaczenia, bo Ráhel pije przecież tylko herbatę. Poza starym
mlekiem i karmą dla kota nie znajduje jednak nic, co nadawałoby się
do spożycia przez kogokolwiek. Wrzuca rudzielcowi trochę jedzenia
do miski, a sam wychodzi na taras. Patrzy na zegarek, jest szósta
czterdzieści pięć. Słońce, które wzeszło kilkadziesiąt minut
temu, nie miało nawet okazji wyjrzeć zza chmur, które ciągle kłębiły się
nad miastem. Chociaż ubrany jest w t–shirt i krótkie spodenki, w
ogóle nie odczuwa zimna. Zresztą, jak ma zaprzątać sobie głowę
tym, co dzieje się w otaczającym go świecie, skoro cały jego
świat skumulowany jest w jednej osobie?
Zapala
papierosa.
Tak,
miał rzucić jeszcze przed wyjazdem do Madrytu. Ale miał się też
nigdy nie zakochać, a poniósł na tym polu naprawdę spektakularną
klęskę. Poza tym, zawsze gdy palił, łatwiej było mu zebrać
myśli. A teraz ma ich w głowie aż po sufit. I bardzo, bardzo chce,
żeby cały ten syf najlepiej posprzątał się sam. Dlaczego, do
kurwy, to wszystko nie mogłoby być choć trochę prostsze?
– Jestem
taka głupia. – z zamyślenia wyrywa go głos Ráhel, stojącej w
drzwiach i ubranej tylko w jego bluzę, która w zasadzie wygląda na
niej jak sukienka. Włosy upięła w niedbały kok, a na twarzy nie
ma ani grama makijażu.
Jest
piękna.
– Przestań.
Jesteś jedną z najmądrzejszych osób, jakie znam, zobaczysz, za
parę lat będziesz badać ten swój kosmos i zrobisz doktorat i... –
kompletnie nie wie, co miało znaczyć to zdanie, więc zaczyna pleść
od rzeczy, ale ona podchodzi do niego, wtula się w jego ramię i
mówi:
– Jestem
głupia, bo liczyłam na to, że gdy się obudzę, to okaże się, że
dzisiaj wcale nie nadeszło.
Nie
wie, co odpowiedzieć. Nagle budzi się w nim jakaś iskierka
nadziei, że może uczucia Ráhel wobec niego są podobne do tych,
które on ma względem niej i jego głowa, serce, całe ciało i
umysł znów zaczynają wariować.
– Co
dalej? – pyta po chwili, bo to jedyne, co jest w stanie z siebie
wydusić.
– Nie
wiem, Ádám. To wszystko przyszło tak szybko, ty masz piłkę, ja
ostatni rok w liceum, egzaminy na studia, ty będziesz tam, pewnie
zaraz zrobisz karierę, ja zostanę tutaj i będę się użerać ze
swoim życiem, a poza tym znamy się tak krótko, i chociaż naprawdę
chyba zaczynam czuć do ciebie coś więcej, to czy naprawdę teraz
musimy podejmować jakiekolwiek decyzje? – słowa wychodzą z jej
ust tak prędko niczym seria z karabinu maszynowego.
Przecież
wiesz, że ma rację. I tak nie zamierzałeś się jej chyba dzisiaj
oświadczyć.
Tak.
Potrzebują dużo więcej czasu by zdecydować, co będzie z nimi za
jakiś czas. Odległość, jaka ich podzieli będzie jednocześnie
prawdziwą próbą tego, co naprawdę zostało między nimi z
uczucia, które przecież pojawiło się na tyle niespodziewanie, że
równie niespodziewanie może się skończyć. Nie chce jednak
myśleć, że ich historia miałaby się kiedykolwiek kończyć.
Nie dopuszcza do siebie takiej możliwości, jednak teraz nie czas na
żadne deklaracje. Za wcześnie.
Przez
kilka chwil stoją objęci i patrzą na panoramę Budapesztu, i nawet
gdy z nieba zaczyna padać rzęsisty deszcz, niechętnie chowają się
w domu. Jednak czas płynie nieubłaganie i Ádám musi w końcu
wrócić do domu i przygotować się do podróży. Nie chce tego
robić – gdy bagaże będą już spakowane, a on wyruszy na
dworzec, nie będzie już odwrotu.
