dla
pau
i
all
hail the new kids
Masz
dopiero osiem lat, ale na pytanie kim chciałbyś zostać w
przyszłości śmiało i zdecydowanie odpowiadasz –
biathlonistą. Wszyscy dorośli trochę się z ciebie
podśmiewają, jak to z dzieciaka, który o swoich planach na
przyszłość zawsze opowiada z pełnym przekonaniem, bo wiedzą, że
życie z tymi planami i tak zrobi co chce, z drugiej jednak strony
doceniają twój upór w dążeniu do zrealizowania swojego
dziecięcego marzenia. Świat biathlonu wydaje ci się bowiem
jakąś niebiańską krainą, której osiągnięcie stało się
twoją ambicją, planem i celem. Pomimo tego, że regularnie chodzisz
na treningi do małego miejscowego klubu sportowego, w każdej wolnej
chwili i tak wyciągasz tatę na narty. Nie możesz przestać
rozprawiać o tym, co działo się na treningu, jak super ci się
jeździło i jak bardzo cieszysz się, że razem z rodzicami
wpadliście na pomysł, żeby zapisać się na takie a nie inne
zajęcia sportowe. Ty mały, podekscytowany, niczego nieświadomy
dzieciaku. Nigdy nie przestaniesz kochać tego sportu, co wcale nie
oznacza, że nie będziesz go jeszcze przeklinać.
Masz
dwanaście lat i nie wyobrażasz sobie życia bez nart i bez twojego
młodszego brata, który jest twoim najlepszym przyjacielem. Cieszy
cię, że tak jak ty, pokochał biegi, i że tak jak ty, chce
poświęcić swoje życie sportowi. Często gdy razem się bawicie
albo trenujecie, udajecie, że jesteście już dorośli i razem
stajecie na podium. To wasze wspólne braterskie marzenie – zawsze
być razem. Zawsze być najlepszymi. Zresztą, obaj jak na swój wiek
jesteście bardzo dojrzali. Wasi koledzy i ich bracia raczej kłócą
się o to, kto będzie bawił się ulubioną zabawką, wy zaś zawsze
zgodnie dzielicie się ze sobą wszystkim, co macie. Gdy inni udają,
że są na wojnie i strzelają do siebie nawzajem, wy zawsze
strzelacie do jednego celu. Jasne, zdarzają wam się sprzeczki,
zawsze jednak pamiętacie, że jesteście braćmi, a bracia
zawsze trzymają się razem. Inne dzieciaki, chociaż bardzo was
lubią, to trochę się z was śmieją, ale nie za bardzo się tym
przejmujecie. W końcu – macie siebie. I jeszcze jednego brata,
tego najmłodszego, młodszego od ciebie całe sześć lat, prawdziwe
oczko w głowie mamy. On trzyma się trochę z boku. Chyba tak po
dziecięcemu jest trochę zazdrosny o waszą relację. Sport wcale go
nie interesuje, co sprawia, że nie potrafi znaleźć z wami
wspólnego języka. Jednak, jak na najstarszego brata przystało, i
tak otaczasz go opieką. Nie chcesz, by czuł się samotny, dlatego,
gdy tylko widzisz, że sam ma na to ochotę, zapraszasz go do
wspólnej zabawy. Mija trochę czasu i stajecie się nierozłączni.
Razem bawicie się, razem rozrabiacie. A każdego ranka powtarzacie
ten sam rozkoszny obrazek – gdy razem w szeregu drepczecie do
szkoły, wyglądacie jak trzej mali muszkieterowie. Zapamiętaj go,
bo przyjdzie taki czas, że za powrót do tamtych chwil oddałbyś
naprawdę wszystko.
Jesteś
szesnastolatkiem i właśnie po raz pierwszy w życiu usłyszałeś,
że tylko zwycięstwo jest piękne. To hasło wydaje się
idealnie pasować do twojego charakteru. Doskonale wiesz, czego
chcesz, ambicja jest twoją wizytówką, a twoje nazwisko już teraz
kojarzy się w świecie biathlonu przede wszystkim z ciężką pracą.
Nie wiesz jeszcze, że ta sama ambicja kiedyś okaże się twoją
zgubą, więc nie ustępujesz. Na każdym treningu dajesz z siebie
wszystko, bo wiesz, że tylko tak jesteś w stanie osiągnąć cel,
który sobie postawiłeś. Będziesz najlepszy. W tym czasie
zaczynasz powoli odczuwać rywalizację, jaka rodzi się między tobą
a twoim młodszym bratem. Gdzieś zgubiliście radość z przebywania
razem, a więź między wami zaczęła się rozluźniać. Być może
wynika to z tego, że podczas gdy ty uważasz się już za prawie
dorosłego, on ciągle pozostaje dzieciakiem. Sam zaczynasz powoli
snuć plany na przyszłość – poza byciem sportowcem chciałbyś
też wstąpić do wojska, pojawia się dziewczyna, w której chyba
jesteś trochę zakochany, zaś wszystkie problemy, które trapią
twojego brata zaczynają wydawać ci się tylko dziecinnymi
błahostkami. A może po prostu kiełkuje w tobie poczucie
zagrożenia, bo ten dzieciak coraz częściej okazuje się być
lepszy od ciebie nie tylko w biegach, ale także w strzelaniu?
Czujesz jego oddech na swoich plecach i obawiasz się, że przyjdzie
taki czas, gdy to on będzie tym lepszym z braci. Za każdym razem
jednak, gdy takie myśli pojawiają się w twojej głowie, szybko
starasz się je odgonić. Czysty umysł i pełne skupienie – to
tego potrzebujesz, aby osiągnąć swój cel, a jakikolwiek konflikt
w waszej rodzinie prawdopodobnie bardzo utrudniłby i tobie, i
twojemu bratu pracę nad waszą formą. Ciągle poza tym uważasz, że
rodzina jest najważniejsza i że nic nie
jest warte narażania dobrych w niej relacji. Zabawne, jak w
przyszłości twój światopogląd, przynajmniej na chwilę, obróci
się o sto osiemdziesiąt stopni.
I
co, mistrzu świata juniorów roku dwa tysiące trzeciego, pewnie
cieszyłbyś się z tego medalu bardziej, gdybyś następnego dnia
tak koncertowo nie spieprzył sztafety? Pamiętaj, masz dopiero
dziewiętnaście lat i musisz dać sobie trochę czasu. Jesteś zbyt
młody na to, by zawsze prezentować optymalną formę. Taki z ciebie
nie do końca oszlifowany diament, który ciągle nabiera swojego
ostatecznego kształtu. Chcesz wygrywać? Zachowaj zimną głowę i
poczekaj. Wiesz, jak jest. Przecież każdy na coś czeka.
ii
now
the old king is dead, long live the king
Odkąd
Martin zdobył swój pierwszy medal olimpijski na igrzyskach w
Vancouver, zawsze czułeś się trochę gorszy. Oczywiście zdawałeś
sobie sprawę z tego, w jak dobrej formie był, gdy wyjeżdżaliście
do Kanady, kibicowałeś mu, w końcu jest twoim bratem, którego
kochasz. Jednak to ty nazywany byłeś liderem całej drużyny. To ty
osiągałeś najlepsze wyniki, to ty miałeś zdobywać medale. Do
Francji wróciłeś z niczym.
