piątek, 1 kwietnia 2016

tylko zwycięstwo jest piękne


dla pau

i

all hail the new kids

Masz dopiero osiem lat, ale na pytanie kim chciałbyś zostać w przyszłości śmiało i zdecydowanie odpowiadasz – biathlonistą. Wszyscy dorośli trochę się z ciebie podśmiewają, jak to z dzieciaka, który o swoich planach na przyszłość zawsze opowiada z pełnym przekonaniem, bo wiedzą, że życie z tymi planami i tak zrobi co chce, z drugiej jednak strony doceniają twój upór w dążeniu do zrealizowania swojego dziecięcego marzenia. Świat biathlonu wydaje ci się bowiem jakąś niebiańską krainą, której osiągnięcie stało się twoją ambicją, planem i celem. Pomimo tego, że regularnie chodzisz na treningi do małego miejscowego klubu sportowego, w każdej wolnej chwili i tak wyciągasz tatę na narty. Nie możesz przestać rozprawiać o tym, co działo się na treningu, jak super ci się jeździło i jak bardzo cieszysz się, że razem z rodzicami wpadliście na pomysł, żeby zapisać się na takie a nie inne zajęcia sportowe. Ty mały, podekscytowany, niczego nieświadomy dzieciaku. Nigdy nie przestaniesz kochać tego sportu, co wcale nie oznacza, że nie będziesz go jeszcze przeklinać.

Masz dwanaście lat i nie wyobrażasz sobie życia bez nart i bez twojego młodszego brata, który jest twoim najlepszym przyjacielem. Cieszy cię, że tak jak ty, pokochał biegi, i że tak jak ty, chce poświęcić swoje życie sportowi. Często gdy razem się bawicie albo trenujecie, udajecie, że jesteście już dorośli i razem stajecie na podium. To wasze wspólne braterskie marzenie – zawsze być razem. Zawsze być najlepszymi. Zresztą, obaj jak na swój wiek jesteście bardzo dojrzali. Wasi koledzy i ich bracia raczej kłócą się o to, kto będzie bawił się ulubioną zabawką, wy zaś zawsze zgodnie dzielicie się ze sobą wszystkim, co macie. Gdy inni udają, że są na wojnie i strzelają do siebie nawzajem, wy zawsze strzelacie do jednego celu. Jasne, zdarzają wam się sprzeczki, zawsze jednak pamiętacie, że jesteście braćmi, a bracia zawsze trzymają się razem. Inne dzieciaki, chociaż bardzo was lubią, to trochę się z was śmieją, ale nie za bardzo się tym przejmujecie. W końcu – macie siebie. I jeszcze jednego brata, tego najmłodszego, młodszego od ciebie całe sześć lat, prawdziwe oczko w głowie mamy. On trzyma się trochę z boku. Chyba tak po dziecięcemu jest trochę zazdrosny o waszą relację. Sport wcale go nie interesuje, co sprawia, że nie potrafi znaleźć z wami wspólnego języka. Jednak, jak na najstarszego brata przystało, i tak otaczasz go opieką. Nie chcesz, by czuł się samotny, dlatego, gdy tylko widzisz, że sam ma na to ochotę, zapraszasz go do wspólnej zabawy. Mija trochę czasu i stajecie się nierozłączni. Razem bawicie się, razem rozrabiacie. A każdego ranka powtarzacie ten sam rozkoszny obrazek – gdy razem w szeregu drepczecie do szkoły, wyglądacie jak trzej mali muszkieterowie. Zapamiętaj go, bo przyjdzie taki czas, że za powrót do tamtych chwil oddałbyś naprawdę wszystko.

Jesteś szesnastolatkiem i właśnie po raz pierwszy w życiu usłyszałeś, że tylko zwycięstwo jest piękne. To hasło wydaje się idealnie pasować do twojego charakteru. Doskonale wiesz, czego chcesz, ambicja jest twoją wizytówką, a twoje nazwisko już teraz kojarzy się w świecie biathlonu przede wszystkim z ciężką pracą. Nie wiesz jeszcze, że ta sama ambicja kiedyś okaże się twoją zgubą, więc nie ustępujesz. Na każdym treningu dajesz z siebie wszystko, bo wiesz, że tylko tak jesteś w stanie osiągnąć cel, który sobie postawiłeś. Będziesz najlepszy. W tym czasie zaczynasz powoli odczuwać rywalizację, jaka rodzi się między tobą a twoim młodszym bratem. Gdzieś zgubiliście radość z przebywania razem, a więź między wami zaczęła się rozluźniać. Być może wynika to z tego, że podczas gdy ty uważasz się już za prawie dorosłego, on ciągle pozostaje dzieciakiem. Sam zaczynasz powoli snuć plany na przyszłość – poza byciem sportowcem chciałbyś też wstąpić do wojska, pojawia się dziewczyna, w której chyba jesteś trochę zakochany, zaś wszystkie problemy, które trapią twojego brata zaczynają wydawać ci się tylko dziecinnymi błahostkami. A może po prostu kiełkuje w tobie poczucie zagrożenia, bo ten dzieciak coraz częściej okazuje się być lepszy od ciebie nie tylko w biegach, ale także w strzelaniu? Czujesz jego oddech na swoich plecach i obawiasz się, że przyjdzie taki czas, gdy to on będzie tym lepszym z braci. Za każdym razem jednak, gdy takie myśli pojawiają się w twojej głowie, szybko starasz się je odgonić. Czysty umysł i pełne skupienie – to tego potrzebujesz, aby osiągnąć swój cel, a jakikolwiek konflikt w waszej rodzinie prawdopodobnie bardzo utrudniłby i tobie, i twojemu bratu pracę nad waszą formą. Ciągle poza tym uważasz, że rodzina jest najważniejsza i że nic nie jest warte narażania dobrych w niej relacji. Zabawne, jak w przyszłości twój światopogląd, przynajmniej na chwilę, obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.