– Nie
jedź. Jeszcze nie teraz.
– Wiesz,
że muszę. Pociąg rusza o osiemnastej pięć. Keleti. Przyjedź.
Stoją
w progu domu i nie mogą oderwać od siebie wzroku. Gdy wreszcie
odwraca się, żeby wsiąść do samochodu, Ráhel łapie go za rękę,
przyciąga do siebie i całuje tak, jakby miałby to być ich ostatni
pocałunek.
I
gdy Ádám odjeżdża spod jej domu, to przez jeden króciutki
moment, jakąś nanosekundę dopada go myśl, że być może widział
ją właśnie ostatni raz.
*
2016
Wcale
nie jest jeszcze tak późno, żebyś nie mógł do niej zadzwonić.
Obraca
w dłoniach telefon, ciągle zastanawiając się, czy to na pewno
dobry pomysł. To, co doradzili mu jego bracia, to jedno, to, co sam
czuje, to drugie, ale to, jak zareaguje Ráhel, to już zupełnie
inna bajka.
Nie
ma pewności, że czeka na jego telefon, że odbierze, wysłucha, co
ma mu do powiedzenia, a następnego dnia spotkają się i padną
sobie w ramiona. Prawda jest taka, że takiego scenariusza nie bierze
nawet pod uwagę, przecież nie jest aż takim optymistą, ale
Vilmos ma rację. Jeśli nie powie jej tego, co czuje, to będzie
żałował dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy po wyjeździe do
Madrytu nie zrobił nic, kompletnie nic, żeby chociaż spróbować
jakoś się z nią skontaktować, zapytać dlaczego,
najzwyczajniej w świecie po prostu o nią zawalczyć.
Zegar
wybija dwudziestą trzecią.
Dzwoń.
Pierwszy
sygnał. Drugi. Trzeci. Cisza.
Próbuje
jeszcze raz. I jeszcze jeden.
Za
trzecim razem wydaje mu się, że słyszy jakiś hałas na korytarzu.
I znajomy dzwonek telefonu. Jej dzwonek.
Co
tu się, kurwa dzieje?
Puk,
puk, puk.
Otwiera
drzwi i widzi ją, stojącą w progu jego mieszkania, w dżinsach,
t–shircie, trampkach i skórzanej kurtce, która wygląda zupełnie
jak ta, jaką nosiła, gdy miała niecałe osiemnaście lat, z
zapłakaną twarzą i rozmazanym makijażem. Nie ma pojęcia, czemu
teraz, w chwili, w której próbował się do niej dodzwonić i
opowiedzieć wszystko, co do niej czuje, ona zjawia się w jego domu
i zalewa się łzami.
–
P-przepraszam,
że zawracam ci głowę, ale t-tak bardzo chcę ci wszystko
wytłumaczyć. Potem sobie pójdę.
– Nie
rozumiem. C-c-o ty chcesz mi tłumaczyć?
Cisza.
Jest
kompletnie zdezorientowany, patrzy na nią i czuje, jak wzbiera w nim
litość.
Wow,
stary, to nie ty tu toniesz we łzach, przestań się może jąkać?
Daj jej mówić.
– To
może nie będziesz chociaż robić tego w progu tylko wejdziesz i
usiądziesz, a ja zrobię ci coś do picia? Wyglądasz tak,
jakbyś potrzebowała kubka gorącej herbaty.
Zamyka
za nią drzwi, prowadzi do kuchni, sadza przy stole i wstawia wodę.
Ráhel wyciąga z kieszeni kurtki paczkę papierosów, zapala jednego
z nich i wbija wzrok w okno.
Oczywiście.
– Od
dwóch dni nie mogę przestać myśleć o tym, jak kurewsko skończoną
kretynką byłam, zostawiając cię wtedy i jak bardzo tego żałuję.