Niełatwo
było ci ukryć złość. Za każdym razem, gdy ktokolwiek z
dziennikarzy czy znajomych zadawał kolejne pytania o twojego brata,
czułeś znajome ukłucie zazdrości. Oczywiście nie mijałeś się
z prawdą, gdy opowiadałeś, jak dumny jesteś i jak bardzo cieszysz
się z sukcesu Martina. Od zawsze wiedziałeś, że przyjdzie taki
moment, w którym twój brat stanie się piekielnie dobrym
zawodnikiem. Wspominałeś wasze wspólne treningi i to, jak świetnie
radził sobie i na trasie, i na strzelnicy, i szczerze mówiąc na
pewno zdziwiłbyś się, gdyby zamiast piąć się na szczyt
biathlonowego świata, on zacząłby staczać się na jego dno.
Zawsze był wytrzymały, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie,
dlatego zdawałeś sobie sprawę z tego, że sukcesy takie jak ten z
Vancouver były tylko kwestią czasu. Nie spodziewałeś się tylko
tego, że nastąpią one tak szybko.
Przez
cały czas trwania igrzysk czułeś się doskonale i naprawdę, do
tej pory nie potrafisz wytłumaczyć sobie tego, co się stało. A
jednak – co za cholerna porażka.
Poczułeś
się jak król strącony z tronu. Uwaga wszystkich odwróciła się
od ciebie i skupiła się na Martinie, a ty nie potrafiłeś sobie z
tym poradzić. Przemawiała przez ciebie zazdrość i nieumiejętność
pogodzenia się z własną porażką. Miałeś być najlepszy, a
spieprzyłeś. Tylko zwycięstwo jest piękne? To prawda,
szkoda tylko, że to nie ty doświadczyłeś tego uczucia.
Odsunąłeś
się od brata, przerywając więź, którą tak skrzętnie
pielęgnowaliście przez wszystkie lata waszego życia. Miałeś
wrażenie, że z chwilą zdobycia przez Martina tego cholernego
srebra, przestaliście być równymi sobie. W głowie ciągle
kołatały ci się myśli o waszym wspólnym marzeniu, żeby zawsze
iść ramię w ramię, jednak teraz to on stał się tym lepszym
bratem, a ty musiałeś usunąć się w jego cień.
Ciężko
jest spadać, prawda?
Jest
rok dwa tysiące dwunasty, a ty ciągle dusisz w sobie negatywne
emocje. Za każdym razem, gdy odwiedzasz rodziców z okazji kolejnych
rodzinnych uroczystości, a rozmowa schodzi na temat kolejnych
sukcesów Martina mocno zaciskasz zęby, byle tylko nie powiedzieć o
jedno słowo za dużo. Paradoksalnie – mimo wszystko naprawdę
cieszysz się z tego, jak dobrze wiedzie się twojemu młodszemu
bratu, jednak w twojej głowie ciągle dominuje poczucie porażki.
Dopiero gdy Martin czując, że coś jest nie tak pod pretekstem
zwykłej rozmowy prosi cię o pomoc w porządkowaniu strychu
rodziców, wybuchasz. Krzyczysz tak, jak jeszcze nigdy dotąd,
wyrzucając z siebie wszystko, co nagromadziło się w tobie przez
ostatnie dwa lata. Masz ochotę wydzierać się na cały dom,
czujesz, że jeszcze chwila, a byłbyś w stanie uderzyć brata. Nie
obchodzi cię to, że, biorąc pod uwagę jego temperament, właśnie
uruchomiłeś lawinę słów, która zaraz na ciebie spadnie. Jesteś
przekonany, że to cię właśnie czeka, że usłyszysz milion
usprawiedliwień,. Tymczasem Martin, zupełnie nie jak on, spokojnie
słucha tego, co masz mu do powiedzenia. Nie wiesz, jak to jest.
Zabrałeś mi wszystko, o co walczyłem od dzieciństwa. Jak
się teraz czujesz, pławiąc się w blasku reflektorów,
jednocześnie pozbawiając mnie mojego marzenia?! Nie wiem, czy po
tym, co się stało, dalej kocham cię tak mocno, jak jeszcze kilka
lat temu. Zaczynasz płakać, tak, jak płacze małe dziecko, gdy
zauważa, że zostało samo i nie ma do kogo się zwrócić, ale w
tym samym momencie czujesz na ramieniu silną dłoń brata, któremu
udaje się wydobyć z siebie tylko dlaczego ty ciągle zapominasz,
że przecież to tobie zawdzięczam to wszystko?
Przez
te dwa lata ani razu nie pomyślałeś o tym, że być może właśnie
takiego momentu było ci potrzeba. Może po prostu chciałeś
usłyszeć, że twój brat, niezależnie od tego, jak bardzo różnie
potoczyły się wasze biathlonowe ścieżki, on ciągle uważa cię
za kogoś, kto jest mu potrzebny, za swoje wsparcie? I że będzie ci
dopingował zarówno wtedy, gdy będziesz na szczycie, jak i wtedy,
gdy będziesz odbijał się od dna? Usłyszałeś. I masz pewność,
że teraz będzie już tylko lepiej.
iii
my
body is a cage
Tak
naprawdę sam nie wiesz, kiedy nadszedł moment, w którym poczułeś,
że wszystko znów zaczyna się sypać. Cała twoja kariera zawsze
wydawała się jedną wielką sinusoidą, na której przeplatały się
chwile całkiem dobre i te dużo gorsze, ale poprzedni sezon
zakończyłeś przecież na niezłym jedenastym miejscu, na
mistrzostwach świata dwa razy otarłeś się o podium, razem ze
sztafetą zdobyliście brązowy medal. Nic nie wskazywało na to,
żeby przyszły sezon miał przynieść ci takie rozczarowanie.
Spędziłeś ekstra wakacje, na których naprawdę odpocząłeś,
trenowałeś ile tylko mogłeś, a wszystkie osiągane rezultaty
naprawdę cię cieszyły. A jednak – z zawodów na zawody szło
ci się coraz gorzej. Czułeś, że pomimo tego, że na
treningach wszystko wydawało się być w porządku, na zawodach
działo się coś, czego nie potrafiłeś do końca nazwać. W twojej
głowie pojawiały się myśli, które, gdy tylko stawałeś na
starcie, zaczynały paraliżować całe twoje ciało. Stres. Ciągle
powtarzałeś sobie to słowo, usiłując usprawiedliwić nim każdy
nieudany występ. To minie. Jednak kompletnie nie potrafiłeś stawić
czoła swojej psychice, pozwalając jej na psucie twojego dobrego
samopoczucia.