I co, mistrzu świata juniorów roku dwa tysiące trzeciego, pewnie cieszyłbyś się z tego medalu bardziej, gdybyś następnego dnia tak koncertowo nie spieprzył sztafety? Pamiętaj, masz dopiero dziewiętnaście lat i musisz dać sobie trochę czasu. Jesteś zbyt młody na to, by zawsze prezentować optymalną formę. Taki z ciebie nie do końca oszlifowany diament, który ciągle nabiera swojego ostatecznego kształtu. Chcesz wygrywać? Zachowaj zimną głowę i poczekaj. Wiesz, jak jest. Przecież każdy na coś czeka.


ii

now the old king is dead, long live the king


Odkąd Martin zdobył swój pierwszy medal olimpijski na igrzyskach w Vancouver, zawsze czułeś się trochę gorszy. Oczywiście zdawałeś sobie sprawę z tego, w jak dobrej formie był, gdy wyjeżdżaliście do Kanady, kibicowałeś mu, w końcu jest twoim bratem, którego kochasz. Jednak to ty nazywany byłeś liderem całej drużyny. To ty osiągałeś najlepsze wyniki, to ty miałeś zdobywać medale. Do Francji wróciłeś z niczym.
Niełatwo było ci ukryć złość. Za każdym razem, gdy ktokolwiek z dziennikarzy czy znajomych zadawał kolejne pytania o twojego brata, czułeś znajome ukłucie zazdrości. Oczywiście nie mijałeś się z prawdą, gdy opowiadałeś, jak dumny jesteś i jak bardzo cieszysz się z sukcesu Martina. Od zawsze wiedziałeś, że przyjdzie taki moment, w którym twój brat stanie się piekielnie dobrym zawodnikiem. Wspominałeś wasze wspólne treningi i to, jak świetnie radził sobie i na trasie, i na strzelnicy, i szczerze mówiąc na pewno zdziwiłbyś się, gdyby zamiast piąć się na szczyt biathlonowego świata, on zacząłby staczać się na jego dno. Zawsze był wytrzymały, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, dlatego zdawałeś sobie sprawę z tego, że sukcesy takie jak ten z Vancouver były tylko kwestią czasu. Nie spodziewałeś się tylko tego, że nastąpią one tak szybko.
Przez cały czas trwania igrzysk czułeś się doskonale i naprawdę, do tej pory nie potrafisz wytłumaczyć sobie tego, co się stało. A jednak – co za cholerna porażka.
Poczułeś się jak król strącony z tronu. Uwaga wszystkich odwróciła się od ciebie i skupiła się na Martinie, a ty nie potrafiłeś sobie z tym poradzić. Przemawiała przez ciebie zazdrość i nieumiejętność pogodzenia się z własną porażką. Miałeś być najlepszy, a spieprzyłeś. Tylko zwycięstwo jest piękne? To prawda, szkoda tylko, że to nie ty doświadczyłeś tego uczucia.
Odsunąłeś się od brata, przerywając więź, którą tak skrzętnie pielęgnowaliście przez wszystkie lata waszego życia. Miałeś wrażenie, że z chwilą zdobycia przez Martina tego cholernego srebra, przestaliście być równymi sobie. W głowie ciągle kołatały ci się myśli o waszym wspólnym marzeniu, żeby zawsze iść ramię w ramię, jednak teraz to on stał się tym lepszym bratem, a ty musiałeś usunąć się w jego cień.
Ciężko jest spadać, prawda?
Jest rok dwa tysiące dwunasty, a ty ciągle dusisz w sobie negatywne emocje. Za każdym razem, gdy odwiedzasz rodziców z okazji kolejnych rodzinnych uroczystości, a rozmowa schodzi na temat kolejnych sukcesów Martina mocno zaciskasz zęby, byle tylko nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. Paradoksalnie – mimo wszystko naprawdę cieszysz się z tego, jak dobrze wiedzie się twojemu młodszemu bratu, jednak w twojej głowie ciągle dominuje poczucie porażki. Dopiero gdy Martin czując, że coś jest nie tak pod pretekstem zwykłej rozmowy prosi cię o pomoc w porządkowaniu strychu rodziców, wybuchasz. Krzyczysz tak, jak jeszcze nigdy dotąd, wyrzucając z siebie wszystko, co nagromadziło się w tobie przez ostatnie dwa lata. Masz ochotę wydzierać się na cały dom, czujesz, że jeszcze chwila, a byłbyś w stanie uderzyć brata. Nie obchodzi cię to, że, biorąc pod uwagę jego temperament, właśnie uruchomiłeś lawinę słów, która zaraz na ciebie spadnie. Jesteś przekonany, że to cię właśnie czeka, że usłyszysz milion usprawiedliwień,. Tymczasem Martin, zupełnie nie jak on, spokojnie słucha tego, co masz mu do powiedzenia. Nie wiesz, jak to jest. Zabrałeś mi wszystko, o co walczyłem od dzieciństwa. Jak się teraz czujesz, pławiąc się w blasku reflektorów, jednocześnie pozbawiając mnie mojego marzenia?! Nie wiem, czy po tym, co się stało, dalej kocham cię tak mocno, jak jeszcze kilka lat temu. Zaczynasz płakać, tak, jak płacze małe dziecko, gdy zauważa, że zostało samo i nie ma do kogo się zwrócić, ale w tym samym momencie czujesz na ramieniu silną dłoń brata, któremu udaje się wydobyć z siebie tylko dlaczego ty ciągle zapominasz, że przecież to tobie zawdzięczam to wszystko?
Przez te dwa lata ani razu nie pomyślałeś o tym, że być może właśnie takiego momentu było ci potrzeba. Może po prostu chciałeś usłyszeć, że twój brat, niezależnie od tego, jak bardzo różnie potoczyły się wasze biathlonowe ścieżki, on ciągle uważa cię za kogoś, kto jest mu potrzebny, za swoje wsparcie? I że będzie ci dopingował zarówno wtedy, gdy będziesz na szczycie, jak i wtedy, gdy będziesz odbijał się od dna? Usłyszałeś. I masz pewność, że teraz będzie już tylko lepiej.