W–wydawało mi się, że to nie ma sensu, że jesteśmy jeszcze
dzieciakami, które nic nie wiedzą o życiu, p–poza tym myślałam,
że będę dla ciebie tylko niepotrzebnym balastem, bo po co komuś,
kto wyjeżdża robić karierę, jakaś dziewczyna gdzieś po drugiej
stronie kontynentu? – bierze od Ádáma kubek, który jej podaje –
Cały dzień, od momentu, w którym pojechałeś do domu, nie
potrafiłam myśleć o niczym innym jak tylko o tym, co powinnam
zrobić i naprawdę, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na
to, że jednak pojawię się na tym pieprzonym dworcu i pożegnam cię
jak trzeba, poznam twoją rodzinę a ty powiesz mi, że to tak szybko
zleci i za chwilę znowu się spotkamy i będziemy do siebie dzwonić
i pisać listy i będzie się wydawało, że Budapeszt i Madryt są
tak naprawdę na odległość ręki… Naprawdę byłam
przekonana, że powinniśmy razem być, tylko… – upija łyk
herbaty – tylko nagle przypomniałam sobie o tym, że przecież
jestem tylko piątym kołem u wozu, który zawsze wszystkim zawadza i
który tylko by ci przeszkadzał. Nie daj Boże okazałoby się
jeszcze, że za dużo o mnie myślisz i nie skupiałbyś się
wystarczająco na grze.
– Skąd
w ogóle przyszło ci to do głowy?!
–
Wiesz,
że miałam wtedy ciężki okres. W domu czułam się tylko jak
przestawiany i nikomu niepotrzebny mebel, więc w mojej małej i
głupiej główce zapaliła się czerwona lampka, która kazała mi
myśleć, że ty też na pewno będziesz tak o mnie myślał.
– NIGDY
nie pomyślałbym o tobie w taki sposób.
Wiesz to. Zawsze to wiedziałaś. – opiera się o kuchenną szafkę
i odwraca od dziewczyny wzrok.
– Chyba
nie chcesz mi powiedzieć, że sam nigdy nie słyszałeś w głowie
takiego piskliwego głosiku, który podpowiada ci największe bzdury,
o których doskonale wiesz, że nie są prawdą, ale robi to tak, że
trudno mu nie uwierzyć?
Przypomnij
sobie Euro, hm?
– Ile
my mieliśmy wtedy lat? Ty dziewiętnaście, a ja siedemnaście.
Myślisz, że łatwo uwierzyć w siebie nastolatce, która parę dni
wcześniej zastanawiała się jeszcze nad tym, czy nie odebrać sobie
życia? Nawet nie wiesz, jak dużo czasu zajęło mi pozbycie się tego poczucia. Nawet nie wiesz, jak długo myślałam, że wszystkie te złe
rzeczy, które mi się przytrafiły, były efektem tego, że tamtego
dnia po prostu potraktowałam cię jak kogoś nic dla mnie
nieznaczącego.
– Złe
rzeczy po prostu się wydarzają, Ráhel, a grzechy wybaczone nie
wymagają żadnej kary.
–
Wybaczone?
Myślałam, że takich rzeczy nie da się wybaczyć.
– No
chyba – przysiada się do niej – że się kogoś naprawdę kocha.
Ich
twarze znów są niebezpiecznie blisko siebie, jak tamtego wieczoru
na podłodze w jej pokoju. Patrzy w jej oczy i widzi takie same
iskry, jak te, którymi trzaskała w niego tamtej nocy.
– Nie
– mówi i wstaje z krzesła – to bez sensu.
– Co
jest bez sensu?
– To
wszystko. Niepotrzebnie tu przychodziłam, żaliłam się, przecież
to ja cię skrzywdziłam, przepraszam, że w ogóle odezwałam się do
ciebie, nie powinniśmy byli się spotykać, przez to narobiłam
sobie tylko mętliku w głowie… przepraszam – szybkim krokiem
kieruje się w stronę wyjścia, ale Ádám zrywa się z krzesła i
zatrzymuje ją w pół kroku.
– Czy
ty słyszysz co ty w ogóle wygadujesz? Cholera, przecież właśnie
powiedziałem ci, że ciągle cię kocham.