Kiedy
wreszcie przyszedł czas na mistrzostwa świata w Oslo, miałeś
nadzieję, że to właśnie tam wszystko się zmieni. Nie oczekiwałeś
cudu – doskonale wiedziałeś, że przecież wielu jest lepszych od
ciebie. Ale po udanym zgrupowaniu całej reprezentacji po cichu
liczyłeś na to, że wreszcie będzie dobrze. Popełniłeś jednak
jeden potworny błąd. Wszystkie myśli, stres i problemy zepchnąłeś
do jednego kąta w swojej głowie, zamykając je na kłódkę i
wyrzucając klucz, zupełnie nie myśląc o tym, że gdy nagromadzi
się ich zbyt wiele, kłódka ta pęknie, a zbyt mocno naciągnięta
w twoim mózgu struna pęknie i uruchomi lawinę, jakiej w życiu byś
się nie spodziewał.
Dziesiąte
miejsce w biegu na dwadzieścia kilometrów to twój najlepszy wynik
i nie udaje ci się zakwalifikować do biegu masowego.
Sztafeta
jest zatem ostatnim
wyścigiem, w którym wystartujesz
na
tych mistrzostwach. Wiesz, że skrewiłeś już wystarczająco wiele
razy, i że musisz dać z siebie wszystko, żeby nie zawieść ani
swojego brata, ani innych kumpli z drużyny,
kibiców,
ale, co najważniejsze – ciebie samego.
Kiedy
tuż po usłyszeniu sygnału startujesz, czujesz, że możesz dziś
wszystko. Twój bieg jest całkiem niezły, narty nie sprawiają
żadnych kłopotów. Bez problemu
wyprzedzasz
innych zawodników, a gdy dobiegasz na strzelnicę po raz pierwszy,
jesteś całkiem spokojny.
Wystarczy
chwila nieuwagi, jeden błędny strzał, by stres przejął kontrolę
nad całym twoim ciałem.
Ogarnia
cię panika, a w głowie pojawia się ta potworna myśl, że przecież
jeśli teraz wszystko spieprzysz, brak medalu dla drużyny będzie
tylko i wyłącznie twoją winą. Myśl, która zagłusza twój
zdrowy rozsądek, który próbuje podpowiadać ci, że sztafeta to
przecież dyscyplina
zespołowa,
i że
nie wszystko jeszcze stracone, bo po tobie pobiegnie jeszcze trzech
twoich kolegów. Ciche nie dasz rady z
tyłu głowy zaczyna przybierać na sile, nawet wtedy, gdy po
dobraniu amunicji od razu
udaje
ci się trafić do celu, którego
chybiłeś
za pierwszym razem. Wybiegasz ze strzelnicy jako dwunasty, ale szybko
udaje ci się dogonić czoło stawki. Biegniesz
tak,
jakby od tego zależało twoje życie. Jakiś głos podpowiada ci, że
przecież wszystko jest jeszcze możliwe, jednak skutecznie zagłusza
go zwątpienie i myśl, że to przecież nie może się udać. Powoli
zaczynasz odczuwać, jak karabin na twoich plecach staje się
nienaturalnie ciężki, utrudniając ci swobodny bieg. Czujesz, jak
drżą ci ręce, gdy rozpoczynasz drugie strzelanie. Pudło.
Spokojnie, dobierzesz.
Następne. Ciągle masz przecież szanse.
Gdy inni zawodnicy z czołówki kończą strzelać, ty zostajesz sam.
Dwa cele, dwa naboje. Czujesz się obserwowany przez wszystkich,
zaczynasz panikować. Chciałbyś krzyczeć, masz jednak świadomość
tego, że nie możesz. Wiesz, że od tego, co teraz się stanie,
prawdopodobnie zależy medal dla
twojej
drużyny. Masz piekielnie dużo szczęścia, bo ostatnie dwa krążki
zasłaniasz bez problemu, co oznacza, że unikniesz karnej rundy. Po
tym strzelaniu plasujesz się jednak dopiero na osiemnastym miejscu.
Mógłbyś jeszcze dać radę ścigać się o jak najlepsze miejsce
podczas zmiany, powoli zaczynasz jednak odczuwać, jak nogi odmawiają
ci posłuszeństwa. Jeszcze trochę.
Zbierasz ostatki sił. Przez głowę przebiega ci myśl o tym, że
przecież nigdy
nie
miałeś problemu z szybkim przebiegnięciem siedmiu i pół
kilometra. Na metę dobiegasz na jedenastym miejscu, szybko dotykasz
ramienia Simona i zrzucasz narty. Jesteś takim
rozczarowaniem.
Ostatecznie
Francja kończy sztafetę na dziewiątym
miejscu.
Jesteś wściekły. Nie pomaga ci nawet informacja, że na twojej
zmianie osiągnąłeś drugi wynik pod względem
prędkości
biegu. I tak wszystkich
rozczarowałeś.
Pamiętasz,
jak jako mały chłopiec szukałeś w biathlonie swojego nieba?
Prawda jest taka, że w twojej głowie dopiero rozpocznie się
prawdziwe piekło.
iv
so
i run not to live things they say could restore me,
restore
life the way it should be
Powoli
otwierasz oczy i czujesz, jak promienie słońca palą twoje źrenice.
Patrzysz na zegarek, jest prawie jedenasta. No tak, nie pamiętasz, o
której się położyłeś, czy wróciłeś do domu sam i z kim
spędziłeś całą noc. Z trudem próbujesz wstać z łóżka, ale
zawroty głowy powodują, że za chwilę znowu musisz się położyć.
Słyszysz dzwonek telefonu, jednak nie wiesz, skąd dochodzi, więc
znowu podnosisz się, chwytasz leżącą na podłodze butelkę i
upijasz łyk wody. Sygnał milknie, a ty w dalszym ciągu nerwowo
szukasz komórki. Gdy znajdujesz ją pod stosem ubrań, które
zrzuciłeś z siebie w nocy, odkrywasz ilość nieodebranych
połączeń. Matka – dwa. Brice – cztery. Martin – trzynaście.
Jeden sms.
Chyba
nie zapomniałeś o urodzinach swojej bratanicy.
Jeszcze
raz spoglądasz na ekran telefonu. Jest niedziela, jedenasty
września. A ty znajdujesz się
jakieś
pięćset kilometrów od domu twojego młodszego brata. Parę dni
temu obiecałeś, że na pewno zjawisz się na przyjęciu z okazji
pierwszych urodzin Manon i
dwudziestych
ósmych Martina. I to wcale nie jest tak, że nagle zapomniałeś,
(okej,
poprzednia noc chwilowo dość skutecznie
przyćmiła
twoją pamięć), ty po prostu zdecydowałeś odciąć się od nich
wszystkich. Gdy w zeszłym tygodniu mówiłeś bratu dam
znać,
już wiedziałeś, że dziś nie pojawisz się na żadnych
urodzinach.