iii

my body is a cage


Tak naprawdę sam nie wiesz, kiedy nadszedł moment, w którym poczułeś, że wszystko znów zaczyna się sypać. Cała twoja kariera zawsze wydawała się jedną wielką sinusoidą, na której przeplatały się chwile całkiem dobre i te dużo gorsze, ale poprzedni sezon zakończyłeś przecież na niezłym jedenastym miejscu, na mistrzostwach świata dwa razy otarłeś się o podium, razem ze sztafetą zdobyliście brązowy medal. Nic nie wskazywało na to, żeby przyszły sezon miał przynieść ci takie rozczarowanie. Spędziłeś ekstra wakacje, na których naprawdę odpocząłeś, trenowałeś ile tylko mogłeś, a wszystkie osiągane rezultaty naprawdę cię cieszyły. A jednak – z zawodów na zawody szło ci się coraz gorzej. Czułeś, że pomimo tego, że na treningach wszystko wydawało się być w porządku, na zawodach działo się coś, czego nie potrafiłeś do końca nazwać. W twojej głowie pojawiały się myśli, które, gdy tylko stawałeś na starcie, zaczynały paraliżować całe twoje ciało. Stres. Ciągle powtarzałeś sobie to słowo, usiłując usprawiedliwić nim każdy nieudany występ. To minie. Jednak kompletnie nie potrafiłeś stawić czoła swojej psychice, pozwalając jej na psucie twojego dobrego samopoczucia.
Kiedy wreszcie przyszedł czas na mistrzostwa świata w Oslo, miałeś nadzieję, że to właśnie tam wszystko się zmieni. Nie oczekiwałeś cudu – doskonale wiedziałeś, że przecież wielu jest lepszych od ciebie. Ale po udanym zgrupowaniu całej reprezentacji po cichu liczyłeś na to, że wreszcie będzie dobrze. Popełniłeś jednak jeden potworny błąd. Wszystkie myśli, stres i problemy zepchnąłeś do jednego kąta w swojej głowie, zamykając je na kłódkę i wyrzucając klucz, zupełnie nie myśląc o tym, że gdy nagromadzi się ich zbyt wiele, kłódka ta pęknie, a zbyt mocno naciągnięta w twoim mózgu struna pęknie i uruchomi lawinę, jakiej w życiu byś się nie spodziewał.
Dziesiąte miejsce w biegu na dwadzieścia kilometrów to twój najlepszy wynik i nie udaje ci się zakwalifikować do biegu masowego.
Sztafeta jest zatem ostatnim wyścigiem, w którym wystartujesz na tych mistrzostwach. Wiesz, że skrewiłeś już wystarczająco wiele razy, i że musisz dać z siebie wszystko, żeby nie zawieść ani swojego brata, ani innych kumpli z drużyny, kibiców, ale, co najważniejsze – ciebie samego.
Kiedy tuż po usłyszeniu sygnału startujesz, czujesz, że możesz dziś wszystko. Twój bieg jest całkiem niezły, narty nie sprawiają żadnych kłopotów. Bez problemu wyprzedzasz innych zawodników, a gdy dobiegasz na strzelnicę po raz pierwszy, jesteś całkiem spokojny.
Wystarczy chwila nieuwagi, jeden błędny strzał, by stres przejął kontrolę nad całym twoim ciałem.
Ogarnia cię panika, a w głowie pojawia się ta potworna myśl, że przecież jeśli teraz wszystko spieprzysz, brak medalu dla drużyny będzie tylko i wyłącznie twoją winą. Myśl, która zagłusza twój zdrowy rozsądek, który próbuje podpowiadać ci, że sztafeta to przecież dyscyplina zespołowa, i że nie wszystko jeszcze stracone, bo po tobie pobiegnie jeszcze trzech twoich kolegów. Ciche nie dasz rady z tyłu głowy zaczyna przybierać na sile, nawet wtedy, gdy po dobraniu amunicji od razu udaje ci się trafić do celu, którego chybiłeś za pierwszym razem. Wybiegasz ze strzelnicy jako dwunasty, ale szybko udaje ci się dogonić czoło stawki. Biegniesz tak, jakby od tego zależało twoje życie. Jakiś głos podpowiada ci, że przecież wszystko jest jeszcze możliwe, jednak skutecznie zagłusza go zwątpienie i myśl, że to przecież nie może się udać. Powoli zaczynasz odczuwać, jak karabin na twoich plecach staje się nienaturalnie ciężki, utrudniając ci swobodny bieg. Czujesz, jak drżą ci ręce, gdy rozpoczynasz drugie strzelanie. Pudło. Spokojnie, dobierzesz. Następne. Ciągle masz przecież szanse. Gdy inni zawodnicy z czołówki kończą strzelać, ty zostajesz sam. Dwa cele, dwa naboje. Czujesz się obserwowany przez wszystkich, zaczynasz panikować. Chciałbyś krzyczeć, masz jednak świadomość tego, że nie możesz. Wiesz, że od tego, co teraz się stanie, prawdopodobnie zależy medal dla twojej drużyny. Masz piekielnie dużo szczęścia, bo ostatnie dwa krążki zasłaniasz bez problemu, co oznacza, że unikniesz karnej rundy. Po tym strzelaniu plasujesz się jednak dopiero na osiemnastym miejscu. Mógłbyś jeszcze dać radę ścigać się o jak najlepsze miejsce podczas zmiany, powoli zaczynasz jednak odczuwać, jak nogi odmawiają ci posłuszeństwa. Jeszcze trochę. Zbierasz ostatki sił. Przez głowę przebiega ci myśl o tym, że przecież nigdy nie miałeś problemu z szybkim przebiegnięciem siedmiu i pół kilometra. Na metę dobiegasz na jedenastym miejscu, szybko dotykasz ramienia Simona i zrzucasz narty. Jesteś takim rozczarowaniem.
Ostatecznie Francja kończy sztafetę na dziewiątym miejscu. Jesteś wściekły. Nie pomaga ci nawet informacja, że na twojej zmianie osiągnąłeś drugi wynik pod względem prędkości biegu. I tak wszystkich rozczarowałeś.
Pamiętasz, jak jako mały chłopiec szukałeś w biathlonie swojego nieba? Prawda jest taka, że w twojej głowie dopiero rozpocznie się prawdziwe piekło.

iv

so i run not to live things they say could restore me,
restore life the way it should be