Za co chcesz mnie przepraszać? Nawet, gdyby teraz cię tutaj
nie było, ja i tak pewnie dzwoniłbym do skutku, żeby powiedzieć
ci to, co mam zamiar powiedzieć teraz: chcę z tobą być. Biorę na
klatę cały twój bagaż, nie mam do ciebie żalu. Na początku
chodziłem wkurwiony, nie mogłem sobie znaleźć miejsca,
traktowałem piłkę jak zło konieczne. Ale trudno, stało się. Sam
nie jestem bez winy, bo przecież mogłem się do ciebie odezwać,
wysłać głupi list albo po prostu zadzwonić, ale ująłem się
honorem i olałem sprawę. Nigdy potem do żadnej innej nie poczułem
tego, co do tej pory czuję do ciebie. Mógłbym do końca życia
oszukiwać się, że po prostu się do tego nie nadaję, że miłość
nie jest dla mnie, ale gdy wczoraj się spotkaliśmy, to uświadomiłem
sobie, że z żadną mi nie wyszło tylko dlatego, że żadna nie
była taka, jak ty. Dlatego czy mogłabyś przestać mnie
przepraszać, bo naprawdę nie masz za co,
wybaczyłem ci, kropka. Zamknięty rozdział.
Łapie
w dłoń jej drżący podbródek i przyciąga do siebie.
– No
chyba nie będziesz teraz znowu płakać.
Gdy
ją całuje, czuje na swoich wargach słony smak łez.
Bo
teraz płaczą już oboje.
A
potem się śmieją, a potem znów płaczą, całą noc siedzą,
rozmawiają, patrzą sobie w oczy, próbując nadrobić stracone
dziewięć lat, a gdy Ráhel nagle zasypia, on zanosi ją do
sypialni, otula kocem, a sam kładzie się obok niej, wtulając głowę
w jej ramię.
Nareszcie
wszystko jakoś się układa, nareszcie czuje w sobie spokój,
nareszcie jest mu po prostu dobrze.
*
2007
Po
powrocie do domu nie opłaca mu się nawet iść spać, bo jest ósma
rano, a ilość rzeczy, jaką ma do załatwienia tego dnia wydaje mu
się nieskończona. Jak zwykle na ostatnią chwilę.
Wszyscy
jeszcze śpią, w końcu jest niedziela, a w tej rodzinie w niedzielę
nikt nie zwleka się z łóżka przed dziesiątą, więc po cichu
wchodzi po schodach do swojego pokoju i zaczyna się pakować, a
właściwie wrzucać do walizki wszystkie swoje rzeczy, ale nie jest
w stanie nawet skupić się na takiej, w miarę prostej czynności.
Próbuje na chwilę odwrócić uwagę od Ráhel, ostatniej nocy,
uczuć i tego, jak bardzo nie chce dziś stąd wyjeżdżać.
Nie
potrafi.
Liczy
na to, że prysznic porządnie go obudzi i chociaż na chwilę da mu
wytchnienie od tych wszystkich myśli, które aż gotują się w jego
głowie, ale gdy czuje pierwszy strumień wody, uderzający o jego
skórę, przypomina sobie jej dotyk i chce krzyczeć, aż zabraknie
mu powietrza w płucach, i z całej tej bezsilności po prostu
pozwala łzom napłynąć do oczu.
Tego
dnia wyleje ich jeszcze wiele.
Deszcz
nie przestaje padać. Gdy schodzi do kuchni, żeby coś zjeść, przy
stole siedzi już czekająca na niego mama.
– Późno
wróciłeś? Nie wyglądasz na wyspanego.
– Nie,
spałem jak zabity, ale wiesz, stresuję się całym tym wyjazdem.
Nienawidzi
oszukiwać matki, ale co innego miałby jej powiedzieć?
– Wiesz
co, spakowałem się już, a mam do załatwienia jeszcze parę spraw,
no i pomyślałem sobie, że przed wyjazdem wpadnę jeszcze do
dziadków, bardzo się na mnie obrazisz, jeśli za chwilę znowu
sobie pojadę?
– Daj
spokój, synku, — mama uśmiecha się lekko – przecież wiem,
jesteś już dorosły.