Co
prawda przez chwilę zastanawiasz się, czy może nie powinieneś
odpisać, dać jakiegokolwiek znaku życia, tak, jak robisz to mniej
więcej raz na tydzień lub dwa, żeby uspokoić całą rodzinę, ale
sam szybko wybijasz sobie tę myśl z głowy. Nie dziś. Przecież
lepiej im bez ciebie, co? Po co mają patrzeć na człowieka, który
na pewno jest największym nieudacznikiem w całej rodzinie? Nie będą
musieli siedzieć z tobą i udawać, że wszystko jest w porządku.
Że wcale nie zawodzisz ich z każdym wyścigiem, który kończysz
kilkadziesiąt miejsc niżej, niż twój brat. A ty nie będziesz
musiał słuchać zachwytów nad twoją śliczną i mądrą
bratanicą, ani gadania matki o tym, że sam mógłbyś sobie
wreszcie kogoś znaleźć, założyć rodzinę. No tak. Niektórzy
nie potrafią zrozumieć, że po prostu – nie nadajesz się do
bycia w związku. Uważasz, że jesteś zbyt destrukcyjny na to, by
stworzyć rodzinę, dać komuś poczucie bezpieczeństwa. Nie
bierzesz pod uwagę tego, że wszystkie twoje poprzednie związki
kończyły się kompletnie nie z twojej winy. Dowód tego dała ci
zresztą kobieta, która wydawało ci się, że kocha cię jak nikt
inny, gdy pewnego dnia po prostu zatrzasnęła za sobą drzwi waszego
wspólnego domu. Poza krótkim to naprawdę nie ma sensu nigdy
nie wyjaśniła, dlaczego po kilku całkiem dobrych wspólnie
spędzonych latach tak naprawdę zdecydowała się odejść. Woda na
młyn, co? Kolejny powód, żeby myśleć, że to ty niszczysz
wszystko, co stanie na twojej drodze. Przyznaj szczerze – jak
myślisz, co ci się w życiu tak naprawdę udało? Wszystkie
sukcesy tak naprawdę bledną przy tym, co mogłeś mieć, a czego
nie osiągnąłeś. Każde podium, medal, to wszystko jest niczym w
porównaniu do sukcesów Martina. Wydaje ci się, że już zawsze
będziesz starszym bratem, który w świadomości wszystkich –
kibiców, znajomych, trenerów, rodziny, został wymieniony przez
tego młodszego, tym, który niczym już nikogo nie zaskoczy, od
którego nie ma czego oczekiwać. Tak, jesteś dla nich nikim, tak,
mógłbyś zniknąć z powierzchni ziemi – nikt by nawet nie
zauważył.
Jednocześnie
sam zupełnie nie dostrzegasz tego, że przecież przerabiałeś to
wszystko sześć lat temu. Różnica polega tylko na tym, że wtedy
nie czułeś potrzeby unikania rodziny, a zwłaszcza Martina. Byłeś
po prostu zły. Wkurzony na niego za to, że okazał się lepszy od
ciebie, i na siebie, bo nie potrafiłeś go pokonać. Wtedy
potrafiłeś na niego nakrzyczeć, a sprawa rozeszła się po
kościach. Dziś to wszystko wróciło do ciebie ze zdwojoną siłą.
Pamiętasz, jak myślałeś, że to, co robisz, kompletnie nie ma
sensu? Że jesteś tym nikomu niepotrzebnym synem, bratem, facetem,
biathlonistą? Nie byłeś w stanie zauważyć, ile dobra sam
stworzyłeś. Tego, że mimo wszystko, bez ciebie drużyna
wielokrotnie nie dałaby rady, że jesteś jej dobrym duchem, że
pomagasz innym, że, po prostu, dobry z ciebie człowiek. Tak jak
wtedy zadręczałeś się nieudanymi igrzyskami, dziś ciągle dusisz
w sobie tę cholerną porażkę z Oslo.
Widzisz?
Oto twój problem. Rozpamiętujesz wszystko zbyt długo. Dostrzegasz
tylko te rzeczy, które cię niszczą. Przecież niecały miesiąc po
Oslo zostałeś mistrzem Francji. Dlaczego o tym zapominasz? Kiedy
ostatnio pozwoliłeś sobie na to, żeby odpuścić, i po prostu
cieszyć się tym, co masz?
Nie.
To, co teraz robisz to nie odpuszczenie sobie. To nie
cieszenie się życiem. To staczanie się w pustkę. Myślisz,
że masz kontrolę? Jest zupełnie przeciwnie.
Ile
to już trwa? Trzy miesiące, cztery, czy może od dnia twoich
trzydziestych drugich urodzin? Nigdy nie chciałeś o nich pamiętać,
zawsze sądziłeś, że dzień, w którym stajesz się o rok starszy,
to żaden powód do świętowania, raczej zastanowienia się, co do
tej pory zrobiłeś źle i pomyślenia o tym, co zrobić, żeby teraz
było lepiej. Ty i ten twój cholerny perfekcjonizm. Bilans znowu
wyszedł ujemny, prawda? A może moment ostatniego rozstania był jak
pociągnięcie za spust, który uwolnił tę falę nienawiści do
samego siebie?
Zupełnie
nie wiesz, co dalej z twoją sportową karierą. Od jakiegoś czasu
nie pojawiasz się na żadnych treningach, letnie zgrupowanie było i
minęło, sam wiesz, że nie przykładałeś się specjalnie ani do
biegu, ani do strzelania. Zapewniasz, że nie chcesz już teraz
kończyć z biathlonem, ale podświadomie robisz wszystko, by tak się
właśnie stało.
Schemat
prawie zawsze jest taki sam. Nigdy nie wiesz, kiedy wrócisz, gdy
wieczorami wychodzisz z domu. Nie wiesz, czy następnego ranka
obudzisz się sam, czy może z kolejną dziewczyną, którą uda ci
się uwieść. Tak, zawsze byłeś dobry w te klocki. Wiesz, że
każda mogła być twoja, a jednak przez długi czas głupio
upierałeś się przy byciu porządnym facetem. Villard de Lans nie
jest duże, ale tutaj sezon narciarski trwa cały rok, dlatego zawsze
znajdzie się taka, która na pewno na ciebie poleci.
Być
może tym razem zamiast w swoim łóżku znajdziesz się w łóżku
jednej z nich. Jeśli tak, to wymkniesz się, zanim zdąży się
obudzić. Ciągle lekko pijany lub już skacowany wejdziesz pod
prysznic, jeśli akurat będziesz miał coś w lodówce – zjesz
śniadanie. Nie odpowiadając na żadne maile sprawdzisz skrzynkę. W
międzyczasie zdążysz też odrzucić parę połączeń. Jeśli
będziesz czuł się w miarę dobrze, a twoja głowa nie będzie
zajęta rozpamiętywaniem tego, jakim cholernym nieudacznikiem
jesteś, może znajdziesz w sobie tyle chęci, żeby pójść na
siłownię czy przebiec parę kilometrów. Ogarniesz dom, może nawet
wsadzisz naczynia do zmywarki. Jeśli nie, będziesz próbował
zagłuszyć swoje myśli na kolejnej imprezie.