Powoli otwierasz oczy i czujesz, jak promienie słońca palą twoje źrenice. Patrzysz na zegarek, jest prawie jedenasta. No tak, nie pamiętasz, o której się położyłeś, czy wróciłeś do domu sam i z kim spędziłeś całą noc. Z trudem próbujesz wstać z łóżka, ale zawroty głowy powodują, że za chwilę znowu musisz się położyć. Słyszysz dzwonek telefonu, jednak nie wiesz, skąd dochodzi, więc znowu podnosisz się, chwytasz leżącą na podłodze butelkę i upijasz łyk wody. Sygnał milknie, a ty w dalszym ciągu nerwowo szukasz komórki. Gdy znajdujesz ją pod stosem ubrań, które zrzuciłeś z siebie w nocy, odkrywasz ilość nieodebranych połączeń. Matka – dwa. Brice – cztery. Martin – trzynaście. Jeden sms.
Chyba nie zapomniałeś o urodzinach swojej bratanicy.
Jeszcze raz spoglądasz na ekran telefonu. Jest niedziela, jedenasty września. A ty znajdujesz się jakieś pięćset kilometrów od domu twojego młodszego brata. Parę dni temu obiecałeś, że na pewno zjawisz się na przyjęciu z okazji pierwszych urodzin Manon i dwudziestych ósmych Martina. I to wcale nie jest tak, że nagle zapomniałeś, (okej, poprzednia noc chwilowo dość skutecznie przyćmiła twoją pamięć), ty po prostu zdecydowałeś odciąć się od nich wszystkich. Gdy w zeszłym tygodniu mówiłeś bratu dam znać, już wiedziałeś, że dziś nie pojawisz się na żadnych urodzinach.
Co prawda przez chwilę zastanawiasz się, czy może nie powinieneś odpisać, dać jakiegokolwiek znaku życia, tak, jak robisz to mniej więcej raz na tydzień lub dwa, żeby uspokoić całą rodzinę, ale sam szybko wybijasz sobie tę myśl z głowy. Nie dziś. Przecież lepiej im bez ciebie, co? Po co mają patrzeć na człowieka, który na pewno jest największym nieudacznikiem w całej rodzinie? Nie będą musieli siedzieć z tobą i udawać, że wszystko jest w porządku. Że wcale nie zawodzisz ich z każdym wyścigiem, który kończysz kilkadziesiąt miejsc niżej, niż twój brat. A ty nie będziesz musiał słuchać zachwytów nad twoją śliczną i mądrą bratanicą, ani gadania matki o tym, że sam mógłbyś sobie wreszcie kogoś znaleźć, założyć rodzinę. No tak. Niektórzy nie potrafią zrozumieć, że po prostu – nie nadajesz się do bycia w związku. Uważasz, że jesteś zbyt destrukcyjny na to, by stworzyć rodzinę, dać komuś poczucie bezpieczeństwa. Nie bierzesz pod uwagę tego, że wszystkie twoje poprzednie związki kończyły się kompletnie nie z twojej winy. Dowód tego dała ci zresztą kobieta, która wydawało ci się, że kocha cię jak nikt inny, gdy pewnego dnia po prostu zatrzasnęła za sobą drzwi waszego wspólnego domu. Poza krótkim to naprawdę nie ma sensu nigdy nie wyjaśniła, dlaczego po kilku całkiem dobrych wspólnie spędzonych latach tak naprawdę zdecydowała się odejść. Woda na młyn, co? Kolejny powód, żeby myśleć, że to ty niszczysz wszystko, co stanie na twojej drodze. Przyznaj szczerze – jak myślisz, co ci się w życiu tak naprawdę udało? Wszystkie sukcesy tak naprawdę bledną przy tym, co mogłeś mieć, a czego nie osiągnąłeś. Każde podium, medal, to wszystko jest niczym w porównaniu do sukcesów Martina. Wydaje ci się, że już zawsze będziesz starszym bratem, który w świadomości wszystkich – kibiców, znajomych, trenerów, rodziny, został wymieniony przez tego młodszego, tym, który niczym już nikogo nie zaskoczy, od którego nie ma czego oczekiwać. Tak, jesteś dla nich nikim, tak, mógłbyś zniknąć z powierzchni ziemi – nikt by nawet nie zauważył.
Jednocześnie sam zupełnie nie dostrzegasz tego, że przecież przerabiałeś to wszystko sześć lat temu. Różnica polega tylko na tym, że wtedy nie czułeś potrzeby unikania rodziny, a zwłaszcza Martina. Byłeś po prostu zły. Wkurzony na niego za to, że okazał się lepszy od ciebie, i na siebie, bo nie potrafiłeś go pokonać. Wtedy potrafiłeś na niego nakrzyczeć, a sprawa rozeszła się po kościach. Dziś to wszystko wróciło do ciebie ze zdwojoną siłą. Pamiętasz, jak myślałeś, że to, co robisz, kompletnie nie ma sensu? Że jesteś tym nikomu niepotrzebnym synem, bratem, facetem, biathlonistą? Nie byłeś w stanie zauważyć, ile dobra sam stworzyłeś. Tego, że mimo wszystko, bez ciebie drużyna wielokrotnie nie dałaby rady, że jesteś jej dobrym duchem, że pomagasz innym, że, po prostu, dobry z ciebie człowiek. Tak jak wtedy zadręczałeś się nieudanymi igrzyskami, dziś ciągle dusisz w sobie tę cholerną porażkę z Oslo.
Widzisz? Oto twój problem. Rozpamiętujesz wszystko zbyt długo. Dostrzegasz tylko te rzeczy, które cię niszczą. Przecież niecały miesiąc po Oslo zostałeś mistrzem Francji. Dlaczego o tym zapominasz? Kiedy ostatnio pozwoliłeś sobie na to, żeby odpuścić, i po prostu cieszyć się tym, co masz?
Nie. To, co teraz robisz to nie odpuszczenie sobie. To nie cieszenie się życiem. To staczanie się w pustkę. Myślisz, że masz kontrolę? Jest zupełnie przeciwnie.
Ile to już trwa? Trzy miesiące, cztery, czy może od dnia twoich trzydziestych drugich urodzin? Nigdy nie chciałeś o nich pamiętać, zawsze sądziłeś, że dzień, w którym stajesz się o rok starszy, to żaden powód do świętowania, raczej zastanowienia się, co do tej pory zrobiłeś źle i pomyślenia o tym, co zrobić, żeby teraz było lepiej. Ty i ten twój cholerny perfekcjonizm. Bilans znowu wyszedł ujemny, prawda? A może moment ostatniego rozstania był jak pociągnięcie za spust, który uwolnił tę falę nienawiści do samego siebie?
Zupełnie nie wiesz, co dalej z twoją sportową karierą. Od jakiegoś czasu nie pojawiasz się na żadnych treningach, letnie zgrupowanie było i minęło, sam wiesz, że nie przykładałeś się specjalnie ani do biegu, ani do strzelania. Zapewniasz, że nie chcesz już teraz kończyć z biathlonem, ale podświadomie robisz wszystko, by tak się właśnie stało.
Schemat prawie zawsze jest taki sam. Nigdy nie wiesz, kiedy wrócisz, gdy wieczorami wychodzisz z domu. Nie wiesz, czy następnego ranka obudzisz się sam, czy może z kolejną dziewczyną, którą uda ci się uwieść. Tak, zawsze byłeś dobry w te klocki. Wiesz, że każda mogła być twoja, a jednak przez długi czas głupio upierałeś się przy byciu porządnym facetem. Villard de Lans nie jest duże, ale tutaj sezon narciarski trwa cały rok, dlatego zawsze znajdzie się taka, która na pewno na ciebie poleci.
Być może tym razem zamiast w swoim łóżku znajdziesz się w łóżku jednej z nich. Jeśli tak, to wymkniesz się, zanim zdąży się obudzić. Ciągle lekko pijany lub już skacowany wejdziesz pod prysznic, jeśli akurat będziesz miał coś w lodówce – zjesz śniadanie. Nie odpowiadając na żadne maile sprawdzisz skrzynkę. W międzyczasie zdążysz też odrzucić parę połączeń. Jeśli będziesz czuł się w miarę dobrze, a twoja głowa nie będzie zajęta rozpamiętywaniem tego, jakim cholernym nieudacznikiem jesteś, może znajdziesz w sobie tyle chęci, żeby pójść na siłownię czy przebiec parę kilometrów. Ogarniesz dom, może nawet wsadzisz naczynia do zmywarki. Jeśli nie, będziesz próbował zagłuszyć swoje myśli na kolejnej imprezie.