Wstawia
kubek do zlewu, a wychodząc z kuchni, przemyka obok mamy i całuje
ją w policzek.
I
już go nie ma.
Gdy
rano jechał do domu, w jego głowie pojawiła się myśl, że chyba
powinien dać Ráhel jakiś prezent.
Przecież
nie jesteś panną zostawiającą swojego rycerza, wyruszającego na
wojnę, chyba jest wręcz przeciwnie? To ona powinna oddać ci swoją
wstążkę czy coś.
O
Jezu, zamknij się wreszcie.
Nie
ma zielonego pojęcia, co mógłby jej dać, więc po wizycie u
dziadków skręca na Váci
utcę. Zupełnie
bez sensu zaczyna snuć się po wszystkich sklepach i przedzierać
się przez tłum turystów kupujących pocztówki, koszulki i inne
pamiątki, których przeznaczeniem ma być jedynie zbieranie kurzu na
półkach ich domów.
Nigdy
nie był szczególnie
religijny,
ale teraz przechodzi obok kościoła i myśli, że może gdy się
pomodli, to Bóg, który podobno spełnia ludzkie prośby, sprawi, że
to wszystko się poukłada.
Siada
w ostatnim rzędzie, ale gdy próbuje się wyciszyć, wszystkie
skołtunione myśli znowu zalewają go, a pod powiekami czuje piekące
łzy. Natychmiast wychodzi.
Snuje
się tak bez celu, aż wreszcie jego uwagę
zwraca
niewielki srebrny wisiorek w kształcie zwiniętego w rogalik
księżyca. Chciałaby tam polecieć? Na razie będzie musiało jej
wystarczyć, że będzie go zawsze miała przy sobie.
Kurwa,
ty romantyku.
Czy
nie mówiłem ci, że masz się zamknąć?
Zadowolony
wraca do domu z niewielkim pakunkiem w kieszeni. Chwilę później
wkłada go do bocznej kieszeni plecaka, do którego spakował
wszystkie rzeczy, które nie zmieściły mu się do walizki.
Tyle
rzeczy dzieje się dookoła. Mama gotuje obiad, bracia grają na
playstation, ktoś coś do niego mówi, ale w zasadzie nic do niego
nie dociera, odbywa się gdzieś zupełnie obok.
Patrzy
na spakowany bagaż i zaczyna odliczać godziny do wyjazdu. Nie może
znaleźć sobie miejsca, dlatego kładzie się na swoim łóżku i po
prostu patrzy w sufit. Nigdy nie czuł tylu rzeczy naraz. Tak
strasznie cieszy się, że wreszcie trafi do Madrytu, że spełni
swoje marzenie i będzie coraz lepszym piłkarzem, a jednocześnie
tak bardzo chce płakać, bo wie co musi zostawić za sobą, tutaj, w
Budapeszcie.
Przecież
jeszcze się zobaczycie. Całkiem niedługo.
–
Pojadę
sam – oznajmia, wychodząc ze swojego pokoju jakieś dwie godziny
przed odjazdem pociągu – tato, czy mógłbyś mnie tylko
podwieźć na przystanek?
–
Synku…
– zaczyna mama.
–
Pojadę
sam, pożegnamy się tutaj.
Z
okien tramwaju, a potem autobusu patrzy na swoje miasto, na powoli
zaczynające zmieniać swój kolor liście, na ludzi stojących w
kolejce do kina, dzieci bawiące się na podwórkach i wlekące się
po ulicy samochody.
Jak
to wszystko zostawić?
Po
drugiej stronie Europy czeka na niego zupełnie inne życie. Nowe
przyzwyczajenia, nowi znajomi, prawdziwe sportowe życie, a jednak to
tu najprawdopodobniej zostanie jego serce. Wysiada z autobusu, tocząc
za sobą wielką walizkę, a jego oczom ukazuje się majestatyczny
budynek dworca Keleti.
Dworzec
jak zawsze pęka w szwach. Niezależnie od dnia tygodnia czy godziny,
zawsze wypełniony jest pasażerami czekającymi na swój pociąg.