Ten
dzień jest zupełnie inny, chociaż tak naprawdę niczym nie różni
się od pozostałych. Od południa snujesz się jak cień, zbierasz
brudne ciuchy porozrzucane po całym domu. Próbujesz obejrzeć jakiś
film, może nawet zrobić coś pożytecznego. Wychodzisz spod
prysznica i w szafie szukasz jakiegoś czystego podkoszulka.
Spoglądasz na wiszący mundur. Pamiętasz, jaka duma rozpierała
cię, gdy go dostałeś i jak marzyłeś o tym, żeby wreszcie go
ubrać?
Czujesz
się zmęczony i cholernie samotny. To pierwsze uczucie do tej pory
zwalczałeś jakimś specyfikiem na kaca, to drugie dziś pojawiło
się po raz pierwszy od kilku miesięcy. Jesteś skołowany.
Dlaczego? Nie umiesz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zamiast
zadzwonić do rodziny czy znajomych, żeby zapytać co u nich lub
zaprosić na jakąś kolację, ty stwierdzasz, że najlepiej będzie
pokonać te myśli porządnym treningiem. Sam zaskoczony zauważasz,
że mogłeś wybrać picie w jednym z klubów, tęsknota za nartami
zaczyna jednak być coraz silniejsza.
Z
garażu wyciągasz nartorolki i kask. Czujesz silny ból głowy,
dlatego szybko wracasz do domu, bierzesz jakieś tabletki i popijasz
płynem z pierwszej lepszej butelki. Za kilka chwil pożałujesz, że
wybrałeś właśnie tę.
Na
trzecim podbiegu między twoim domem a małym ryneczkiem Villard de
Lans czujesz, że zaczyna ci się kręcić w głowie, jednak zamiast
zawrócić, ty biegniesz dalej. Nie pamiętasz momentu, w którym
ziemia zaczyna, i dosłownie, i w przenośni, osuwać ci się spod
nóg. Dostajesz torsji, a w lewym kolanie czujesz przeraźliwy ból.
Ostatkiem sił wyciągasz telefon i, zupełnie podświadomie, zamiast
wybrać numer kogoś, kto mieszka w pobliżu, dzwonisz do Martina.
Gdy
kilkanaście godzin później budzisz się w szpitalu, widzisz obu
swoich braci drzemiących przy twoim łóżku. Nie chcesz ich budzić,
ale gdy tylko Martin słyszy szelest pościeli, szybko otwiera oczy.
Ciągle jesteś zmęczony i potwornie obolały, ale słyszysz, jak ze
ściśniętym gardłem mówi do ciebie jesteś cholernym idiotą.
Ma
rację. Skończonym idiotą. Zawsze miałeś więcej szczęścia niż
rozumu. Właśnie to sobie udowodniłeś.
Nie
słyszysz wiele więcej, z potoku słów, który z niego wypływa,
wyłapujesz tylko kilka.
Operacja...przerwa...kolano...szczęście...terapia...depresja.
Jesteś naprawdę zmęczony, to na pewno te leki – dlatego
przytakujesz na wszystko, co mówi Martin. Ciekawe, czy gdy już
dojdziesz do siebie, będziesz pamiętał złożone mu obietnice.
v
there
will come a time you'll see with no more tears
Ostatni
bieg sezonu. Twój ostatni bieg.
Dziś
nie musisz się już martwić o to, który przybędziesz na metę.
Nie musisz przejmować się tym, co o tobie pomyślą inni – brat,
rodzice, kibice, cały ten biathlonowy świat. Nikt nie jest dziś
tak ważny, jak ty.
Masz
zamiar dokładnie zapamiętać każdą sekundę dzisiejszego biegu.
Każdy przebyty kilometr, każdy krążek, który zasłoni cel, do
którego strzelisz, każdy krążek, który się nie podniesie.
Nieważne, czy będziesz pierwszy czy dziesiąty – niezależnie od
twojego wyniku i tak odbierzesz dziś kryształową kulę… dwie
kryształowe kule. Możesz dziś być pierwszy lub dziesiąty, i tak
należy ci się królewski wjazd na metę, w czasie którego wszyscy
będą wykrzykiwać twoje imię. Oto wreszcie osiągnąłeś swój
cel. Spełniłeś marzenie, które drzemało w tobie, odkąd byłeś
tylko małym dzieckiem.
Swoją
karierę kończysz w sezonie olimpijskim, bogatszy o kilka medali
zdobytych na tegorocznych igrzyskach. Medali srebrnych i brązowych.
Nie udało ci się zdobyć krążka z tego najcenniejszego kruszcu.
Nigdy w swojej karierze nie zostałeś także i nie zostaniesz już
mistrzem świata. Ty sprzed
kilku lat uznałby to za swoją największą porażkę, ty,
którym jesteś dziś, czuje wdzięczność za naprawdę każde
osiągnięcie.
To
była długa droga, co? Czekałeś na to ponad dwadzieścia lat. Nic,
ani wojskowe mistrzostwa świata, mistrzostwa Francji, mistrzostwa
świata juniorów, ani
medale zdobyte z drużyną, te drugie, trzecie miejsca, żadna z tych
chwil nigdy nie będzie równać się z tym, co przeżyjesz, gdy
przekroczysz linię mety ten
ostatni raz, i gdy wreszcie dostaniesz
to, o czym marzyłeś, odkąd
po raz pierwszy założyłeś na nogi biegówki. Żaden z dni, które
dotychczas przeżyłeś nie sprawił ci takiej radości jak dziś, a
żadna celebracja nigdy nie będzie mogła się równać ze
świętowaniem tego zwycięstwa. Ciągle pamiętasz te słowa, według
których tylko zwycięstwo
jest piękne.
To dziś. Wreszcie nadszedł twój piękny dzień. Zwyciężyłeś
nie tylko w wyścigu o Puchar Świata, lecz także w wyścigu z samym
sobą.
Wystartujesz
dziś z numerem jeden na żółtym plastronie, prawie ramię w ramię
ze swoim młodszym bratem. Tym samym, który w poprzednich sezonach
bezapelacyjnie pokonywał każdego sportowego przeciwnika, który
stanął na jego drodze. Spójrz, jak wszystko się zmienia.
Wydarzenia kilku ostatnich miesięcy sprawiły, że znów
poczułeś, że tak naprawdę gracie
i
zawsze będziecie grać w jednej drużynie. Pamiętasz jeszcze wasze
dzieciństwo i wspólne? I moment, w którym
nagle
w twojej głowie każdy pojedynek, na torze czy w życiu zaczął
wydawać się
bratobójczą walką, z której zawsze to on wychodził zwycięsko?