Ten dzień jest zupełnie inny, chociaż tak naprawdę niczym nie różni się od pozostałych. Od południa snujesz się jak cień, zbierasz brudne ciuchy porozrzucane po całym domu. Próbujesz obejrzeć jakiś film, może nawet zrobić coś pożytecznego. Wychodzisz spod prysznica i w szafie szukasz jakiegoś czystego podkoszulka. Spoglądasz na wiszący mundur. Pamiętasz, jaka duma rozpierała cię, gdy go dostałeś i jak marzyłeś o tym, żeby wreszcie go ubrać?
Czujesz się zmęczony i cholernie samotny. To pierwsze uczucie do tej pory zwalczałeś jakimś specyfikiem na kaca, to drugie dziś pojawiło się po raz pierwszy od kilku miesięcy. Jesteś skołowany. Dlaczego? Nie umiesz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zamiast zadzwonić do rodziny czy znajomych, żeby zapytać co u nich lub zaprosić na jakąś kolację, ty stwierdzasz, że najlepiej będzie pokonać te myśli porządnym treningiem. Sam zaskoczony zauważasz, że mogłeś wybrać picie w jednym z klubów, tęsknota za nartami zaczyna jednak być coraz silniejsza.
Z garażu wyciągasz nartorolki i kask. Czujesz silny ból głowy, dlatego szybko wracasz do domu, bierzesz jakieś tabletki i popijasz płynem z pierwszej lepszej butelki. Za kilka chwil pożałujesz, że wybrałeś właśnie tę.
Na trzecim podbiegu między twoim domem a małym ryneczkiem Villard de Lans czujesz, że zaczyna ci się kręcić w głowie, jednak zamiast zawrócić, ty biegniesz dalej. Nie pamiętasz momentu, w którym ziemia zaczyna, i dosłownie, i w przenośni, osuwać ci się spod nóg. Dostajesz torsji, a w lewym kolanie czujesz przeraźliwy ból. Ostatkiem sił wyciągasz telefon i, zupełnie podświadomie, zamiast wybrać numer kogoś, kto mieszka w pobliżu, dzwonisz do Martina.

Gdy kilkanaście godzin później budzisz się w szpitalu, widzisz obu swoich braci drzemiących przy twoim łóżku. Nie chcesz ich budzić, ale gdy tylko Martin słyszy szelest pościeli, szybko otwiera oczy. Ciągle jesteś zmęczony i potwornie obolały, ale słyszysz, jak ze ściśniętym gardłem mówi do ciebie jesteś cholernym idiotą.
Ma rację. Skończonym idiotą. Zawsze miałeś więcej szczęścia niż rozumu. Właśnie to sobie udowodniłeś.
Nie słyszysz wiele więcej, z potoku słów, który z niego wypływa, wyłapujesz tylko kilka. Operacja...przerwa...kolano...szczęście...terapia...depresja. Jesteś naprawdę zmęczony, to na pewno te leki – dlatego przytakujesz na wszystko, co mówi Martin. Ciekawe, czy gdy już dojdziesz do siebie, będziesz pamiętał złożone mu obietnice.