Gdy
był dzieciakiem, czasem przesiadywał tu i patrzył na
przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi, zastanawiając się nad
tym, ile ludzkich historii, rozstań i powrotów, ludzi, którzy
szukali szczęścia w Budapeszcie, sprzedanych langoszy i
przemyconych śrubokrętów widziały te wszystkie ściany, podziemne
przejścia i perony. Teraz, gdy jest już trochę starszy i sam
uczestniczy w tym szalonym pędzie, nie ma już czasu na obserwowanie
ludzi i wymyślanie historii do tych skrawków ich życia, które
rozgrywają się na każdym z peronów.
Dziś
przyjechał na tyle wcześniej, żeby móc się jeszcze nacieszyć
tym widokiem. Patrzy na wszystkich dookoła i zastanawia się, ilu z
nich dziś rozstanie się ze swoimi bliskimi, a ilu radośnie swoich
ukochanych przywita. Chce być dziś jednym z tych szczęściarzy,
którego żegna ktoś, kto na pewno, gdy wróci, będzie na niego
czekać.
Będzie
sam.
Jest
siedemnasta czterdzieści pięć. Powinna już tu być.
Przyjdzie.
Siedemnasta
pięćdziesiąt.
Pociąg
do stacji Stuttgart stoi na torze trzecim przy peronie siódmym.
Siedemnasta
pięćdziesiąt pięć. Musi biec na swój peron, ale czeka jeszcze
chwilę, rozglądając się na wszystkie strony. Może gdzieś tu
jest, może po prostu w tym tłumie ona też nie może go znaleźć.
Nigdzie nie widzi jej twarzy.
Osiemnasta.
Zrezygnowany wsiada do pociągu, odnajduje swój przedział, siada,
wygląda przez okno. Ani śladu Ráhel. Jakaś część jego
świadomości mówi mu, że to było do przewidzenia, że cała ta
znajomość wydawała się zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
Ale on nie chce wierzyć, że to już koniec, że zostawiła go w
najważniejszym momencie,
tak,
jakby cały poprzedni tydzień zupełnie się nie wydarzył, jakby
poprzednia noc, ba, nawet słowa, które wypowiedzieli dziś
rano nie
miały dla niej żadnego znaczenia.
Wyciąga
z kieszeni telefon i natychmiast kasuje jej numer telefonu.
Pociąg
powoli rusza z miejsca. Ospale pełznie po szynach, lecz gdy tylko
opuszcza peron, przyspiesza i z początku spokojny, miarowy stukot
kół przybiera na sile i prędkości, jak metronom wyznaczając rytm
jego myśli.
Patrzy
przez okno, ale budynki i ulice, które mija, wydają mu się jedynie
zbitą, szarą, bezkształtną masą, spuszcza więc głowę i
próbuje jakoś zablokować napierający natłok myśli.
Zasypia.
Obudzi
się dopiero na węgiersko–austriackiej granicy.
*
2016
Powoli
podnosi jedną powiekę.
Ráhel
leży tuż obok i wpatruje się w niego swoim spokojnym wzrokiem.
Podnosi
drugą powiekę.
Naprawdę
myślałeś, że to wszystko tylko ci się przyśniło?
Kosmyk
włosów spada jej na twarz.
Nie
może przestać się uśmiechać. Jeszcze dwa dni temu nie śmiał
nawet myśleć o tym, że kiedyś znowu obudzi się u jej boku, a
teraz ma ją przy sobie, może jej dotknąć, i być pewnym, że nie
rozpłynie się jak jakiś sen.
–
I
co teraz? – pyta.
–
Och,
Szalai – Ráhel przewraca oczami – czy ty zawsze musisz zadawać
to idiotyczne pytanie? Wszystko psujesz! – oboje zanoszą się
śmiechem – Ale myślę, że jeśli chcemy dać nam szansę, to
powinniśmy zacząć wszystko od początku.
–
Czy
to znaczy, że chcesz, żebym znowu rzucił się pod tramwaj? To
trochę poczekasz, przecież most jest teraz zamknięty. A wiesz…
ja nie za bardzo mam ochotę czekać. Zmarnowaliśmy za dużo czasu –
przyciąga ją do siebie.