Wspominasz te chwile i,
mimo
wszystko, uśmiechasz
się do siebie. To wszystko dzieje się w twojej
głowie – tak,
Martin miał rację. Chociaż ciągle uparcie tak twierdziłeś, twój
młodszy brat nigdy nie był,
ani
nie chciał stać się twoim wrogiem. Zobacz, jak pokręcony
wydaje się świat, gdy pozwolisz sobie na choć odrobinę nienawiści
do samego siebie. Dobrze znasz to uczucie, kiedy wydaje ci się, że
na świecie nie ma nikogo, kto przejąłby się tym, co się z
tobą dzieje. Dziś jednak wiesz, że cały ten lęk, który kierował
tobą przez ostatnie lata, był jak przyciemniający filtr, który
nałożyłeś na soczewkę, przez którą patrzyłeś na
swoje
życie. Tymczasem spójrz, dziś są
tu
wszyscy, którzy wierzyli w ciebie wtedy, kiedy ty myślałeś, że w
twoim życiu nie wydarzy się już nic, co warte byłoby czekania.
Jest twój ojciec i najmłodszy brat, w domu przed telewizorem siedzi
już przejęta mama. Przez głowę przechodzi ci jedna myśl:
naprawdę wydawało ci się, że jesteś z tym wszystkim sam?
Twój brat obiecał ci, że w tym wyścigu da ci popalić, a ty nie
możesz się już doczekać. Nic nie cieszy cię tak, jak fakt, że
twój ostatni sezon to sezon, w którym na nowo odnalazłeś radość
z tego, co robisz.
Uśmiechasz
się jeszcze raz, przypominając sobie, że na trybunie siedzi też
ona. Kobieta twojego życia. Dziś wieczorem powie ci, że na
początku października na świat przyjdzie wasze pierwsze dziecko.
Wie to już od jakiegoś czasu, ale ponieważ czuła, jak ważna
jest dla
ciebie walka o Puchar Świata, zdecydowała, że nie będzie cię tym
rozpraszać. Nie chciała też
tego
przyznać, ale trochę bała się twojej reakcji. Poznała cię
przecież wtedy, gdy dopiero odbijałeś się od dna. Do końca życia
będziecie się zresztą śmiali z tego, że wasza historia jest
tak cholernie kinowa. Sławny
i totalnie nieświęty facet po przejściach, ze zdiagnozowaną
depresją i
przechodzący
właśnie w Grenoble rehabilitację po wypadku i operacji kolana oraz
na
wskroś miła i niewiele młodsza
dziewczyna,
która w tym samym miejscu pracowała jako pielęgniarka. Gdybyś nie
potknął się o własną kulę i nie rozbił sobie głowy o kant
stołu
pewnie
nigdy nie zamienilibyście ze sobą ani słowa. Ale paradoks, co?
Zrobiłeś z siebie pośmiewisko, a i tak wyszedłeś na tym tak
dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu. Zawsze będziesz już żartował,
że bycie takim
nieudacznikiem
tak naprawdę
bardzo
ci się opłaciło, bo zrobiło z ciebie najszczęśliwszego
człowieka na ziemi, a ona do końca życia będzie patrzyła na
ciebie z miłością, jak pierwszego dnia, kiedy zszywała twoje
zakrwawione czoło.
I chociaż
wiele razy zdążyliście już rozmawiać o wspólnej przyszłości,
chociaż zdążyła już zajrzeć w
te
najmroczniejsze zakamarki ciebie, to
ciągle
obawia się tego, że to wszystko dzieje się za
szybko.
Dziś wieczorem rozwiejesz wszystkie wątpliwości, bo gdy usłyszysz
od niej tę wiadomość,
spontanicznie
jej się oświadczysz. Przecież i tak planowałeś to zrobić, może
w bardziej
przemyślany i elegancki sposób, może nie teraz, tylko za miesiąc
albo dwa, ale gdy kobieta twojego życia
powie
ci, że zostaniesz
tatą,
poczujesz że żaden moment nie będzie lepszy.
Słyszysz
sygnał startu i rozpoczynasz wyścig. Dajesz się prowadzić nartom,
czujesz jak spokojnie
trą
o śnieg. Szybko wysuwasz się na prowadzenie, biegnie ci się
wyjątkowo dobrze, na strzelnicę dobiegasz z kilkunastosekundową
przewagą. Słyszysz szybkie uderzenia swojego serca, gdy kładziesz
się, aby oddać pierwszą serię strzałów. Bezbłędną. Szybko
podnosisz się i biegniesz dalej. Drugie strzelanie – także
bezbłędne. Powoli zaczynasz opadać z sił, przewaga nad twoimi
rywalami ciągle jest jednak tak duża, że nie masz się czego
obawiać. Minimalnie zwalniasz, starając się poczuć podmuch
lekkiego wiatru na swojej twarzy. Oczywiście, że będziesz tęsknić.
Przecież to tej dyscyplinie poświęciłeś ponad dwadzieścia lat
swojego życia i to tylko kwestia czasu, zanim wrócisz, tym razem w
innej roli. Nagle słyszysz, że tuż za tobą znajduje się już
kilku zawodników. Przyspieszasz, jednak przewaga topnieje do
minimum. Trzecie strzelanie w pozycji stojącej, której tak naprawdę
nigdy nie było dane ci polubić. Pudło. Nagle w głowie pojawia się
przeklęty obraz
z mistrzostw świata z Oslo. Pamiętasz twój
strach?
Dziś jesteś zupełnie innym człowiekiem. Myślisz sobie, że
przecież to tylko sto pięćdziesiąt metrów.
W momencie, w którym kończysz
karną
rundę wyprzedza cię pięciu zawodników, na czele z twoim bratem.
Jak obiecał, tak zrobił. Da ci dzisiaj w kość.
Ostatnimi
czasy zresztą obaj nauczyliście się dotrzymywać danego sobie
słowa. Gdy półtora roku temu leżąc półprzytomnie przytakiwałeś
wszystkiemu, co mówił, zgodziłeś się nie tylko na operację
kolana, ale także na spotkanie z psychologiem, podjęcie terapii i
pracę nad zdrowymi kontaktami z twoją rodziną. Na tym też, jak na
rozbiciu łuku brwiowego w klinice w Grenoble, wyszedłeś całkiem
nieźle.
Z
czwartego strzelania odjeżdżasz z czystym kontem, a różnica
między tobą a Martinem maleje już do trzech i pół sekundy. Z
całych sił starasz się go dogonić, ale pod nosem śmiejesz
się, myśląc, że nawet dziś musi ci ukraść
twój wielki dzień.
Nie czujesz żalu. Po prostu, doskonale wiesz, że masz nieziemskiego
brata.