v

there will come a time you'll see with no more tears


Ostatni bieg sezonu. Twój ostatni bieg.
Dziś nie musisz się już martwić o to, który przybędziesz na metę. Nie musisz przejmować się tym, co o tobie pomyślą inni – brat, rodzice, kibice, cały ten biathlonowy świat. Nikt nie jest dziś tak ważny, jak ty.
Masz zamiar dokładnie zapamiętać każdą sekundę dzisiejszego biegu. Każdy przebyty kilometr, każdy krążek, który zasłoni cel, do którego strzelisz, każdy krążek, który się nie podniesie. Nieważne, czy będziesz pierwszy czy dziesiąty – niezależnie od twojego wyniku i tak odbierzesz dziś kryształową kulę… dwie kryształowe kule. Możesz dziś być pierwszy lub dziesiąty, i tak należy ci się królewski wjazd na metę, w czasie którego wszyscy będą wykrzykiwać twoje imię. Oto wreszcie osiągnąłeś swój cel. Spełniłeś marzenie, które drzemało w tobie, odkąd byłeś tylko małym dzieckiem.
Swoją karierę kończysz w sezonie olimpijskim, bogatszy o kilka medali zdobytych na tegorocznych igrzyskach. Medali srebrnych i brązowych. Nie udało ci się zdobyć krążka z tego najcenniejszego kruszcu. Nigdy w swojej karierze nie zostałeś także i nie zostaniesz już mistrzem świata. Ty sprzed kilku lat uznałby to za swoją największą porażkę, ty, którym jesteś dziś, czuje wdzięczność za naprawdę każde osiągnięcie.
To była długa droga, co? Czekałeś na to ponad dwadzieścia lat. Nic, ani wojskowe mistrzostwa świata, mistrzostwa Francji, mistrzostwa świata juniorów, ani medale zdobyte z drużyną, te drugie, trzecie miejsca, żadna z tych chwil nigdy nie będzie równać się z tym, co przeżyjesz, gdy przekroczysz linię mety ten ostatni raz, i gdy wreszcie dostaniesz to, o czym marzyłeś, odkąd po raz pierwszy założyłeś na nogi biegówki. Żaden z dni, które dotychczas przeżyłeś nie sprawił ci takiej radości jak dziś, a żadna celebracja nigdy nie będzie mogła się równać ze świętowaniem tego zwycięstwa. Ciągle pamiętasz te słowa, według których tylko zwycięstwo jest piękne. To dziś. Wreszcie nadszedł twój piękny dzień. Zwyciężyłeś nie tylko w wyścigu o Puchar Świata, lecz także w wyścigu z samym sobą.
Wystartujesz dziś z numerem jeden na żółtym plastronie, prawie ramię w ramię ze swoim młodszym bratem. Tym samym, który w poprzednich sezonach bezapelacyjnie pokonywał każdego sportowego przeciwnika, który stanął na jego drodze. Spójrz, jak wszystko się zmienia. Wydarzenia kilku ostatnich miesięcy sprawiły, że znów poczułeś, że tak naprawdę gracie i zawsze będziecie grać w jednej drużynie. Pamiętasz jeszcze wasze dzieciństwo i wspólne? I moment, w którym nagle w twojej głowie każdy pojedynek, na torze czy w życiu zaczął wydawać się bratobójczą walką, z której zawsze to on wychodził zwycięsko? Wspominasz te chwile i, mimo wszystko, uśmiechasz się do siebie. To wszystko dzieje się w twojej głowie – tak, Martin miał rację. Chociaż ciągle uparcie tak twierdziłeś, twój młodszy brat nigdy nie był, ani nie chciał stać się twoim wrogiem. Zobacz, jak pokręcony wydaje się świat, gdy pozwolisz sobie na choć odrobinę nienawiści do samego siebie. Dobrze znasz to uczucie, kiedy wydaje ci się, że na świecie nie ma nikogo, kto przejąłby się tym, co się z tobą dzieje. Dziś jednak wiesz, że cały ten lęk, który kierował tobą przez ostatnie lata, był jak przyciemniający filtr, który nałożyłeś na soczewkę, przez którą patrzyłeś na swoje życie. Tymczasem spójrz, dziś są tu wszyscy, którzy wierzyli w ciebie wtedy, kiedy ty myślałeś, że w twoim życiu nie wydarzy się już nic, co warte byłoby czekania. Jest twój ojciec i najmłodszy brat, w domu przed telewizorem siedzi już przejęta mama. Przez głowę przechodzi ci jedna myśl: naprawdę wydawało ci się, że jesteś z tym wszystkim sam? Twój brat obiecał ci, że w tym wyścigu da ci popalić, a ty nie możesz się już doczekać. Nic nie cieszy cię tak, jak fakt, że twój ostatni sezon to sezon, w którym na nowo odnalazłeś radość z tego, co robisz.
Uśmiechasz się jeszcze raz, przypominając sobie, że na trybunie siedzi też ona. Kobieta twojego życia. Dziś wieczorem powie ci, że na początku października na świat przyjdzie wasze pierwsze dziecko. Wie to już od jakiegoś czasu, ale ponieważ czuła, jak ważna jest dla ciebie walka o Puchar Świata, zdecydowała, że nie będzie cię tym rozpraszać. Nie chciała też tego przyznać, ale trochę bała się twojej reakcji. Poznała cię przecież wtedy, gdy dopiero odbijałeś się od dna. Do końca życia będziecie się zresztą śmiali z tego, że wasza historia jest tak cholernie kinowa. Sławny i totalnie nieświęty facet po przejściach, ze zdiagnozowaną depresją i przechodzący właśnie w Grenoble rehabilitację po wypadku i operacji kolana oraz na wskroś miła i niewiele młodsza dziewczyna, która w tym samym miejscu pracowała jako pielęgniarka. Gdybyś nie potknął się o własną kulę i nie rozbił sobie głowy o kant stołu pewnie nigdy nie zamienilibyście ze sobą ani słowa. Ale paradoks, co? Zrobiłeś z siebie pośmiewisko, a i tak wyszedłeś na tym tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu. Zawsze będziesz już żartował, że bycie takim nieudacznikiem tak naprawdę bardzo ci się opłaciło, bo zrobiło z ciebie najszczęśliwszego człowieka na ziemi, a ona do końca życia będzie patrzyła na ciebie z miłością, jak pierwszego dnia, kiedy zszywała twoje zakrwawione czoło. I chociaż wiele razy zdążyliście już rozmawiać o wspólnej przyszłości, chociaż zdążyła już zajrzeć w te najmroczniejsze zakamarki ciebie, to ciągle obawia się tego, że to wszystko dzieje się za szybko. Dziś wieczorem rozwiejesz wszystkie wątpliwości, bo gdy usłyszysz od niej tę wiadomość, spontanicznie jej się oświadczysz. Przecież i tak planowałeś to zrobić, może w bardziej przemyślany i elegancki sposób, może nie teraz, tylko za miesiąc albo dwa, ale gdy kobieta twojego życia powie ci, że zostaniesz tatą, poczujesz że żaden moment nie będzie lepszy.
Słyszysz sygnał startu i rozpoczynasz wyścig. Dajesz się prowadzić nartom, czujesz jak spokojnie trą o śnieg. Szybko wysuwasz się na prowadzenie, biegnie ci się wyjątkowo dobrze, na strzelnicę dobiegasz z kilkunastosekundową przewagą. Słyszysz szybkie uderzenia swojego serca, gdy kładziesz się, aby oddać pierwszą serię strzałów. Bezbłędną. Szybko podnosisz się i biegniesz dalej. Drugie strzelanie – także bezbłędne. Powoli zaczynasz opadać z sił, przewaga nad twoimi rywalami ciągle jest jednak tak duża, że nie masz się czego obawiać. Minimalnie zwalniasz, starając się poczuć podmuch lekkiego wiatru na swojej twarzy. Oczywiście, że będziesz tęsknić. Przecież to tej dyscyplinie poświęciłeś ponad dwadzieścia lat swojego życia i to tylko kwestia czasu, zanim wrócisz, tym razem w innej roli. Nagle słyszysz, że tuż za tobą znajduje się już kilku zawodników. Przyspieszasz, jednak przewaga topnieje do minimum. Trzecie strzelanie w pozycji stojącej, której tak naprawdę nigdy nie było dane ci polubić. Pudło. Nagle w głowie pojawia się przeklęty obraz z mistrzostw świata z Oslo. Pamiętasz twój strach? Dziś jesteś zupełnie innym człowiekiem. Myślisz sobie, że przecież to tylko sto pięćdziesiąt metrów. W momencie, w którym kończysz karną rundę wyprzedza cię pięciu zawodników, na czele z twoim bratem. Jak obiecał, tak zrobił. Da ci dzisiaj w kość. Ostatnimi czasy zresztą obaj nauczyliście się dotrzymywać danego sobie słowa. Gdy półtora roku temu leżąc półprzytomnie przytakiwałeś wszystkiemu, co mówił, zgodziłeś się nie tylko na operację kolana, ale także na spotkanie z psychologiem, podjęcie terapii i pracę nad zdrowymi kontaktami z twoją rodziną. Na tym też, jak na rozbiciu łuku brwiowego w klinice w Grenoble, wyszedłeś całkiem nieźle.
Z czwartego strzelania odjeżdżasz z czystym kontem, a różnica między tobą a Martinem maleje już do trzech i pół sekundy. Z całych sił starasz się go dogonić, ale pod nosem śmiejesz się, myśląc, że nawet dziś musi ci ukraść twój wielki dzień. Nie czujesz żalu. Po prostu, doskonale wiesz, że masz nieziemskiego brata.
Pięćset metrów od mety znacznie przyspieszasz i teraz przewaga Martina wynosi już tylko pół sekundy. Słyszysz tę wrzawę? Na metę wjeżdżacie prawie jednocześnie, ale według obrazu z fotokomórki wygrywa twój młodszy brat.
Gdy kilka chwil później stoicie na podium i słuchacie Marsylianki, czujecie się tak, jak wtedy, gdy jako dzieci urządzaliście sobie wyścigi dookoła waszego pokoju.