–
Ty
głupku.
–
Chodzi
mi po prostu o to, że nawet, jeśli teraz zdecydujemy, że
będziemy razem, to ja, przynajmniej do końca tego kontraktu, i tak
będę mieszkał zagranicą, a ty będziesz tu, żeby skończyć
studia, a jeśli zdecydujesz się na doktorat…
–
Ale
ty jesteś w gorącej wodzie kąpany.
–
Nie
jestem, po prostu…
–
Jesteś,
jesteś. – całuje go w czoło, wyślizguje się z jego objęć i
wstaje z łóżka – Mamy przecież tyle czasu, coś wymyślimy. A
teraz wstawaj. Nie będziemy tu leżeć cały dzień.
Spacerują
po mieście, nigdzie się nie spiesząc, zaglądają do miejsc, po
których chodzili, gdy oboje byli jeszcze dzieciakami i wspominają
swoje rozmowy, przesiadywanie na schodach Bazyliki, wspinaczkę na
pomnik na Placu Bohaterów, wylegiwanie się w słońcu… Gdy
pierwszy raz przyjechał z Madrytu, za wszelką cenę starał się
tych miejsc unikać, co oczywiście było bardzo trudne, jak bowiem
nagle ominąć pół miasta, z czasem jednak wyrobił w sobie jakiś
mechanizm obronny, który pozwalał mu nie myśleć o wszystkich
wspomnieniach związanych z tamtym szalony tygodniem. A potem po
prostu zapomniał. Teraz myśli sobie, że powinien chyba dać im
szansę i spojrzeć na nie zupełnie nowymi oczami – oczami
zakochanego człowieka.
Stoją
na Moście Wolności i patrzą na panoramę miasta, skąpaną w
letnim, powoli zachodzącym słońcu. Jest późne popołudnie,
–
To
musiało się tak skończyć, prawda? – pyta go Ráhel.
–
Jak?
– odpowiada zaskoczony.
–
Tak,
że stoimy tutaj, w miejscu, gdzie się poznaliśmy, i znowu
zaczynamy wszystko od nowa.
–
To
chyba zależy od tego, czy wierzy się w przeznaczenie.
–
A
ty wierzysz?
–
Myślę…
myślę, że jeśli w prawie dwumilionowym mieście dwójka ludzi
niby przypadkiem wpada na siebie więcej niż jeden raz, to coś musi
być na rzeczy.
Odwraca
się do niej, łapie ją w talii i przyciąga do siebie.
–
Wiesz
co – zaczyna – ale może przyjechałabyś na jakieś stypendium
do Heidelbergu? Coś na pewno uda się załatwić. Uruchomię jakieś
znajomości czy coś…
–
Kretyn.
O czym mieliśmy nie rozmawiać?
– pyta roześmiana.
Nigdy
nie będzie miał dość ciepła, jakie rozchodzi się w jego ciele,
ani gromad supernowych, które wybuchają w jego głowie, gdy tylko
ich usta się stykają.
–
Nie
rozumiem – mówi, gdy po chwili (która obojgu wydaje się trwać
całą wieczność) odsuwają się od siebie – dlaczego tak bardzo
nie chcesz rozmawiać o przyszłości? Przecież w końcu i tak
będziemy musieli przez to przejść.
–
Tak,
wiem, tylko widzisz… przez te parę lat nazbierało się w moim
życiu tyle syfu. Za dużo myślałam o tym, co będzie, i skutecznie
psułam to, co miałam w danej chwili. A teraz… spójrz na nas. Czy
przez kilka pierwszych dni nie moglibyśmy po prostu cieszyć się
sobą? Pomyśl. Przecież tu i teraz mam zbyt wiele do stracenia, bym
mogła przejmować się tym, co będzie jutro.
***
–
Nie
lubię, jak wyjeżdżasz na te swoje konferencje – mruczy
jej
do ucha na pełnym ludzi peronie czwartym
dworca
Kelenföld.
–
A
ja, gdy musisz wracać do tej swojej piłki – uśmiecha się.
–
Ale
ja niedługo wracam tu na stałe.