Pięćset
metrów od mety znacznie przyspieszasz i teraz przewaga Martina
wynosi już tylko pół sekundy. Słyszysz tę wrzawę? Na metę
wjeżdżacie prawie jednocześnie, ale według obrazu z fotokomórki
wygrywa twój młodszy brat.
Gdy
kilka chwil później stoicie na podium i słuchacie Marsylianki,
czujecie się tak, jak wtedy, gdy jako dzieci urządzaliście sobie
wyścigi dookoła waszego pokoju.
Marzenie
chłopca, którym byłeś, spełnił dziś mężczyzna, którym, jak
sam mówisz – stałeś się całkiem niedawno. I miał rację ten,
kto powiedział tylko zwycięstwo jest piękne.
Jesteś
dziś najpiękniejszym wygranym.
_____
playlista:
klik
cholernie
to wszystko osobiste.
chyba
na nowo polubiłam się z krótką formą, więc czasem tu pewnie
coś.
na
powitanie mojego ulubionego miesiąca i miesiąca, w którym pan
powyżej obchodzi swoje urodziny.
no hejka.
OdpowiedzUsuńoczywiście nie wiem, co powiedzieć. przeczytałam raz jeszcze, chyba nawet uważniej, niż w środę, gdy biegłam na zajęcia. ale trochę za bardzo wyczekiwałam na ten tekst, by z nim czekać, choć zawsze sobie obiecuję, że powstrzymam się z lekturą do momentu, gdy będę mieć na tyle czasu, by od razu ją skomentować. oczywiście nic z tego nie wyszło - to chyba normalne.
w sumie trudno mi wyrazić słowami, jak wiele ten tekst dla mnie znaczy. i... to jest może ryzykowne twierdzenie, ale wydaje mi się, że sporo też znaczy dla Ciebie. bo odniosłam wrażenie, że strasznie dużo w tym takich osobistych odczuć, być może nawet i własnych doświadczeń. doświadczeń, które i ja jako starsze dziecko smarkacza bardziej zdolnego ode mnie (albo przynajmniej wydaje mi się, że bardziej zdolnego) dobrze znam.
chciałabym się do tego jakoś tak ustosunkowywać obiektywnie i nie brać pod uwagę własnych uczuć względem simona, tylko chyba do końca nie potrafię, bo jego sytuacja jest wyjątkowo specyficzna - przez to, że nigdy nie udało mu się wygrać wyścigu pś (co wciąż ociera się dla mnie o jakiś absurd - na miłość boską, nawet julian miał farta), przez to, że jest bratem kogoś takiego jak martin, przez to, że w sumie zawsze uchodził za taką szczególnie lubianą w środowisku osobę i chyba nie ma na chwilę obecną człowieczka, który by mu w końcu nie życzył jakiegoś sukcesu. chyba ta moja złość na środkowego brata - abstrahując już od tematu norwegii - poniekąd zwiększa się właśnie przez to, że simon zawsze stoi w jego cieniu i że mnie to osobiście strasznie boli. trudno mi sobie coś takiego wyobrazić. więc się wściekam na marta nieprzeciętnie, chociaż to głupie, bo przecież niczym nie zawinił w tym, że jest geniuszem (dla mnie drugi najlepszy biathlonista w historii po bjoerndalenie, jakkolwiek przyznaję to z nieprawdopodobnym żalem i bólem dupy jak stąd do perpignan). no, ale w biathlonie nie ma mowy o czymś takim jak racjonalizm.
wdzięczna dyscyplina do opisywania tak swoją drogą, hm?
nieważne, nie odbiegajmy zbytnio od tematu.
moim zdaniem to był zdecydowanie najlepszy Twój tekst ze wszystkich, które dotąd przeczytałam. z różnych powodów. poniekąd ze względu na narrację. poniekąd ze względu na świetnie zobrazowanie biathlonu jako sportu. poniekąd pewnie z uwagi na osobiste sympatie. ale przede wszystkim dlatego, że Twój simon jest bardzo, ale to bardzo rzeczywisty i bardzo podobny do mojego własnego wyobrażenia o nim. to znaczy, może jest tutaj nieco bardziej depresyjny, jednak... no, fantastycznie oddałaś to, co się dzieje w jego głowie, czy to na strzelnicy, czy to poza nią. i mocno się z tym gościem utożsamiam, jako czytelnik przeżywam to, co on, współczuję mu i mam ochotę go przytulić, nawet bardziej, niż po standardowych, nieudanych biegach. cieszę się jak szalona z tej końcówki i myślę, że to jest właśnie najpiękniejsza rzecz w pisaniu, że możemy rozegrać wszystko po swojemu i ukształtować świat według naszych własnych zachcianek. dałabym wiele, żeby i w życiu coś takiego go spotkało. wierzę w karmę i w to, że w końcu się uda, mimo wszystko. z reguły się udaje. w tym sporcie rzadko kiedy coś ginie. no i, pomijając aspekt martina (uch!), wciąż tkwi w nim ten pierwiastek nieprzewidywalności, na którym go zbudowano. tylko, kurde, simon od lat nie jest demonem prędkości... a bez tego cholernie ciężko wygrać biathlonowy bieg. ale wierzę, że pewnego dnia wreszcie chłopaka natchnie.
Usuńwiesz... tak sobie głośno myślę, że sukces martina miał wielu ojców, z czego dwóch biega z nim na tych samych trasach podczas każdego wyścigu. jeden pochodzi z trondheim w norwegii i mocno go ukształtował jako jego największy rywal. drugi jest pewnym sympatycznym francuzem o hiszpańskim pseudonimie artystycznym i mocno go ukształtował jako jego starszy brat.
w ogóle bawi mnie czasem ten wpływ starszych braci w biathlonie. bawi i jednocześnie wzrusza. no bo... gdyby nie starsi bracia, być może ani ole, ani emil, ani właśnie martin nigdy nie zaczęliby się w to bawić. piękna rzecz.
tak strasznie mi się to podobało. chyba sama tak sobie właśnie wyobrażałam relację pomiędzy fourcade'ami. i... udało Ci się ją bardzo plastycznie przedstawić. w ogóle wszystko było bardzo realne i namacalne. to, jak sądzę, mój ulubiony aspekt tej opowieści, to i ten system wyliczania jego wieku od kolejnych akapitów. z jakiegoś powodu cholernie mnie to urzekło.
powtórzę się: cudownie przeczytać o biathlonie coś, czego się samemu nie napisało. i na dodatek dostać przy tym dedykację. dziękuję Ci - za ten tekst, za wspomnienie mnie tutaj, za wszystko. za to, że możemy gadać o alvaro. i że teraz jakoś mi tak cieplej na serduszku.
ps. dlaczego mnie się kojarzy, że brice jest jakimś instruktorem narciarskim czy tam snowboardowym? robiłaś w tej sprawie jakiś research?
pps. o, widzę, że sama uznałaś ten tekst za osobisty. punkt pour moi za wyczucie.
kocham bardzo mocno.