Marzenie chłopca, którym byłeś, spełnił dziś mężczyzna, którym, jak sam mówisz – stałeś się całkiem niedawno. I miał rację ten, kto powiedział tylko zwycięstwo jest piękne.

Jesteś dziś najpiękniejszym wygranym.
_____

playlista: klik
cholernie to wszystko osobiste.
chyba na nowo polubiłam się z krótką formą, więc czasem tu pewnie coś. 
na powitanie mojego ulubionego miesiąca i miesiąca, w którym pan powyżej obchodzi swoje urodziny.


7 komentarzy:

  1. no hejka.

    oczywiście nie wiem, co powiedzieć. przeczytałam raz jeszcze, chyba nawet uważniej, niż w środę, gdy biegłam na zajęcia. ale trochę za bardzo wyczekiwałam na ten tekst, by z nim czekać, choć zawsze sobie obiecuję, że powstrzymam się z lekturą do momentu, gdy będę mieć na tyle czasu, by od razu ją skomentować. oczywiście nic z tego nie wyszło - to chyba normalne.

    w sumie trudno mi wyrazić słowami, jak wiele ten tekst dla mnie znaczy. i... to jest może ryzykowne twierdzenie, ale wydaje mi się, że sporo też znaczy dla Ciebie. bo odniosłam wrażenie, że strasznie dużo w tym takich osobistych odczuć, być może nawet i własnych doświadczeń. doświadczeń, które i ja jako starsze dziecko smarkacza bardziej zdolnego ode mnie (albo przynajmniej wydaje mi się, że bardziej zdolnego) dobrze znam.

    chciałabym się do tego jakoś tak ustosunkowywać obiektywnie i nie brać pod uwagę własnych uczuć względem simona, tylko chyba do końca nie potrafię, bo jego sytuacja jest wyjątkowo specyficzna - przez to, że nigdy nie udało mu się wygrać wyścigu pś (co wciąż ociera się dla mnie o jakiś absurd - na miłość boską, nawet julian miał farta), przez to, że jest bratem kogoś takiego jak martin, przez to, że w sumie zawsze uchodził za taką szczególnie lubianą w środowisku osobę i chyba nie ma na chwilę obecną człowieczka, który by mu w końcu nie życzył jakiegoś sukcesu. chyba ta moja złość na środkowego brata - abstrahując już od tematu norwegii - poniekąd zwiększa się właśnie przez to, że simon zawsze stoi w jego cieniu i że mnie to osobiście strasznie boli. trudno mi sobie coś takiego wyobrazić. więc się wściekam na marta nieprzeciętnie, chociaż to głupie, bo przecież niczym nie zawinił w tym, że jest geniuszem (dla mnie drugi najlepszy biathlonista w historii po bjoerndalenie, jakkolwiek przyznaję to z nieprawdopodobnym żalem i bólem dupy jak stąd do perpignan). no, ale w biathlonie nie ma mowy o czymś takim jak racjonalizm.

    wdzięczna dyscyplina do opisywania tak swoją drogą, hm?

    nieważne, nie odbiegajmy zbytnio od tematu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moim zdaniem to był zdecydowanie najlepszy Twój tekst ze wszystkich, które dotąd przeczytałam. z różnych powodów. poniekąd ze względu na narrację. poniekąd ze względu na świetnie zobrazowanie biathlonu jako sportu. poniekąd pewnie z uwagi na osobiste sympatie. ale przede wszystkim dlatego, że Twój simon jest bardzo, ale to bardzo rzeczywisty i bardzo podobny do mojego własnego wyobrażenia o nim. to znaczy, może jest tutaj nieco bardziej depresyjny, jednak... no, fantastycznie oddałaś to, co się dzieje w jego głowie, czy to na strzelnicy, czy to poza nią. i mocno się z tym gościem utożsamiam, jako czytelnik przeżywam to, co on, współczuję mu i mam ochotę go przytulić, nawet bardziej, niż po standardowych, nieudanych biegach. cieszę się jak szalona z tej końcówki i myślę, że to jest właśnie najpiękniejsza rzecz w pisaniu, że możemy rozegrać wszystko po swojemu i ukształtować świat według naszych własnych zachcianek. dałabym wiele, żeby i w życiu coś takiego go spotkało. wierzę w karmę i w to, że w końcu się uda, mimo wszystko. z reguły się udaje. w tym sporcie rzadko kiedy coś ginie. no i, pomijając aspekt martina (uch!), wciąż tkwi w nim ten pierwiastek nieprzewidywalności, na którym go zbudowano. tylko, kurde, simon od lat nie jest demonem prędkości... a bez tego cholernie ciężko wygrać biathlonowy bieg. ale wierzę, że pewnego dnia wreszcie chłopaka natchnie.

      wiesz... tak sobie głośno myślę, że sukces martina miał wielu ojców, z czego dwóch biega z nim na tych samych trasach podczas każdego wyścigu. jeden pochodzi z trondheim w norwegii i mocno go ukształtował jako jego największy rywal. drugi jest pewnym sympatycznym francuzem o hiszpańskim pseudonimie artystycznym i mocno go ukształtował jako jego starszy brat.

      w ogóle bawi mnie czasem ten wpływ starszych braci w biathlonie. bawi i jednocześnie wzrusza. no bo... gdyby nie starsi bracia, być może ani ole, ani emil, ani właśnie martin nigdy nie zaczęliby się w to bawić. piękna rzecz.

      tak strasznie mi się to podobało. chyba sama tak sobie właśnie wyobrażałam relację pomiędzy fourcade'ami. i... udało Ci się ją bardzo plastycznie przedstawić. w ogóle wszystko było bardzo realne i namacalne. to, jak sądzę, mój ulubiony aspekt tej opowieści, to i ten system wyliczania jego wieku od kolejnych akapitów. z jakiegoś powodu cholernie mnie to urzekło.

      powtórzę się: cudownie przeczytać o biathlonie coś, czego się samemu nie napisało. i na dodatek dostać przy tym dedykację. dziękuję Ci - za ten tekst, za wspomnienie mnie tutaj, za wszystko. za to, że możemy gadać o alvaro. i że teraz jakoś mi tak cieplej na serduszku.

      ps. dlaczego mnie się kojarzy, że brice jest jakimś instruktorem narciarskim czy tam snowboardowym? robiłaś w tej sprawie jakiś research?

      pps. o, widzę, że sama uznałaś ten tekst za osobisty. punkt pour moi za wyczucie.

      kocham bardzo mocno.