–
A
twoja przyszła żona przed nowym nazwiskiem
niedługo
będzie
mogła dopisać sobie d i
r.
Pociąg
Railjet ze stacji Budapeszt-Kelenföld
do stacji München Haupbahnhof przez stacje Tatabánya,
Győr, Wien, Sankt Pölten, Linz, Salzburg stoi na torze
dwunasty przy peronie czwartym.
–
P–przyszła
żona?
–
No,
przecież sam wczoraj stwierdziłeś, że moglibyśmy już wziąć
ślub. W sumie, jak tak o tym pomyślę, to masz rację. Wracam z
Wiednia i oczekuję pierścionka!
–
Na
pierścionek z kamieniem z meteorytu trzeba poczekać trochę dłużej
niż dwa dni.
–
Na
co?
–
Na
to, co słyszałaś. Zgodnie ze złożonym przeze mnie zamówieniem
powinienem oświadczyć ci się za jakieś dziewięć dni –
trzymają się za ręce i powoli ruszają w stronę pociągu,
czekającego na gwizdek konduktora, dającego znak, że czas
odjeżdżać – a ty powiesz „tak”.
–
Powiem.
–
I
ustalimy datę ślubu.
–
Hmm,
może początek sierpnia?
–
Sprzedamy
oba mieszkania.
–
I
wybudujemy ogromny dom.
–
I
zaplanujemy podróż poślubną.
–
A
nie możemy pojechać w podróż przedślubną?
–
Możemy
pojechać w podróż przedślubną, a potem w podróż poślubną. Po
co się ograniczać?
–
Najlepiej
gdzieś, gdzie jest bardzo, bardzo ciepło.
–
Hiszpania?
–
Ale
ominiemy Madryt szerokim łukiem, co?
–
Madryt?
Widziałem. Nic ciekawego.
–
To
może Barcelona?
–
Powiedzmy,
że o tym pomyślę.
–
A
teraz puść moją rękę, bo muszę wreszcie wsiąść do pociągu.
–
Najpierw
cię pocałuję.
Przyciąga
ją do siebie tak mocno i tak gwałtownie, jakby nie chciał jej
nigdzie puścić, a potem całuje na pożegnanie.
Gdy
pociąg odjeżdża, on przez chwilę stoi jeszcze na peronie, zamyka
oczy i w wyobraźni widzi już chwilę, gdy za dwa dni odbierze ją z
tego samego dworca i znów nie będzie się mógł na nią napatrzeć.
Widzi ich wspólną przyszłość, dzieci, dzień, w którym
wprowadzają się do swojego nowego domu. Obronę jej rozprawy
doktorskiej, ślub, wszystkie lata, które jeszcze są przed nimi.
Same piękne dni.
Jakiś
czas temu nie pomyślałby nawet, że będzie pragnął takich
rzeczy. Dziś jest pewny, że właśnie na nie czekał całe życie.
Strach
przed przyszłością? Ich już nie dotyczy.
Do
oczu napływają mu łzy szczęścia.
budapeszt
– jastarnia – radom – kraków,
5
viii 2016 – 7 xi 2016
_______
ponad
siedem miesięcy od ostatniego tekstu, trzy miesiące pisania tego.
nie powiem, że jestem zadowolona, bo to miasto i ten człowiek
prawdopodobnie zawsze będą zasługiwać na trochę więcej. poza
tym... nie, nieważne.
pozwoliłam
sobie, trochę po bucersku, dodać budapeszt do listy miejsc, w
których ten tekst powstawał, bo przecież to tam na głos
stwierdziłam: "i wiesz, on ją spotka, ale jej nie pozna",
to gdy siedziałyśmy na moście wolności cała ta historia tak
naprawdę zaczęła się kręcić na dobre, a do tego także tam
wymyśliłam kilka zdań, które w głowie wierciły mi się tak
długo, aż wreszcie przelałam je na papier.
grupko
ludzi, która wierzyła w to, że ten tekst jednak powstanie. dzięki.
parę
tu takich osobistych prztyczków, gdy czytałam to ostatni raz, nie
myślałam, że udało mi się upchnąć ich tak dużo.