Przeczytane! ❤ Z komentarzem przybiegnę jak dorwę się do swojego laptopa!
OdpowiedzUsuńKocham ten szablon, a zdjęcie w nagłówku jest obłędne *.*
UsuńNa biathlonie może się nie znam (wszak to, wstyd się przyznawać, ostatni raz oglądam coś tam czasami w maturalnej), ale na pisaniu troszkę chyba tak i muszę to przyznać, wyszedł Ci ten jednopart. Czytałam z zapartym tchem. Może tekst sam w sobie nie jest bardzo dynamiczny, ale ma to coś, naprawdę przyciąga. Ten motyw zazdrosnego brata, chyba każdy, kto ma rodzeństwo miał taki moment, kiedy wyrzucał sobie, że jego brat/siostra jest mądrzejszy/a, ładniejszy/a, zdolniejszy/a. Sama dość często tego doświadczam i wiem też, że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób, działa to w drugą stronę. To bywa toksyczne, więc całkowicie rozumiem Simona. Z jednej strony życzy bratu wszystkiego, co najlepsze, ale z drugiej sam chciałby stać na jego miejscu. To absolutnie ludzkie uczucie, jednakże w tym przypadku Simon dał mu się za bardzo pochłonąć.
Najważniejsze, że się w końcu ogarnął. Trwanie w błędnym kole mogłoby się katastrofalnie skończyć, zresztą Simon był o krok od tego.
I wspominka o Grenoble, rety, co to za piękna okolica <3
Ej, nie wiem, co napisać.
OdpowiedzUsuńBiathlon to w zasadzie nie moja bajka, zresztą ostatnio w ogóle zimowe to trochę nie mój klimat, poszłam w ten pomarańczowy prostokąt i żółto-niebieską piłkę.
No ale nieważne.
To jest idealne, po prostu. Każde słowo jest w punkt i na swoim miejscu. Ta relacja Simona i Martina jest taka... realna. Szukałam w głowie jakichś innych takich sportowych par, w biathlonie to nie wiem, bo się kompletnie nie znam. Przyszła mi do głowy cała trójka Hilde, Maciek i Kuba Kot, przyszedł mi do głowy Fabian Drzyzga - mistrz świata (bo oczywiście, musiał gdzieś mi siedzieć we łbie mój Fabian), i jego brat Tomasz, który nigdy jakiejś wybitnej kariery nie zrobił i właściwie w seniorskiej karierze nie osiągnął nic (a w kadetach bodajże grał z Marcinem Możdżonkiem, który też jest mistrzem świata). Simon coś osiągnął, ale to Martin jest tym geniuszem, który wygrywa jak leci. Jak kiedyś Schlierenzauer w skokach.
Kurczę, to musi być jednak paskudne uczucie, być tym gorszym, starszym i gorszym.
Simon dotknął dna. I się od niego odbił. I to chyba najlepsze, co może spotkać człowieka, który się tak stacza po równi pochyłej. To odbicie, powrót na powierzchnię.
Tylko zwycięstwo jest piękne. Najpiękniej zwyciężać z własnymi słabościami, z własnym bólem, z własnymi demonami.
Piękne. Dziękuję. Niesamowita jesteś.
G.
Zacznę sobie od ciebie, o.
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz, jak fajnie czytało się taki tekst bez jakiegokolwiek wątku miłosnego. No dobra, może jakiś tam poboczny był, ale pierwsze skrzypce grało coś zupełnie innego, co całkowicie przytłumiło tą miłość. Bardziej górowało tutaj współczucie względem Simon, który chciał być najlepszym, a w miarę dorastania przestawał. Przez to tak jakby świat mu się zawalił i nie mógł tego udźwignąć. Potrzebował pomocy, której wciąż odmawiał. Typowy przypadek depresji wywołanej przez rozczarowanie życiem. Gdyby nie tak silna więź z bratem kto wie, co by z nim było. Niby to tylko jednopart, ale jednak naprawdę fajnie przemyślany i daje do myślenia nad sensem życia, nad taką właśnie chorobliwą, obsesyjną chęcią bycia najlepszym, czy ona jest konieczna i do czego w konsekwencji doprowadza.
Dwa miesiące po dodaniu. Dobry mam zapłon, nie ma co :P
OdpowiedzUsuńMój pierwszy jakikolwiek komentarz u Ciebie. Chciałabym, żeby to był dobry komentarz, ale dobrze wiem, że w tym momencie napisanie zdania "Ala ma kota" to szczyt mojej maestrii, więc z góry przepraszam ;)
Po pierwsze - chciałabym, żeby Simon naprawdę tak zakończył swoją karierę jak tutaj. A co tam. Nikt mi nie zabroni.
Pięknie to napisałaś. Wszystko po kolei - z dobrze widoczną zmianą nastawienia Simona do Martina. Działo się to wszystko stopniowo, może z pewnymi punktami przyspieszającymi ten proces, ale na pewno nie wydarzyło się to nagle. No właśnie - co? Znienawidził go? Nie, chyba nie tak. Po prostu - ostatnio często dochodzę do tego wniosku - ciągłe przebywanie w bliskości jakiegoś ideału uwypukla to, że nam do ideału daleko. A Simonowi trudno było pogodzić się z tym, że Martę jest jakimś pieprzonym fenomenem, skoro to on zawsze był starszym bratem, wzorem do naśladowania i tak dalej... Do tego był też zawsze mega ambitny. A to - wbrew pozorom - może przeszkadzać. Bo kiedy w pewnym momencie coś poszło wbrew jego myśli, te wielkie oczekiwania, które sam na siebie nałożył, zaczęły mu potwornie ciążyć. Kiedy presję wytwarza środowisko, jest źle. Ale kiedy wytwarza się ją samemu jest chyba jeszcze gorzej. Zwłaszcza, kiedy nie ma się silnej psychiki.
Strzelanie dobrze to pokazuje. Ile razy przecież ktoś, kto miał już zwycięstwo w kieszeni - bach! trzy pudła i po zabawie.
I mniej więcej tak to było z Simonem. Presja, wyniki Martina, przekonanie o własnej beznadziejności doprowadziły go do totalnego dna. Naobiecywał Martinowi wszystko, bo zupełnie wtedy nie kontaktował. Ale przecież obietnic trzeba dotrzymywać. I tym sposobem powoli zaczął się podnosić. I nauczył się żyć. Tak naprawdę. A nie tylko wegetować, ukiszony jak te ogórki, w za dużej ilości wymagań, oczekiwań i rozczarowań. Tak się przecież nie da.
Lubię happy endy. Zwłaszcza, że jestem sentymentalną kluchą i mnóstwo rzeczy mnie wzrusza. Dałaś mi kopa emocji, w tej odpowiedniej kolejności - od smutku do radości ;) I dziękuję Ci za to :3
buziak! :*