      Usuń
  2. Przeczytane! ❤ Z komentarzem przybiegnę jak dorwę się do swojego laptopa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham ten szablon, a zdjęcie w nagłówku jest obłędne *.*
      Na biathlonie może się nie znam (wszak to, wstyd się przyznawać, ostatni raz oglądam coś tam czasami w maturalnej), ale na pisaniu troszkę chyba tak i muszę to przyznać, wyszedł Ci ten jednopart. Czytałam z zapartym tchem. Może tekst sam w sobie nie jest bardzo dynamiczny, ale ma to coś, naprawdę przyciąga. Ten motyw zazdrosnego brata, chyba każdy, kto ma rodzeństwo miał taki moment, kiedy wyrzucał sobie, że jego brat/siostra jest mądrzejszy/a, ładniejszy/a, zdolniejszy/a. Sama dość często tego doświadczam i wiem też, że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób, działa to w drugą stronę. To bywa toksyczne, więc całkowicie rozumiem Simona. Z jednej strony życzy bratu wszystkiego, co najlepsze, ale z drugiej sam chciałby stać na jego miejscu. To absolutnie ludzkie uczucie, jednakże w tym przypadku Simon dał mu się za bardzo pochłonąć.
      Najważniejsze, że się w końcu ogarnął. Trwanie w błędnym kole mogłoby się katastrofalnie skończyć, zresztą Simon był o krok od tego.
      I wspominka o Grenoble, rety, co to za piękna okolica <3

      Usuń
  3. Ej, nie wiem, co napisać.
    Biathlon to w zasadzie nie moja bajka, zresztą ostatnio w ogóle zimowe to trochę nie mój klimat, poszłam w ten pomarańczowy prostokąt i żółto-niebieską piłkę.
    No ale nieważne.
    To jest idealne, po prostu. Każde słowo jest w punkt i na swoim miejscu. Ta relacja Simona i Martina jest taka... realna. Szukałam w głowie jakichś innych takich sportowych par, w biathlonie to nie wiem, bo się kompletnie nie znam. Przyszła mi do głowy cała trójka Hilde, Maciek i Kuba Kot, przyszedł mi do głowy Fabian Drzyzga - mistrz świata (bo oczywiście, musiał gdzieś mi siedzieć we łbie mój Fabian), i jego brat Tomasz, który nigdy jakiejś wybitnej kariery nie zrobił i właściwie w seniorskiej karierze nie osiągnął nic (a w kadetach bodajże grał z Marcinem Możdżonkiem, który też jest mistrzem świata). Simon coś osiągnął, ale to Martin jest tym geniuszem, który wygrywa jak leci. Jak kiedyś Schlierenzauer w skokach.
    Kurczę, to musi być jednak paskudne uczucie, być tym gorszym, starszym i gorszym.
    Simon dotknął dna. I się od niego odbił. I to chyba najlepsze, co może spotkać człowieka, który się tak stacza po równi pochyłej. To odbicie, powrót na powierzchnię.
    Tylko zwycięstwo jest piękne. Najpiękniej zwyciężać z własnymi słabościami, z własnym bólem, z własnymi demonami.

    Piękne. Dziękuję. Niesamowita jesteś.
    G.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zacznę sobie od ciebie, o.
    Nawet nie wiesz, jak fajnie czytało się taki tekst bez jakiegokolwiek wątku miłosnego. No dobra, może jakiś tam poboczny był, ale pierwsze skrzypce grało coś zupełnie innego, co całkowicie przytłumiło tą miłość. Bardziej górowało tutaj współczucie względem Simon, który chciał być najlepszym, a w miarę dorastania przestawał. Przez to tak jakby świat mu się zawalił i nie mógł tego udźwignąć. Potrzebował pomocy, której wciąż odmawiał. Typowy przypadek depresji wywołanej przez rozczarowanie życiem. Gdyby nie tak silna więź z bratem kto wie, co by z nim było. Niby to tylko jednopart, ale jednak naprawdę fajnie przemyślany i daje do myślenia nad sensem życia, nad taką właśnie chorobliwą, obsesyjną chęcią bycia najlepszym, czy ona jest konieczna i do czego w konsekwencji doprowadza.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dwa miesiące po dodaniu. Dobry mam zapłon, nie ma co :P
    Mój pierwszy jakikolwiek komentarz u Ciebie. Chciałabym, żeby to był dobry komentarz, ale dobrze wiem, że w tym momencie napisanie zdania "Ala ma kota" to szczyt mojej maestrii, więc z góry przepraszam ;)
    Po pierwsze - chciałabym, żeby Simon naprawdę tak zakończył swoją karierę jak tutaj. A co tam. Nikt mi nie zabroni.
    Pięknie to napisałaś. Wszystko po kolei - z dobrze widoczną zmianą nastawienia Simona do Martina. Działo się to wszystko stopniowo, może z pewnymi punktami przyspieszającymi ten proces, ale na pewno nie wydarzyło się to nagle. No właśnie - co? Znienawidził go? Nie, chyba nie tak. Po prostu - ostatnio często dochodzę do tego wniosku - ciągłe przebywanie w bliskości jakiegoś ideału uwypukla to, że nam do ideału daleko. A Simonowi trudno było pogodzić się z tym, że Martę jest jakimś pieprzonym fenomenem, skoro to on zawsze był starszym bratem, wzorem do naśladowania i tak dalej... Do tego był też zawsze mega ambitny. A to - wbrew pozorom - może przeszkadzać. Bo kiedy w pewnym momencie coś poszło wbrew jego myśli, te wielkie oczekiwania, które sam na siebie nałożył, zaczęły mu potwornie ciążyć. Kiedy presję wytwarza środowisko, jest źle. Ale kiedy wytwarza się ją samemu jest chyba jeszcze gorzej. Zwłaszcza, kiedy nie ma się silnej psychiki.
    Strzelanie dobrze to pokazuje. Ile razy przecież ktoś, kto miał już zwycięstwo w kieszeni - bach! trzy pudła i po zabawie.
    I mniej więcej tak to było z Simonem. Presja, wyniki Martina, przekonanie o własnej beznadziejności doprowadziły go do totalnego dna. Naobiecywał Martinowi wszystko, bo zupełnie wtedy nie kontaktował. Ale przecież obietnic trzeba dotrzymywać. I tym sposobem powoli zaczął się podnosić. I nauczył się żyć. Tak naprawdę. A nie tylko wegetować, ukiszony jak te ogórki, w za dużej ilości wymagań, oczekiwań i rozczarowań. Tak się przecież nie da.
    Lubię happy endy. Zwłaszcza, że jestem sentymentalną kluchą i mnóstwo rzeczy mnie wzrusza. Dałaś mi kopa emocji, w tej odpowiedniej kolejności - od smutku do radości ;) I dziękuję Ci za to :3
    buziak! :*

    OdpowiedzUsuń